Witajcie wszyscy ci, którzy mieli dość samozaparcia by przeczytać ten wpis.
Niecałą dobę temu pojawiła się w moim rodzinnym mieście istna katastrofa.
Jaka?
Otóż najgorsza z możliwych dla naszego technicznego i informatycznego społeczeństwa, padł prąd.
Bywa gorzej powiecie. Może i racja.
Cała sytuacja utrzymała się kilka godzin.
No dobra, ale o tym dalej.
W pierwszych minutach spodziewałem się, że to korki, ale te całe.
Potem chwila refleksji nad tym skąd ta awaria.
Najgorsze, że nie sprawdzisz, padł modem i żegnaj internecie.
Telefon stacjonarny też nie działa, a komórka rozładowana leży smętna podpięta do ładowarki.
Pierwsza myśl - poczekamy.
Mija kilka minut, a prądu jak nie było tak nie ma. Uspokojenie nadchodzi. Sięgam po długo odkładaną książkę. Mija tak kilkanaście minut i kilka rozdziałów tejże powieści.
Myślę - "Co tu robić?". Patrzę,biurko zawalone szpargałami. Pięć minut potem już jest porządek, czyściutko.
No, a że cała sytuacja była późno, gdy słońce zachodziło trzeba było się szykować do spania.
Kolacja zjedzona patrzę na zegarek.