r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

10 lat Ubuntu: niezależność i wizja, od Guzowatego Guźca do Utopijnego Jednorożca

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

To już 10 lat od wydania linuksowej dystrybucji, o której początkowo nikt nie sądził, że tak zmieni sytuację tego systemu operacyjnego na desktopie. Od strony technicznej coś, co otrzymało nazwę Ubuntu 4.10 Warty Warthog nie wyróżniało się bowiem jakoś specjalnie od innych pochodnych dystrybucji Debiana, z którego wzięło początek. Wyróżniało się za to założeniami ideologicznymi. Mottem dystrybucji było Linux dla istot ludzkich. Samo słowo „Ubuntu”, pochodzące z afrykańskich języków bantu, oznaczało zresztą cnotę okazywania człowieczeństwa bliźnim – choć oczywiście złośliwcy szybko znaleźli własne tłumaczenie nazwy. Według nich „Ubuntu” znaczyło nie umiem zainstalować Debiana.

Nie ma co jednak się spierać o semantykę. Cokolwiek by ta nazwa nie miała oznaczać, była to pierwsza dystrybucja Linuksa, której twórca pomyślał o kategorii użytkowników raczej ignorowanych przez asów Open Source, użytkowników, którzy niewiele byli w stanie zwrócić społeczności. Nowicjusze, osoby pozbawione umiejętności programistycznych i technicznych – ich specyficzne potrzeby nie były priorytetem dla twórców zarówno klasycznych distro, np. Debiana czy Slackware, jak i bardziej modernistycznych, np. Gentoo.

Początki wcale nie były takie trudne

Mark Shuttleworth, człowiek, bez którego Ubuntu nigdy by nie zaistniało, chciał zmienić ten stan rzeczy. Po tym, jak sprzedał swoją firmę Thawte VeriSignowi za niemal 600 mln dolarów (i spędził kilka dni w kosmosie jako turysta na pokładzie Sojuza TM-34 i Międzynarodowej Stacji Kosmicznej), założył Canonical Ltd. i rozpoczął prace nad Ubuntu. Pierwsze wydanie systemu określił jako nową dystrybucję Linuksa, która łączy ogromne zasoby Debiana z szybką i łatwą instalacją, regularnym cyklem wydawniczym (co sześć miesięcy), domyślnym wyborem najlepszych pakietów i gwarancją poprawek bezpieczeństwa przez 18 miesięcy dla każdego wydania.

r   e   k   l   a   m   a

Pierwsza wersja systemu, oznaczona numerem 4.10 (pierwsza liczba to w tej konwencji rok, a druga miesiąc wydania) i nazwą Warty Warthog (guzowaty guziec) dostępna była do pobrania z serwerów FTP, a także rozsyłana wszystkim zainteresowanym na płytach CD (i to za darmo). Działała na komputerach z 32- i 64-bitowymi procesorami x86 i PowerPC (w założeniu chodziło o Maki). Oprócz znacznie uproszczonego w stosunku do Debiana instalatora przynosiła domyślnie jako środowisko graficzne GNOME 2.8, jako przeglądarkę Firefoksa 0.9, oraz jako najwyższej klasy narzędzia biurowe – Evolution 2.0 oraz OpenOffice.org 1.1.2. Zaraz po tym zgłoszono pierwszy oficjalny błąd Ubuntu – Windows ma większość rynku. Niestety do tej pory nie udało się go naprawić.

Wybierali, bo nie chcieli za dużo wybierać

Shuttleworth dotrzymał obietnicy. Kolejne wydanie 5.04 Hoary Hedgehog pojawiło się po pół roku od poprzedniego wydania. Zadebiutował tu menedżer aktualizacji, mechanizm usypiania i hibernowania systemu, wsparcie dla dynamicznego skalowania częstotliwości procesora, baza sprzętu wspieranego przez Ubuntu, dodano też możliwość instalowania systemu z nośników USB. Wtedy też zadebiutowała najpopularniejsza z odmian Ubuntu – Kubuntu, system w którym domyślnym środowiskiem graficznym było KDE. A po sześciu miesiącach zobaczyliśmy Ubuntu 5.10 Breezy Badger, dodające m.in. menedżer wolumenów logicznych, system raportowania błędów Launchpad i łatwy mechanizm instalowania i usuwania aplikacji.

Wydania 6.04 nie było. Z niemal dwumiesięcznym spóźnieniem pojawiło się wydanie 6.06 Dapper Drake, oznaczone dodatkowo literkami LTS. Było to pierwsze wydanie Ubuntu o wydłużonym okresie wsparcia. Przyniosło ujednolicenie nośników instalacyjnych (LiveCD i InstallCD) – od tej pory można było zaraz po testach przejść do instalacji za pomocą wizualnego instalatora. Doczekaliśmy się też prostego menedżera sieci, obsługującego zarówno Wi-Fi jak i połączenia przez Ethernet, oraz porządków w interfejsie użytkownika – styl wizualny Tango został narzucony wszystkim aplikacjom, a pomarańczowy kolor zastąpił brązy pierwszych wydań.

Kolejne wydania zdobywały coraz większą liczbę użytkowników. Łatwość instalacji sterowników, coraz bogatsza baza oprogramowania, prosty interfejs – sprawiły że Ubuntu wyrosło już w 2007 roku na najpopularniejszą dystrybucję Linuksa. Stało się domyślnym wyborem dla wszystkich tych, którzy porzucali Windows czy inne dystrybucje, szukając prostego w obsłudze systemu, z którego można było korzystać bez znajomości flag kompilatora czy konfiguracji X11. Sukces tych założeń zaraził inne dystrybucje – można powiedzieć, że ich deweloperzy poszli w ślady Shuttlewortha, przykładając więcej wagi do prostoty. Wreszcie zrozumiano, że nawet kompetentnym programistom i administratorom może się nie chcieć ciągle bawić w ręczną konfigurację interfejsów sieciowych w instalowanym systemie.

Nie oznaczało to, że wkład Canonicala w Linuksa skończył się tylko na upraszczaniu. Ubuntu wprowadziło np. całkiem udanego demona inicjalizacji Upstart czy mechanizm instalacji Wubi, pozwalajacy na łatwe zainstalowanie Ubuntu w Windows, bez konieczności repartycjonowania dysku. W końcu jednak doszło do zmiany, która nie została zbyt życzliwie przyjęta przez użytkowników. Gdy deweloperzy GNOME uznali, że czas wymyślić na nowo interfejs użytkownika, tworząc osobliwe GNOME Shell, Canonical uznał, że to nie jest to, czego mógłby chcieć dla swoich użytkowników. Firma zapowiedziała, że rozpocznie prace nad własnym interfejsem. W odmianie Netbook Edition wydania 10.10 Maverick Meerkat zadebiutowało środowisko Unity, by finalnie zostać domyślnym interfejsem Ubuntu w wersji 11.04 Natty Narwhal.

Bunt uszczęśliwionych

Odejście od GNOME nie było pierwszym złamaniem wcześniej wprowadzonych konwencji. Użytkownicy Ubuntu już wcześniej protestowali przeciwko zmianom domyślnych kolorów czy przeciwko przeniesieniu widżetów okna z prawej na lewą część belki (jak w OS X). Unity jednak było czymś większym. Kompletnie nieprzypominające klasycznego interfejsu GNOME środowisko było początkowo nie tylko bardzo niewygodne, ale i bardzo ograniczone w możliwościach konfiguracji. Jęki niezadowolonych nie wywarły jednak specjalnego wrażenia na Shuttleworthcie, który potrafił otwarcie stwierdzić, że np. dodanie możliwości przeniesienia panelu-docka Unity z lewej krawędzi ekranu na prawą nie wchodzi w grę, bo nie spełnia to wytycznych projektowych Unity.

Część użytkowników się ugięła, część zagłosowała nogami. 2011 rok to czas gwałtownego wzrostu popularności Linux Minta, bazującej na Ubuntu dystrybucji, której autorzy nie zamierzali wynajdywać rewolucyjnych interfejsów użytkownika, tylko zapewnić wszystkim dopracowaną formę klasycznego desktopu. Portale IT prześcigały się w publikowaniu poradników, jak najłatwiej przenieść się z Ubuntu na Minta, a w serwisie DistroWatch.com Mint nagle awansował na pierwszą pozycję jego „rankingu trafień”. Niektórzy twierdzili nawet, że oznaczało to, że Mint stał się najpopularniejszą linuksową dystrybucją w ogóle – ale to raczej zbyt odważny wniosek, bazujący jedynie na wynikach jednego, niekoniecznie znanego wśród zwykłych użytkowników serwisu.

Dojrzałość, także biznesowa

W kwietniu 2012 roku Canonical ogłosił wydanie kolejnej wersji LTS systemu, 12.04 Precise Pangolin. Była to przełomowa wersja i dla Canonicala i dla użytkowników Ubuntu. Firma zapowiedziała bowiem pięcioletni okres wsparcia dla systemu, zarówno w wersji desktopowej jak i serwerowej, wprowadziła też wiele ulepszeń dla Unity, które sprawiły, że ostatecznie środowisko to zaczęło nadawać się do użytku – m.in. panel HUD, pozwalający na bardzo wygodne uruchamianie aplikacji z klawiatury, bez konieczności sięgania po myszkę. Wydanie zbierało same najlepsze recenzje, chwalono Canonical za dopracowanie, stabilność i najlepszy w świecie Linuksa sklep z aplikacjami. Wraz z 12.04 Ubuntu stało się też bardzo popularnym systemem serwerowym, w pewnym momencie ok. 50% wszystkich wirtualnych instancji w chmurze Amazon EC2 działało pod jego kontrolą.

Kolejne wersje Ubuntu, od 12.10 po 14.04 LTS, przynosiły pomniejsze ulepszenia tego, co było już wcześniej znane. Mimo że Canonical wcześniej zapowiadał drastyczne zmiany w kluczowych komponentach systemowych, na czele z zastąpieniem serwera grafiki X.org przez autorskiego Mira, przygotowywanego przede wszystkim o urządzeniach przenośnych, niewiele z tego wyszło. Wprowadzenie Mira, wraz z kolejną wersją Unity wciąż jest przesuwane, teraz mówi się o wydaniu 16.04 LTS. Na czas udało się za to Canonicalowi przygotować wersję dla architektury ARM – obecnie Ubuntu 14.04 LTS jest najlepszym linuksowym systemem operacyjnym dla komputerów na tych procesorach.

Widać jednak, że w tych ostatnich latach zainteresowania Canonicala przenoszą się z desktopu na urządzenia mobilne – i to z dobrymi wynikami. Ubuntu Touch, system dla telefonów i tabletów, zapowiada się znacznie bardziej obiecująco, niż inni konkurenci Androida i iOS-a. Mark Shuttleworth zdołał pozyskać pierwszych partnerów z Hiszpanii i Chin zainteresowanych produkcją smartfonów z Ubuntu. Zapewniają zgodnie, że ich debiut jeszcze na tegoroczną gwiazdkę. Może to wreszcie okazać się szansą na to, by Canonical po 10 latach wreszcie zaczął zarabiać na siebie. Obecnie bowiem to, co firma zarabia na wdrożeniach Ubuntu Servera czy umowach z Amazonem to wciąż za mało, by pokryć koszty rozwoju. Wciąż Canonical bez dofinansowywania z prywatnych funduszy Shuttlewortha nie byłby w stanie na rynku przetrwać.

Przyszłość: OS X, Ubuntu, Windows... i Linux?

Już dzisiaj można powiedzieć, że Ubuntu nie jest typową linuksową dystrybucją. Prędzej należałoby stwierdzić, że jest systemem inspirowanym przez GNU/Linuksa, ale coraz bardziej niezależnym. Z własnym, niestosowanym nigdzie indziej (nie licząc hobbystycznych przeróbek) interfejsem użytkownika, z własnym SDK pozwalającym na pisanie aplikacji dla Ubuntu (a nie dla Linuksa), ze strategią obecności na urządzeniach o różnych formatach – wyraźnie podąża własną drogą. Może się to wielu osobom nie podobać, ale ich krytyka jest niezrozumiała. Nie ma przymusu korzystania z Ubuntu, a jeśli Shuttleworth chce, by jego system wyglądał właśnie tak, jak wygląda, to kto mu może tego zabronić?

10 lat po wydaniu pierwszego guzowatego guźca spodziewamy się wydania utopijnego jednorożca. Wydanie 14.10, które lada moment powinno pojawić się na serwerach Canonicala, wydaje się jakoś tak wymęczone – byleby tylko coś wydać, w zgodzie z harmonogramem. Widać, że wszyscy zajęci są Ubuntu dla telefonów.

Shuttleworth nie pokonał Windows, wciąż nie naprawił błędu numer 1, ale na pewno może być z siebie dumny. Z użytkowników Ubuntu można byłoby założyć niemały kraj, regularnie korzystać ma z niego na desktopie 25 mln osób. Równie mocna jest pozycja Ubuntu w publicznych chmurach obliczeniowych, gdzie już ok. 70% wirtualnych serwerów ma działać pod jego kontrolą. Wynik ten nie wydaje się niemożliwy, ponieważ Ubuntu Server zapewnia nie tylko dobre wsparcie dla różnych hiperwizorów i chmur, ale też niespotykane w innych dystrybucjach narzędzia Juju do zarządzania serwerami i infrastrukturą.

Cóż, twórcom Ubuntu życzymy kolejnych 10 lat sukcesów – nawet jeśli będą to sukcesy, które nie spodobają się innym. W końcu kto powiedział, że Linux ma być jeden, taki sam dla wszystkich?

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.