Ubuntu Linux – instalacja bez martwienia się o to, że coś uszkodzimy

Wstęp
Wielu ludzi chcących przetestować Linuksa już na samym początku spotyka się ze sporym problemem. Otóż instalacja tego systemu wymaga odpowiedniego typu partycji, a co za tym idzie trzeba ingerować w tablicę partycji na dysku, co może przyczynić się nawet do utraty danych. Dodatkowo w razie niepowodzenia naszej przygody z Linuksem, powrót do stanu poprzedniego bywa trudny. Wychodząc na przeciw tym użytkownikom, którzy chcą tylko wypróbować ten system, bądź nie mają odpowiedniej wiedzy z zakresu partycjonowania dysku, powstał projekt o nazwie Wubi. Jest to instalator najpopularniejszej dystrybucji Linuksa, czyli Ubuntu.

Jak to działa?
Wubi instaluje Ubuntu wprost z poziomu systemu Microsoftu. Jak to jest możliwe? Tworzony jest wirtualny dysk, na którym instalowany jest cały system. Widoczny jest on w postaci pliku na istniejącej partycji NTFS. Po instalacji, przy uruchamianiu komputera, program uruchomieniowy pyta, który z zainstalowanych systemów chcemy używać, więc nie trzeba się martwić o to, że nie będzie można wrócić do Windows.

Kij w mrowisko...

Wstęp
Uprzedzając masę nieprzychylnych komentarzy z uwagami pod moim adresem, że się nie znam i Linuksa pewnie na oczy nie widziałem, zamieszczam poniżej zrzut ekranu z początku pisania tego wpisu (1).

Kilka przemyśleń na temat Linuksa (2)
Czytając niedawny news na dobrychprogramach o nowej wersji odtwarzacza muzyki Clementine, wpadła mi do głowy pewna myśl: do czego to już dochodzi w świecie otwartych źródeł, żeby portować oprogramowanie z Linuksa... na Linuksa. Dlaczego ktoś musi sobie zadawać trud implementowania czegoś co już jest, po raz kolejny?

Z resztą warto zauważyć, że niepotrzebne podwajanie wysiłków zdarza się często. Bardzo często. Samo istnienie dwóch głównych bibliotek graficznych, GTK i QT jest czymś nie do końca sensownym.

Cyfrowy dźwięk – część druga

Wpis ten jest kontynuacją poprzedniego, który znajdziecie tutaj.

Częstotliwość próbkowania a wierność odtworzenia kształtu pierwotnego sygnału
Od dłuższego czasu zastanawiało mnie dlaczego w procesie nagrywania naprawdę wymagającego materiału audio używa się częstotliwości próbkowania dużo wyższych od standardowej jakości CD-Audio (1), np. rzędu 192kHz. Przecież zgodnie z twierdzeniem Kotielnikowa-Shannona, o którym wspominałem wcześniej, jakość CD powinna być wystarczająca, żeby "wiernie odtworzyć sygnał analogowy z dyskretnego sygnału cyfrowego". Po przeczytaniu wielu artykułów w prasie, tekstów w internecie oraz dwóch książek nie trafiłem na żadne konkretne wyjaśnienie obrazujące problem. Bywały tylko lakoniczne stwierdzenia, że wyższa częstotliwość próbkowania, to wyższa jakość.

Na rozwiązanie tej zagadki trafiłem całkiem niedawno przy okazji testowania swoich słuchawek.

Cyfrowy dźwięk

Wprowadzenie
W dzisiejszych czasach dźwięk zapisany w postaci cyfrowej towarzyszy nam niemalże na co dzień. Poczynając od płyt CD, odtwarzaczy mp3, przez komputery, na dzwonkach w komórkach kończąc. Wielu z nas nawet nie zawraca uwagi na to, w jaki sposób tak naprawdę odbywa się zapisanie i odtworzenie dźwięku w postaci cyfrowej. W poniższym tekście chciałbym przedstawić czytelnikom kilka podstawowych pojęć związanych z tym tematem.

44,1 kHz i 16 bitów
Zapewne każdy, kto choć odrobinę interesuje się technologią słyszał o tych dwóch, odrobinę magicznych, liczbach. Kiedyś występowały one w kontekście płyty CD-Audio, dziś także i plików dźwiękowych. Co właściwie oznaczają? Aby uświadomić sobie ich znaczenie spójrzmy na poniższy rysunek (1).

Oś pionowa określa rozdzielczość, to właśnie ona wyrażona jest w liczbie szesnastu bitów dla płyty CD. Liczba ta pozwala na zapisanie 65 536 poziomów. Oś pozioma zaś oznacza kolejne próbki w czasie. To ich ilość wyznacza wartość 44,1 kHz - 44 100 próbek w ciągu jednej sekundy.