W kilku miejscach i przy różnych okazjach zadawano mi pytanie, czemu używam przeglądarki Firefox, kiedy mam o niej tak złe zdanie. Odpowiadałem zwykle, że z Firefoxem jest jak z demokracją, czyli – jest to przeglądarka zła, ale dotąd nie ma jednak lepszej, albo inaczej: z tych, które są do dyspozycji, ta jest najmniej zła.
Począwszy od sławetnego bicia rekordu pobierana, kiedy to wyraźnie widać było, że priorytetem Mozilli nie jest produkt i jego jakość, ale efekciarskie działania reklamowe i marketingowe, zaczynałem mieć coraz więcej wątpliwości. Kolejny sygnał, że Mozilla zupełnie nie interesuje się szeroko rozumianym rynkiem użytkowników i jego realnymi potrzebami, pojawił się wraz z szalonymi koncepcjami dotyczącymi numerowania, albo nienumerowania nowych wersji.
Przedostatnim gwoździem do trumny był nowy cykl wydawniczy, zgodnie z którym nowe wersje nie miały się ukazywać, gdy będą gotowe, sprawne, przetestowane i bezpieczne, a zmiany w nich znaczące, ale co określony i z góry narzucony okres wynoszący 6 tygodni.