Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Wakacje na Uczelni.

Zaczął się sezon wakacyjny. Wynika z tego banalnie prosta implikacja:

Wakacje -> 3/4 pracowników bierze urlop -> brak ludzi na uczelni -> brak problemów do rozwiązania -> administrator zaczyna kombinować.

Początek klasyczny, przynajmniej w moim przypadku. Wreszcie czas na zajęcie się swoim kącikiem. Zrobiłem dużą aktualizację pokoju, przy okazji wyczyściłem wszystkie podręczne pamięci, cache spod biurek również. Ogólnie cały interfejs się zmienił wg mnie na bardziej wydajny. Przy okazji zrobiłem też defragmentację w szafach i ogólnie w pokoju.
Odnalazła się też moja nagłowna słuchawka do aparatu telefonicznego, dzięki której już nie muszę łamać sobie karku przy zdalnej pomocy.

Jak fajnie, kiedy wszystko się zmieniło. Chyba każdy informatyk lubi aktualizować swoje miejsce pracy ;)

No ale co dalej? Ostatnio zabrałem się za pomoc w Wydziałowym dziekanacie, bo ostatnio źle się tam dzieje. Ogólnie jest system postawiony na serwerze z win2k3, do którego nie mam dostępu bo od tego jest inna ekipa, zajmująca się tylko i wyłącznie dziekanatami. Kilka dni temu zaczęły się problemy z mapowaniem drukarek i panie w dziekanacie zamiast tworzyć wydruki z systemu u siebie drukowały gdzieś na drugim końcu miasta lub nie drukowały w ogóle. Drukowanie w dziekanacie rzecz ważna, gdyż pod koniec semestru studenci żądają różnych zaświadczeń, trzeba by wydrukować dyplomy, jakieś inne papierzyska. Ogólnie przerób papieru jest spory, na jedno stanowisko około 200-400 stron dziennie.

W naszym pięknym dziekanacie stoi też takie fajne urządzenie, które stoi tam już jakieś 4 - 5 lat. Konica-Minolta BizHub 250. W sumie to się zainteresowałem bo o ile tańsze byłoby drukowanie na takiej maszynerii niż na HP LJ1320? Także szybko, myk, myk dociąłem kabelek, wpiąłem do switcha i kombinatoryka stosowana się zaczęła.
Instrukcję obsługi znalazłem w sieci, sterowniki do maszyn z XP również. I co się okazało... Maszyneria ma bardzo duże możliwości. A była używana jako ksero.

W tej chwili panie z dziekanatu mogą drukować, skanować, faksować z PC, odbierać faxy na PC lub tradycyjnie, za pomocą jednej maszyny. Koszty nieporównywalnie niższe od wydruków ze standardowych laserówek. Oczywiście problem w tym, że po wydruk trzeba podejść do maszyny, więc nie każde polecenie idzie tam, ale jeśli panie drukują 200 zaświadczeń jednorazowo, to ma to małe znaczenie.

Od tamtej pory nie muszę już sobie sam parzyć kawy, bo dziekanat mam po drodze do siebie do pokoju ;)

Jeśli ktoś czytał poprzednie wpisy... to tak czy inaczej przypomnę, że jestem w trakcie ogromnego remontu. Miał się on skończyć około 31 sierpnia, ale już wiem, że nie będzie to wcześniej niż koniec września. Pewnie też czytaliście na temat awarii światłowodu do jednego z węzłów pośrednich.... no to tym razem było trochę lżej, bo pan robotnik wyrwał jedynie wiązkę skrętki, bo mu przeszkadzała. Naprawa na szczęście nie była skomplikowana i stres już nie taki jak ostatnio.

A z takich ciekawszych spraw, to w końcu coś się ruszyło z przetargiem i już mam wszystko podpisane i gotowe do wymarszu, jedynie czekam na Dział Zamówień Publicznych, aż przejdzie do wystawienia przetargu. Stanęło na dwa urządzeniach 48 portów gigabit z PoE, i pięć 48 portowych gigabitów bez PoE. Ale zażyczyłem sobie, że mają być stackowalne, a reszta mniej więcej standardowo. No i co mnie bardzo cieszy wiem już do walki włączy się jedna bardzo ciekawa firma, bo od jakiegoś czasu mają bardzo dobre oferty dla placówek edukacyjnych (nawet do 60% zniżki).

Także szykują się ciekawe wakacje ;) 

Komentarze

0 nowych
  #1 10.07.2011 16:08

No cóż, na polskich uczelniach, mimo że bieda na nich aż piszczy, pieniędzy się nie liczy. Tak było zawsze i pewnie jeszcze długo będzie. Żeby tak jeszcze paniom z dziekanatu chciało się ruszyć szanowne 4 litery i podejść do tej super hiper maszyny... U mnie w instytucie (jedna z największych uczelni państwowych w Polsce) wciąż ogłoszenia są wypisywane ręcznie przez panią z sekretariatu i umieszczane na tablicy ogłoszeń, a studenci muszą przyjeżdżać specjalnie na uczelnię, żeby się dowiedzieć o odwołanych zajęciach, bo umieszczanie takich ogłoszeń na stronie internetowej instytutu przekracza możliwości intelektualne pracowników. Lenistwo czy ignorancja? A może jedno i drugie, a wszystko mające podłoże w braku szacunku wobec studentów?

A paniom z dziekanatu zazdroszczę długich wakacji. Jak przełożeni są na urlopie, to pewnie co drugiej nie ma teraz w co drugi dzień w pracy, a reszta urywa się o 13:00.
Mentalność pracownika administracyjnego polskiej uczelni publicznej wciąż nie zmieniła się znacząco od czasów komunizmu.

  #2 11.07.2011 08:29

Szanowny absolwencie.
Masz w pełni rację. Jedyny ratunek to całkowita prywatyzacja sektora edukacji. Tylko wówczas można się spodziewać racjonalnego gospodarowania. Jak jest cudze to się ma w nosie, jak jest swoje to się bardzo dba. Poza tym studiowaliby tylko ci którym zależy. Teraz "studiuje" każdy bo można na koszt podatnika pić przez 5 lat po akademikach.

Mam tylko jedno zastrzeżenie. Skończył się jedynie PRL jeśli o tym mówisz. Komuna trwa nadal.

997   5 #3 11.07.2011 08:31

Wydaje ci się. Ja też jako student byłem nieziemsko wkurzony na to, że dziekanat był czynny np. od godziny 8 do 10, czy były jakieś dziwne problemy albo cokolwiek. Serio czasem aż wzburzenie brało górę nad rozsądkiem.
Teraz jak mam możliwość obejrzeć to od drugiej strony to natychmiast zmieniłem zdanie ;) Nawet wręcz odwrotnie, bo się okazuje, że dziekanat to tylko wierzchołek góry lodowej. Nawet sobie nie wyobrażasz ile się tam dzieje poza godzinami przyjęć studentów ;)
Teraz niestety górę bierze ignorancja studentów, bo chociażby obrona pracy magisterskiej. Jest masa dokumentów potrzebna, żeby student mógł się bronić i jednego dnia np. broni się 50 osób. W regulaminie jest zapis, że wszystkie dokumenty, praca dyplomowa, indeks itd. najpóźniej 2 tygodnie przed obroną powinien trafić do dziekanatu. Zwykle jest tak, że pani z dziekanatu idzie na rękę i student przynosi 2 dni przed obroną wszystko, a pani z dziekanatu zostaje po godzinach albo przychodzi w weekend do pracy. Prodziekan mówi, że tak nie wolno i ostatni raz przyjmowane są papiery po terminie. Tak samo z indeksami, czy czymkolwiek.
Serio, panie z dziekanatu (przynajmniej na tej uczelni) są pomocne dla studentów nawet jak ci w ogólnie nie okazują za to wdzięczności (w tej chwili już wszyscy tylko czegoś żądają a niczego nie doceniają).

  #4 11.07.2011 13:25

Ja doskonale wiem, że na początku czy na końcu każdego semestru pracownicy dziekanatu mają mnóstwo pracy. Sam niejednokrotnie obserwowałem wijące się kolejki przed dziekanatami (tkwiłem w nich również). Tyle, że okresy takiej intensywnej pracy to 2-3 miesiące w roku. W pozostałym okresie studentów przychodzi jak na lekarstwo, pracy administracyjnej też nie ma zbyt dużo (może mi kolega "997" napisze, jakie to ważne sprawy załatwiają panie z dziekanatu w połowie semestru?). Niejednokrotnie miałem okazję słyszeć rozlegające się na cały korytarz z kanciapy zajmowanej przez panie z dziekanatu, tuż po zamknięciu dziekanatu dla studentów, wybuchy śmiechu podczas wspólnych pogawędek (kawusia, ciasteczka i te sprawy...).

Najzabawniej jest w okresach między- i okołoświątecznych (długi weekend majowy, okres świąteczno-noworoczny, juwenalia, święto uczelni itp.), kiedy to załatwienie czegokolwiek w dziekanatach graniczy z cudem, bo na pięć zatrudnionych pań dyżuruje tylko jedna (która oczywiście nie ma zielonego pojęcia, co się dzieje na innych kierunkach).

Zasada na uczelniach jest mniej więcej taka: jak nie ma studentów, to i nie ma pracowników naukowych (po co mają siedzieć na uczelni, skoro nie ma zajęć?). Jak nie ma pracowników naukowych, to wywiewa również większość administracji (bo nie ma pracowników naukowych, czyli przełożonych, więc nikt nie skontroluje ich czasu pracy).

Z racji pewnych związków z uczelnią po zakończeniu studiów wielokrotnie miałem okazję obserwować pracę biurwy (pracowników administracyjno-technicznych) na uczelni. "8-godzinny" dzień pracy takiego przeciętnego pracownika wygląda w ten sposób, że przychodzi do pracy na 9.00, po 14.00 w zasadzie nikogo już nie ma w pracy. O codziennych wyjściach na miasto w celu załatwienia własnych spraw, wcześniejszych wyjściach z pracy itp. nawet nie wspomnę - to tradycja stara jak same uczelnie.

Osobna sprawa to samo traktowanie studentów. Ilekroć mam do czynienia z dziekanatami, utwierdzam się w smutnym przekonaniu, że jeszcze wiele wody upłynie w Wiśle, zanim na uczelnie dotrze pewien minimalny poziom kultury i cywilizacji w obsłudze interesantów.

Najczęściej pojawiającym się argumentem usprawiedliwiającym taki stosunek do pracy jest stwierdzenie, że skoro marnie płacą, to pracujemy adekwatnie do pensji. Zabawne jest, że panie z dziekanatu lubią udowadniać, jak dużo mają pracy, podając zawsze okres na początku lub pod koniec semestru (przykład mamy powyżej), za to dziwnym trafem wylatuje im z pamięci cały pozostały 9-10-miesięczny okres roku.

I jeszcze krótka uwaga odnośnie przestrzegania regulaminu: skoro panie z dziekanatu same przyzwyczaiły studentów do jego nieprzestrzegania, niech się nie dziwią, że studenci nauczyli się takich zachowań. Zwykła ekonomia zachowań, cechująca nie tylko studentów. A panie z dziekanatu same sobie tylko wyrządziły w ten sposób krzywdę.

997   5 #5 11.07.2011 14:26

Nie będę wam opowiadał wszystkich procedur bo ich nie znam, jednak mogę wam powiedzieć, że na tej uczelni dla zabawy nawet są kontrole kto o której wychodzi i przychodzi do pracy, także nie znam takiego czegoś, że jak pracujesz do powiedzmy 15 to wyjdziesz sobie o 14.
O ile wiem jak pracują pracownicy techniczni o tyle do dziekanatu nie mogę się przyczepić. To naginanie regulaminu jest dla dobra studenta, bo wbrew pozorom, tutaj się o studenta dba. Ten dziekanat u mnie zajmuje się również organizacją inauguracji roku, absolutorium i innymi sprawami, którymi powinni zająć się studenci ale niestety stali się już zbyt leniwi i jedna z imprez była tak żałosna, że już uczelnia nie może sobie na takie coś pozwolić. Poza tym sporządzanie umów, plany zajęć, tworzenie dokumentów, wydruki dyplomów i masa innych spraw.

Kiedyś usłyszałem pod moim adresem jakieś nieprzyjemne słowa, oczywiście ja tego nie słyszałem, od pewnego profesora, który to twierdził, że ja jako informatyk powinienem chodzić i wszystko sprawdzać czy działa albo pomagać wszystkim jak coś nie działa itd. itd. ubrane w bardziej kolorowe słowa. No i człowiek żył w przekonaniu, że nic nie robię tylko 90% czasu spędzam przed komputerem w swoim pokoju, dopóki ktoś mu nie wytłumaczył, że pracuje się zdalnie a problemy monitoruje się za pomocą oprogramowania ewentualnie czeka się na zgłoszenia, że coś się właśnie pochrzaniło.

I tak to wygląda w dziekanacie, dopóki się tego nie pozna od środka albo ktoś tego wszystkiego nie wytłumaczy, to ludzi postrzegają to tak jak chcą. Oczywiście nie mówię tutaj, że wszędzie tak jest bo uważam, że ten dziekanat, z którym teraz współpracuję jest chyba najlepszym jaki widziałem ;)

Żeby nie było to moja żona miała problem ze skończeniem studiów dzięki niekompetentnej osobie w dziekanacie i musiała obronę pracy przełożyć o rok w związku z przenoszeniem się na inną uczelnię i wyrównaniem różnic programowych. Pani dała wydruk różnic do uzupełnienia ale pod koniec sesji okazało się, że to nie wszystko i brakuje jeszcze dwóch przedmiotów i musi zdać jeszcze te dwa oraz uzyskać jeszcze raz wszystkie wpisy.

  #6 11.07.2011 15:57

Ja poznałem funkcjonowanie dziekanatów i administracji jako student i od środka również. Być może u ciebie na uczelni jest inaczej (w co wątpię, jeśli jest to uczelnia państwowa), ale standardowo tak to, niestety, wygląda, jak opisałem.

Skoro piszesz, że panie z dziekanatu naginają regulamin jakoby "dla dobra studenta", to niech nie narzekają, że studenci tego regulaminu nie przestrzegają, skoro one same tak robią. Regulamin staje się w tej sytuacji nic nie wartym świstkiem papieru, co ma - poza nieprzyjemnościami dla samych pań z dziekanatu - bardzo demoralizujący skutek w stosunku do studentów. Swoją drogą myślę, że administracja po prostu boi się o studentów, że kiedyś im ich zabraknie, więc "idą im na rękę", naginając "dla ich dobra" przepisy obowiązujące na uczelni. Moim zdaniem jest to w gruncie rzeczy pozorny sposób na zdobycie sympatii u studentów, który wcześniej czy później zawsze się mści, często w trudny do przewidzenia sposób. O zadaniach (konkretnych!), które paniom z dziekanatu zabierają cały czas pracy w połowie semestru, wciąż się nie dowiedziałem. Wydaje mi się również, że studenci nie mają obowiązku organizacji jakiejkolwiek imprezy na uczelni, jeśli sama administracja dba, żeby takie imprezy były, to zapewne ze względów prestiżowych dla uczelni.

Tak naprawdę o zachowaniu biurwy na państwowych uczelniach, markowaniu przez nią pracy, sposobach na ulotnienie się ze stanowisk pracy można by całą książkę napisać, wiedzą o tym doskonale wszyscy pracownicy uczelni, łącznie z władzami (dziekani, dyrektorzy instytutów, rektor). U mnie np. podczas zebrań instytutu zawsze panie z sekretariatu ulatniały się na miasto, bo wiedziały, że wszyscy pracownicy naukowi siedzą wówczas na zebraniu (mieli taki obowiązek), tak więc nikt nie będzie nic załatwiał. Nikt nic nie robi, żeby zmienić ten patologiczny stan rzeczy, bo podobny etos pracy panuje w zasadzie wśród wszystkich pracowników uczelni, także naukowych. Prędzej problemy może mieć ktoś, kto wyłamuje się z tego ogólnie przyjętego schematu zachowań.

Natomiast nie po raz pierwszy spotykam się z gloryfikowaniem pracy własnej i kolegów przez osoby, które zaczęły pracować w tym środowisku. Jest to też typowe. Tego rodzaju racjonalizacje są w gruncie rzeczy czymś normalnym, bowiem nikt nie lubi poczucia, że źle wykonuje swoją pracę, albo reprezentuje środowisko będące pod jakimś względem na bakier z zasadami moralnymi. Tym samym trudno uznać za obiektywny sąd opinię kogoś, kto jest mocno zaangażowany po jednej stronie. Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia - to prawda znana nie od dzisiaj.

997   5 #7 12.07.2011 12:25

Mi się wydaje, że po prostu nie jesteś w stanie uwierzyć w to, że ktoś może rzetelnie pracować ;) Tutaj akurat większość to młodzi ludzie, a dla niektórych to w ogóle pierwsza praca, więc się starają. Z czasem pewnie się to zmieni bo system motywacyjny jest marny, jeśli w ogóle jest. Ja mam to szczęście, że jestem samodzielny, niby mam szefa, ale ten szef nie ma pojęcia o mojej pracy, więc tak na prawdę odpowiadam przed inną osobą, która zna się na rzeczy.

Jeszcze wracając do tego regulaminu to obecnie można powiedzieć, że każdy kto się dostanie i ma minimalne chęci skończyć studia - skończy je. Jest deficyt studentów teraz więc podejrzewam, że to ma związek. Jednak nie chodzi tu o zasady i potem żałowanie, że coś się zrobiło, a o zwykła wdzięczność za pomoc, której tutaj się nie uświadczy. Bo przecież gdyby pani z dziekanatu nie nagięła regulaminu albo go nie obeszła to taki student musiałby zapłacić 1950,- za powtarzanie semestru lub np. 350,- za powtarzanie seminarium, tak jak moja żona musiała to zrobić. Nie byłbyś wdzięczny gdyby ci ktoś tego oszczędził? ;)

  #8 12.07.2011 14:05

Jestem w stanie uwierzyć, że ktoś może rzetelnie pracować :). Choć niekoniecznie na państwowej uczelni. Ale masz trochę racji: też zauważyłem, że młodzi na uczelniach przeważnie dużo bardziej się starają. Jednak zauważyłem coś jeszcze: że po kilku latach bardzo szybko zrównują do ogółu i bardzo ciężko zmobilizować ich do wydajnej pracy. Bo na uczelni, niestety, często tak jest, że wystarczy, że ktoś zdobędzie odpowiednie układy (co następuje przeważnie po kilku latach pracy) i już jego motywacja do pracy dramatycznie spada. A taką osobę bardzo trudno ruszyć ze stołka, wręcz dopóki sama nie odejdzie na emeryturę. Pewnie sam zauważyłeś na uczelni wielu pracowników administracyjnych niewiele robiących, przyspawanych do swoich stołków, którzy tylko wegetują do emerytury.

Poza tym wiele zależy nie tyle od jednostki, co od kontekstu społecznego, w jakim się pracuje. Jeśli większość nie pracuje rzetelnie, to taka młoda osoba, choćby miała najlepsze chęci, ma w zasadzie tylko dwa wyjścia: albo dostosować się do ogółu, albo odejść. Inaczej podlega ostracyzmowi.


"Bo przecież gdyby pani z dziekanatu nie nagięła regulaminu albo go nie obeszła to taki student musiałby zapłacić 1950,- za powtarzanie semestru lub np. 350,- za powtarzanie seminarium, tak jak moja żona musiała to zrobić."

Otóż nie! Nie zapłaciłby ani 1950 zł, ani nawet 350 zł. Wiesz, dlaczego? Bo wszyscy byliby nauczeni przestrzegania regulaminu. Podam ci taki przykład: dlaczego piesi w Polsce powszechnie przechodzą przez ulicę na czerwonym świetle (jak nic nie jedzie), a kierowcy samochodów nie przejeżdżają przez przejścia dla pieszych na czerwonym świetle (nawet jak nikt nie idzie)? Bo tych drugich karze się za łamanie przepisów, a tych pierwszych nie. Inny przykład: w moim mieście jest tak mało kanarów w komunikacji miejskiej, że bardzo wielu ludzi jeździ na gapę. Czy to oznacza, że ludzie ci równie chętnie kradną w hipermarketach, powiedzmy przedmioty o zbliżonej wartości? Ano nie, dokładnie z tych samych powodów.


"Nie byłbyś wdzięczny gdyby ci ktoś tego oszczędził?"

Nie. Zawsze miałem większy szacunek do tych, którzy tworzyli rozsądne przepisy i je później egzekwowali, niż do tych, dla których przepis był tylko nic nie znaczącym świstkiem papieru. Nigdy nie miałem problemów z dostosowaniem się do rozsądnych przepisów. Jeszcze raz powtórzę, że takie postępowanie tylko demoralizuje młodzież, którą uczy się w ten sposób, że "przepisy są po to, by je łamać". Bardzo wymowny jest fakt, że muszę uświadamiać to pracownikowi instytucji odpowiedzialnej za kształcenie elity intelektualnej tego kraju. Poza wymiarem moralnym takie postępowanie wcześniej czy później także mści się w praktyczny sposób (o czym też już pisałem): i na paniach z dziekanatu (które dostają opieprz od prodziekana), i na studentach (bo panuje uznaniowość - jednemu studentowi pani z dziekanatu przyjmie papiery 2 dni przed obroną, a drugiemu już nie, i ten drugi nie ma żadnych instrumentów prawnych pozwalających mu na skuteczne odwoływanie się). Ten drugi student ma prawo czuć się skrzywdzony, mniej więcej na tej samej zasadzie jak czuje się skrzywdzony student ukarany za ściąganie na uczelni, na której powszechnie wykładowcy przymykają oko na ściąganie.

997   5 #9 12.07.2011 14:35

Sprawiedliwości niestety nie ma nigdzie a postępowanie w takich sytuacjach już zależy od charakteru. Ja przykładowo muszę trzymać się reguł i czasem jednego czy drugiego pana doktora czy profesora pogonić, bo faktury za sprzęt nie wysłał do działu finansowego ;) Wiadomo, dostajesz np. laptopa za 7.000,- i do niego fakturę z terminem 30 dni. Użytkownik musi wszystko opisać itd. po czym fakturę + dokumenty przesłać do działu finansowego i ma na to 31 dni. Po tym czasie wszystkie zamówienia dla całego wydziału są wstrzymane i nikt nic nie dostanie dopóki ten ktoś nie opłaci faktury. Także ja doskonale wiem co to jest trzymanie się reguł.
Natomiast w sprawach student - uczelnia jest dużo wyjątków od reguł ustanawianych przez kogoś, kto tak na prawdę ze studentami nie pracuje. I student by zapłacił i to nie raz, ponieważ nawet jak się im idzie na rękę to płacą. Dziekanat pod koniec września u nas jest zazwyczaj zawalony wnioskami o powtarzanie przedmiotu czy semestru, ewentualnie zmianami terminu obrony pracy. Także i tak płacą i będą płacić czy im się idzie na rękę czy nie. Tego akurat jestem pewien ;)

Ja już powoli się przymierzam do zmiany pracy ponieważ czuję, że zrobiłem tutaj już co mogłem i nie widzę w dłuższej perspektywie możliwości rozwoju... Chyba, że coś się wydarzy.

  #10 12.07.2011 15:35

Jak nie zdali przedmiotu czy nie zaliczyli semestru, to pewnie, że płacą. Jakie mają inne wyjście? Tyle, że to akurat jest całkowicie zgodne z regulaminem. Przestrzeganie regulaminu to nie jest kwestia jakichś zdolności intelektualnych, dla niektórych trudnych czy wręcz niemożliwych do osiągnięcia, tylko zwykłej odrobiny rozsądku i zapobiegawczości. Pomyśl sobie, ile byłoby tych wniosków, gdyby panie z dziekanatu, wbrew regulaminowi, przymykały oko na konieczność płacenia za powtarzanie?

Kiedyś, jak ktoś nie zaliczył przedmiotu czy semestru, to wylatywał ze studiów. Dzisiaj płaci i powtarza, często w nieskończoność. Dla niektórych też to będzie "pójście na rękę" studentom, ale nie oszukujmy się - uczelnie zwietrzyły niezły interes w takim załatwianiu sprawy i czerpią z tego spore dochody. A że cierpi na tym poziom wypuszczanych absolwentów...

"Ja już powoli się przymierzam do zmiany pracy ponieważ czuję, że zrobiłem tutaj już co mogłem i nie widzę w dłuższej perspektywie możliwości rozwoju... Chyba, że coś się wydarzy."

Zawsze możesz zrobić doktorat :). Jak zostaniesz doktorem czy profesorem, to wtedy nie będziesz musiał pamiętać o fakturach za sprzęt, dokumentach i innych duperelach - od tego będziesz miał szeregowych pracowników administracyjnych, którzy będą chodzić za tobą i prosić, żebyś łaskawie w końcu je podpisał. Wiesz, jak to dowartościowuje?

Na tym polega feudalizm akademickiej hierarchii - najpierw przez kilka lat dajesz sobą pomiatać, a później sam możesz do woli pomiatać innymi. I nikt ci nic nie zrobi, bo na polskich uczelniach tylko trzy rzeczy mają wartość: układy, układy i jeszcze raz układy. Tak więc nie ma co się załamywać - wszystko jeszcze przed tobą ;). Trzeba tylko dopasować się do niepisanych, istniejących standardów.

997   5 #11 13.07.2011 08:15

"układy, układy i jeszcze raz układy." a to niestety najprawdziwsza prawda ;)

Z tymi profesorami to też nie tak do końca, że mają to gdzieś, oni po prostu nie zdają sobie sprawy z tego, że ktoś czeka na pieniądze, myślą przeważnie, że wszystko jest zapłacone z góry a oni tylko muszą podpisać i odesłać. Zdarza się to stosunkowo rzadko ale się zdarza.

Wracając do regulaminu i jego przestrzegania to w sumie zależy od punktu siedzenia. Regulamin nie zakłada np. żadnego wsparcia dla młodych matek (a podobno mamy politykę prorodzinną), nie przewiduje za bardzo pomocy dla osób w trudnej sytuacji rodzinnej (np. do stypendium socjalnego trzeba już na prawdę głodować) i też nie przewiduje sytuacji wyjątkowych (w zezsłym roku jeden student nie zdał roku bo miał wypadek i spędził podobno spory okres czasu w szpitalu, po czym przedstawił wszystkie dokumenty itd. i dziekan łamiąc regulamin pozwolił mu zdawać egzaminy z zeszłego semestru w połowie semestru następnego jeśli wykładowcy wyrażą zgodę).

Myślę, że w kwestii regulaminu to się nie dogadamy, bo ja widzę to zupełnie inaczej niż ty ;) Dla mnie jest on źle skonstruowany, w zasadzie to trzymanie się wszystkich reguł przyczyniłoby się do upadku Uczelni ;) To takie moje prywatne zdanie.

  #12 13.07.2011 14:32

Jeśli regulamin jest zły, to należy go zmienić, a nie omijać. Przynajmniej tak postępuje się w państwie praworządnym. Skoro na uczelniach istnieje przyzwolenie na łamanie prawa, to znaczy to tylko tyle, że nie aspirują one do miana praworządnych instytucji.

Prawo do stypendium socjalnego, zapomóg, dopłat do posiłków, zakwaterowania itp. jak najbardziej jest ujęte zarówno w regulaminach uczelni, jak i Ustawie o szkolnictwie wyższym. Możliwość podjęcia w pewnych konkretnych sytuacjach ostatecznej decyzji przez dziekana czy rektora - również. Czyli nie jest to sprzeczne z regulaminem. Jeśli na twojej uczelni przyznaje się pomoc socjalną niezgodnie z przepisami (też żeby "pójść na rękę" studentom?), to za defraudowanie w ten sposób publicznych pieniędzy zwyczajnie grozi odpowiedzialność karna.