r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Android to nie iOS. Fragmentacja jest nieuchronna – ale zarazem niezbyt groźna

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Gdy tylko jak co roku pojawia się kolejny raport o stanie rynku androidowego, pierwsze czego możemy się spodziewać w mediach IT, to załamywanie rąk nad stanem „fragmentacji” mobilnego systemu Google'a. Wielość wersji systemu określana jest problemem „fundamentalnym”, a dziennikarze przekonują, że powinniśmy mieć dokładnie taką samą sytuację jak z iOS-em, gdzie zdecydowana większość użytkowników szybko przechodzi na kolejną wersję systemu. Zamiast jednak narzekać, zastanówmy się – skoro jest tak źle, to czemu jest tak dobrze? Dlaczego Android to 75% rynku nowo sprzedawanych telefonów na świecie, a w wielu krajach, w tym i w Polsce, iPhone nie jest w stanie powtórzyć amerykańskiego sukcesu?

Dane opublikowane na stronach Android Developers pokazują, że najpopularniejszą wersją systemu Google'a jest Lollipop – 35,6%. Tuż za nim jest KitKat (32,5%) i Jelly Bean (20,1%). Najnowszy Marshmallow to 7,5% rynku. Stareńkim Androidom 2.x zostało 2,3%. I nawet nie wyglądałoby to tak najgorzej, gdyby nie to, że pod nazwami kodowymi mogą kryć się różne systemy. I tak przez Lollipopa rozumiemy zarówno Androida 5.0 jak i 5.1, zaś Jelly Bean to przecież Android 4.1, 4.2 i 4.3. Różnice między nimi nie kończą się na nazwach – to przede wszystkim poziom obsługi interfejsu programowania Androida, każde kolejne wydanie podbija wersję API o oczko wyżej.

Rok do roku widzimy, że tempo przechodzenia użytkowników między kolejnymi wersjami Androida jest ślamazarne. W zeszłym roku Lollipop był dostępny na 9% wszystkich urządzeń. Jego następca, Marshmallow, nie zdołał sięgnąć tego poziomu. W porównaniu do tempa aktualizacji obserwowanego na rynku iOS-a, mamy do czynienia z wynikami o rząd wielkości gorszymi. W zasadzie gdyby nie całkiem dobre wyniki sprzedaży nowych flagowców Samsunga, wyniki Marshmallowa byłyby jeszcze gorsze.

r   e   k   l   a   m   a

Jak zresztą mogłoby być inaczej, skoro niewiele smartfonów kiedykolwiek zobaczy oficjalne aktualizacje systemu, dostarczone im oficjalnym kanałem OTA przez producentów? Jeśli takie się zdarzają, to przede wszystkim dla sprzętu z górnej półki. „Średniacy”, nie mówiąc już o tanich słuchawkach, nie zarabiają na siebie zwykle dość, by usprawiedliwić inwestowanie w przygotowywanie nowszych wersji systemu, tym bardziej, że przecież ich cykl życia nie powinien wynieść więcej niż dwa lata – tak jak to było na rynku telefonii komórkowej kiedyś. Jeśli więc ktoś trzyma się niedrogiego telefonu sprzed kilku lat, czemu się dziwi, że nikt oficjalnie nie przygotował na niego aktualizacji?

Powodów do narzekania zresztą dla przeciętnego użytkownika wcale zresztą tak wiele nie ma. Od wprowadzenia na rynek frameworka Google Play Services, numerek wersji Androida dla przeciętnego użytkownika przestał mieć aż tak duże znaczenie. Nawet jeśli korzysta z wydanego w 2013 roku KitKata, uruchomi praktycznie wszystkie aplikacje, które pojawiły się od tego czasu na Androida. Framework Google'a jest bowiem aktualizowany praktycznie na bieżąco, przez sklep Play, niewiele już jest kluczowych dla aplikacji API, z których koniecznie należałoby korzystać, czyniąc kwestię kompatybilności problematyczną. Dzisiaj deweloper celujący w API poziomu 19 i korzystający z Google Play Services może być pewien, że jego oprogramowanie będzie działało na zdecydowanej większości urządzeń dostępnych na rynku.

Gdzie te wszystkie masowe ataki?

Oczywiście pozostaje problem bezpieczeństwa. Starsze wersje systemu zawierają błędy, które w teorii pozwalają nawet na zdalne uruchomienie złośliwego kodu na urządzeniu. Z praktycznym wykorzystaniem tych rozmaitych luk na Androidzie bywa różnie. Przypomnijmy historię słynnego Stagefrighta, błędu w systemowej bibliotece przetwarzania mediów. W momencie jej odkrycia ostrzegano, że zagrożonych jest 1,4 mld urządzeń. Ile z nich zostało skutecznie zaatakowanych? Szybko się okazało, że dostępne exploity nie bardzo chcą działać, nie mogąc obejść randomizacji przestrzeni adresowej (ASLR) Androida, domyślnie włączonej w wersji 4.2 systemu.

To nie jest żadna pociecha, system z zielonym robocikiem nie może być w takiej sytuacji uznany za całkiem godny zaufania, trudno też oczekiwać, by zwykli użytkownicy sami instalowali sobie połatane ROM-y z forum xda-developers. Nie ma jednak się co spodziewać, że sytuacja ulegnie znaczącej zmianie. Działający na tysiącach modeli urządzeń Android to nie iOS i nigdy iOS-em nie będzie. W najlepszym razie w zapowiadanym na ten rok Androidzie N powinniśmy doczekać się takich zmian w architekturze systemu, które pozwolą Google na zdalne dostarczanie łatek bezpieczeństwa z pominięciem producentów sprzętu. Aktualizacja całego systemu jest jednak raczej mało realna. Zamknięte, własnościowe sterowniki niełatwo jest zmusić do pracy z nową wersją jądra, a w większości wypadków Google przecież ich kodem źródłowym nie dysponuje.

Należy więc traktować androidowe urządzenia jako sprzęt o określonym cyklu życia, w większości wypadków skazanych na tę samą wersję systemu przez cały okres użytkowania. Jedynie te droższe, lepiej znane modele mogą liczyć na wieloletnie pełne wsparcie, rozumiane jako dostarczanie w pełni przetestowanych nowych wersji systemu, nie tylko z łatkami bezpieczeństwa, ale i nowymi funkcjami. Jeśli jednak ktoś kupuje smartfona za kilkadziesiąt dolarów, to czy może się dziwić, że nie dostanie wsparcia, jakie towarzyszy urządzeniom sprzedawanym o wiele drożej?

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.