Apple Way - część 7 - idziemy na Pocztę

Domyślnym klientem poczty w systemach Windows jest (był?) Outlook Express, w Mac OSX rolę tę spełnia Mail.app. Funkcjonalnie oba programy są bardzo podobne i oba mają sporo ograniczeń. W obu systemach z powodzeniem funkcjonują płatne i bezpłatne programy pocztowe z o wiele większymi możliwościami, wśród których chyba Thunderbird należy do najpopularniejszych. Jednak w ogólnym rozrachunku to te dostarczane z systemami są statystycznie najczęściej wykorzystywane.

W poniższym tekście postaram się pokazać cechy charakterystyczne klienta Mail.app, które w pewnym stopniu odpowiadają filozofii Apple (Think different) w interakcji software’u z użytkownikiem. Od razu zastrzegam, że nie będę wykazywał „lepszości” Mail.app nad konkurencją - programy realizują te same funkcje, a różnice dotyczą głównie mechanizmów ich obsługi i dostępu do nich.

Apple way - część 6 - jedziemy na Safari

Uwaga, będzie mocno - Apple nie wymyśliło Internetu! Naprawdę. Można nawet powiedzieć, że jak już ten Internet był wymyślony, to Apple nie bardzo wiedziało co z nim zrobić. Znaczy wiedziało, ale jak to już wcześniej bywało ich plany były bardziej wizjonerskie niż praktyczne. W efekcie premiera pierwszych iMaków oprawiona była atrakcyjną internetową otoczką, ale same komputery z debiutującym Mac OSX np. nie miały własnych... przeglądarki WWW i klienta poczty. Do dyspozycji użytkowników był kiepściutki Internet Explorer Microsoftu (chyba jeszcze w wersji 4) lub niewiele lepsza przeglądarka Netscape. Ta ostatnia zapewniała także obsługę poczty chociaż w tamtym czasie większą popularnością cieszył się klient zawarty w pakiecie Claris Works (po przejęciu przez Apple rozwijany do dzisiaj i znany jako iWorks).

Dopiero w lipcu 2003 roku zadebiutowała własna, autorska przeglądarka dedykowana dla Mac OSX pod nazwą Safari. Od pierwszej wersji była tworzona na bazie silnika WebKit używanego m.in. w linuksowej przeglądarce Konqueror.

Komórka po turecku (tekst lekko wakacyjny)

Lubię sobie pojeździć, szczególnie latem, w różne ciekawe miejsca. Więc jeżdżę. W tym roku padło m.in. na Turcję - nie tą kurortową i plażową, a bardziej tą... turecką, bez namolnych bazarowych biznesmenów próbujących namawiać na zakup kolejnej „skórki” (Special price for You, my friend!!), bez piwa za 3 euro i bez setek półnagich turystów tłoczących się w wąskich uliczkach Alanii czy Bodrum. Spędziłem dwa fajne tygodnie niedaleko Izmiru, w rejonie Alacati i Cesme - Mekki tureckich surferów. Są to oczywiście miejsca wypoczynkowe z pięknymi plażami (i jeszcze piękniejszymi kobietami), ale tak naprawdę jeszcze nieodkryte przez europejskie biura podróży - cisza, spokój, brak tłoku i przede wszystkim przemili, sympatyczni autochtoni, uśmiechnięci, uczynni, gotowi do rozmowy i pomocy. Jednak DP to nie portal turystyczny więc nie będę się rozpisywał o urokach Turcji egejskiej (a byłoby o czym pisać).