Lubię sobie pojeździć, szczególnie latem, w różne ciekawe miejsca. Więc jeżdżę. W tym roku padło m.in. na Turcję - nie tą kurortową i plażową, a bardziej tą... turecką, bez namolnych bazarowych biznesmenów próbujących namawiać na zakup kolejnej „skórki” (Special price for You, my friend!!), bez piwa za 3 euro i bez setek półnagich turystów tłoczących się w wąskich uliczkach Alanii czy Bodrum. Spędziłem dwa fajne tygodnie niedaleko Izmiru, w rejonie Alacati i Cesme - Mekki tureckich surferów. Są to oczywiście miejsca wypoczynkowe z pięknymi plażami (i jeszcze piękniejszymi kobietami), ale tak naprawdę jeszcze nieodkryte przez europejskie biura podróży - cisza, spokój, brak tłoku i przede wszystkim przemili, sympatyczni autochtoni, uśmiechnięci, uczynni, gotowi do rozmowy i pomocy. Jednak DP to nie portal turystyczny więc nie będę się rozpisywał o urokach Turcji egejskiej (a byłoby o czym pisać).