Koszmarny sen miałem…

Koszmarny sen miałem ubiegłej nocy... I - wbrew pozorom - wcale nie śnił mi się znakomity program Firefox, ale wręcz przeciwnie, IE9. Na ekranie monitora kolejny raz pojawił się widoczny na zdjęciu komunikat: Na skutek problemu z tą stroną sieci Web karta została zamknięta i ponownie otwarta.

Ze wszystkich stron, które odwiedzam, w ten sposób Internet Explorer 9 reaguje tylko i wyłącznie na vortalu DP, a mnie się przyśniło, że także i na innych stronach www, a więc że znowu nie ma dla mnie żadnej bezproblemowo działającej przeglądarki.
 

Pokonaj ograniczenia ekranu, a niemożliwe stanie się możliwe!

Urodziłem się w czasach, w których na podłączenie telefonu (oczywiście stacjonarnego – żadnych innych nie było, więc wtedy nawet nikt nie nazywał ich stacjonarnymi, bo i po co?) czekało się kilkanaście lat w mieście wojewódzkim, ale bywały miejscowości, w których nie przyjmowano zgłoszeń na żaden określony termin. Terminy te skracały się sukcesywnie w miarę upływu czasu, a kiedy zbliżyły się do lat pięciu, pewnego razu stwierdziłem, że jeszcze się doczekam, aż będą chodzić po domach i prosić się, żebym zechciał telefon – uznano mnie wtedy za szaleńca. Kila lat później, może kilkanaście, doczekałem się.
Doczekałem się telefonów komórkowych, które można kupić w spożywczym supermarkecie, o których mówiono, że są i pozostaną narzędziem wielkiego biznesu, a w codziennej praktyce nie mają racji bytu.
Doczekałem się też komputerów i Internetu…

Mój pierwszy komputer (Commodore C64) nie był podłączony do Internetu – pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku Internet w Polsce nie istniał w żadnej formie.

Windows 8? Chyba jednak niekoniecznie…

Windows Developer Preview English, 64-bit (x64). Obraz (3,6 GB) ściągał się prawie pół godziny. Instalacja trwała 13:40 min. Niezbędne okazało się podanie adresu e-mail w usłudze Windows Live, lub zalogowania w tej usłudze w jakiś inny sposób (Live ID). Być może dało się to jakoś obejść, ale zbyt namiętnie nie szukałem. Po instalacji system zajmuje 15,5 BG.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to ekran z klockami, czy kafelkami (ang. tiles), czyli sławetny interfejs Metro:

Ale uwaga! To nie jest pulpit. Pulpit można włączyć klikając stosowny klocek (kafel). Menu Start (na obrazku rozwinięte, ale normalnie takie nie jest) nie jest właściwie Menu Start w tym znaczeniu, do którego przyzwyczaili się użytkownicy systemów Windows. Wygląda na to, że jego głównym zadaniem jest przełączanie ekranu z klockami (kafelkami) na pulpit i odwrotnie.

Kiedy wyświetlany jest pulpit, komputer zachowuje się w sposób zbliżony do wersji poprzednich. Na ekranie z klockami i po ich kliknięciu przydaje się bardzo PPM, bo często menu tego, co jest wyświetlane, pojawia się tylko po prawokliku.

Laptop? Dziękuję – nie! Ale może kiedyś…

Użytkownicy systemów operacyjnych opartych o jądro Linux, a dokładniej to chyba tylko niewielki ich odsetek (tak zakładam i taką mam nadzieję), bo chodzi mi o tych nachalnych, agresywnych, aroganckich, usiłujących swoimi preferencjami uszczęśliwić na siłę i bez przebierania w środkach całą resztę świata – wbrew jej woli zresztą – swoją postawą zniechęcili do tych systemów tak wiele korzystających z komputerów osób i tak niesamowicie skutecznie, że największy wróg Linusa Torvaldsa nie zrobiłby tego lepiej. Po raz kolejny w życiu, ale może pierwszy raz na taką skalę w branży IT, zadziałała stara zasada: przymus i wciskanie komuś czegoś nieomalże „na silę” zawsze rodzi opór, bunt i niechęć. Kilka dni temu dokładnie tak się poczułem odwiedzając sklepy komputerowe.

Znajoma planująca zakup komputera poprosiła mnie o rozpoznanie sytuacji w tym temacie.

The Bat! - mój ulubiony klient poczty elektronicznej

The Bat! (Nietoperz!) jest komercyjnym, płatnym, klientem poczty elektronicznej produkcji mołdawskiej firmy RitLabs, a głównie dwóch programistów Stefana Tanurkowa i Maksima Masiutina, którzy napisali go w Delphi dla platformy Windows. Pierwsze w pełni stabilne wydanie (1.00 build 1310) pojawiło się w marcu 1998 roku, choć beta dostępna była już rok wcześniej.

W chwili obecnej program występuje w trzech wersjach: Home, Professional i Voyager. Dwie ostatnie mają możliwość szyfrowania bazy danych „w locie”, której nie znalazłem dotąd w żadnym innym kliencie. Professional może szyfrować bazę z wykorzystaniem tokenów kryptograficznych oraz zaawansowanych technik autoryzacji połączeń klient-serwer.

Całymi latami używałem Outlook Express (eksperymentując w międzyczasie z innymi klientami), a kiedy jego czas się skończył, Pocztę Systemu Windows, ale ta niespecjalnie mi się podobała, więc nie trwało to długo.

I to by było na tyle

Kilkanaście ostatnich tygodni upłynęło pod znakiem eksperymentów. Mam tu na myśli wpisy na blogu oraz komentarze w rozmaitych tematach, na różnych forach. Jedne były przemyślane i z premedytacją, inne wynikały z okazji, która sama się pojawiła, jeszcze inne okazały się przydatne do celów eksperymentalnych dopiero w trakcie, a zdarzały się i zupełnie przypadkowe, niezamierzone.

Trochę prowokowałem, trochę się wygłupiałem, trochę knułem teorie spiskowe, trochę się bawiłem, złościłem, robiłem z siebie głupka, wtykałem przysłowiowy kij w mrowisko itd. itp. Kiedy jednak okazało się, że Mozilla to nazwa kodowa przeglądarki Internet Explorer, albo skrót od „Mosaic killer” (ewentualnie jedno i drugie), zorientowałem się, że czas kończyć.