r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Bitcloud: decentralizacja Internetu nie może się obejść bez finansowej zachęty

Strona główna AktualnościINTERNET

Z każdym kolejnym rokiem Internet staje się coraz bardziej scentralizowany, a efekty tego odczuwają wszyscy internauci. Możemy się dziwić – jak do tego doszło, że sieć, która w swoich założeniach miała bazować na rozproszonym przetwarzaniu danych, trasowaniu i połączeniach między równymi węzłami dziś charakteryzowana jest przez kilkanaście kluczowych punktów, których podsłuchiwanie daje napastnikom pokroju agentów NSA dostęp do wszystkiego, co dla nich ważne? Wyjaśnienie nie jest trudne, to kwestia zarówno gospodarcza jak i techniczna. Dla internetowych gigantów transfer w obrębie własnych sieci jest nieporównywalnie tańszy – sieć Tier 1 może po kosztach przekazać dane gdzie chce, zarabiając przy tym na mniejszych sieciach, których ruch transportuje. Stąd też koncentracja największych routerów w głównych ośrodkach światowej gospodarki, gdzie i klientów więcej, i infrastruktura lepsza. Do tego dochodzi twierdzenie Brewera, zgodnie z którym niemożliwe jest, by rozproszony system komputerowy jednocześnie był spójny (te same dane w tym samym czasie na wszystkich węzłach), dostępny (każde żądanie otrzyma odpowiedź) i wykazujący tolerancję partycji (działa pomimo uszkodzenia części swoich węzłów).Najwyraźniej, choć zagrożenia związane z centralizacją sieci są ogromne, to jej sama topologia cenralizację taką wymusza.

A mimo to znaleźć można spiskowców, którym marzy się działanie pod prąd, stworzenie sieci, która przyniesie większą prywatność i bezpieczeństwo, zlikwiduje cenzurę w Internecie i która finalnie stanie się siecią kratową w całości zastępującą Internet. O tym śmiałym planie internetowa społeczność została powiadomiona tydzień temu, na łamach reddita. Autorzy tak pisali o protokole Bitcloud, który miałby pozwolić na zrealizowanie ich wizji – chcemy zastąpić YouTube, Dropboksa, Facebooka, Spotify, dostawców Internetu i nie tylko za pomocą zdecentralizowanej aplikacji, bazującej na dowodzie pasma transferu. Deklaracja wywołała duże zainteresowanie i szybko trafiła na główną stronę reddita. Wkrótce po tym zaczęły pisać o niej mainstreamowe media, mimo że w zasadzie poza obietnicą „zastąpienia Internetu” żadnych szczegółów technicznych nie było. Tymczasem w toku dyskusji wyłaniały się kolejne szczegóły projektu.

Dowód pasma transferu (Proof of Bandwith)? Skojarzenia z Bitcoinem i jego dowodem pracy (Proof of Work) są nieuchronne i jak najbardziej na miejscu. Bitcloud ma być bowiem nie tylko protokołem sieciowym, ale przede wszystkim rozproszoną autonomiczną korporacją, której węzły są zachęcane do udziału w Sieci perspektywą zarobku, otrzymując wynagrodzenie za trasowanie ruchu w ramach nowej sieci, przechowywanie danych i ich przetwarzanie. Dla świadczących te usługi węzłów płatności miałyby być dokonywane za pomocą specjalnej waluty – cloudcoinów (podobnie jak płatności w sieci Bitcoin dokonywane są za pomocą bitcoinów).

Przykładowo, jeśli ktoś chciałby wyświetlić reklamę na publicznie dostępnym wideo strumieniowanym z węzła Bitcloud, musiałby za taką usługę zapłacić. Już w gestii operatora węzła pozostaje, czy taką reklamę chciałby przyjąć, ryzykując że użytkownicy przerzucą się na inny, bezreklamowy węzeł. W ten sposób otrzymywalibyśmy samoutrzymującą się, wolnorynkową sieć komunikacyjną, która może działać bez żadnych zewnętrznych dotacji.

Sieć dzieli swoich uczestników na trzy klasy: użytkowników, wydawców i węzły. Ci pierwsi nie muszą stosować specjalnego oprogramowania. Podstawowy interfejs Bitclouda, Wetube, to zbiór skryptów działających w przeglądarce. Rola użytkowników jest oczywista, głównym zadaniem wydawców ma być z kolei akceptowanie treści dostarczanych przez użytkowników, kategoryzacja tych treści i emisja reklam kierowanych do nich przez reklamodawców.

Podstawą Bitclouda są węzły. Uczestnicy chcący działać w tej roli muszą uruchomić specjalne oprogramowanie, pozwalające na przechowywanie bufora z wskaźnikami do serwowanych plików, zapewniające niezbędny transfer do działania aplikacji klienckich i ewentualnie przechowywanie treści wydawców. Co istotne, wydawcy nie mogą sobie wybierać węzłów, podczas gdy węzły mają swobodę przyjęcia lub odrzucenia wydawcy. Dzięki temu węzły mogą zarabiać nie musząc się do nikogo zwracać, a wydawcy mogą uniknąć cenzury, gdyż dowolny węzeł może przechowywać dowolną treść. Węzły dostarczają też Dowodów Pasma Transferu, umożliwiających generowanie pieniędzy za świadczenie usług dla uczestników. Podobnie jak z Bitcoinem, blok, zawierający wszystkie nowe transakcje między uczestnikami sieci, generowany jest raz na 10 minut i dołączany do istniejącego łańcucha bloków.

Cały system ma być programowalny w czasie rzeczywistym, tak że zaawansowani użytkownicy będą mogli niemal dowolnie modyfikować sposób swojej interakcji z Bitcloudem. Niemal dowolnie, nie będą mogli bowiem zmienić zbioru praw kryptograficznych Bitclouda (Bitcloud Cryptographic Law) – zasad, względem których uczestnicy sieci oceniają się nawzajem, wygłaszając następnie „werdykty”, przechowywane w łańcuchu bloków i wprowadzane w życie przez system nagród i kar. Takie prawa to np. prawo transferu, które zapewnia, że węzły trasują ruch od użytkowników pobierających i publikujących treści, otrzymując za to wynagrodzenie, prawo rozproszenia, które uniemożliwia obchodzenie zasad poprzez rozpraszanie połączeń między użytkownikami i węzłami oraz samymi węzłami, prawo przechowywania danych, dzięki któremu węzły muszą przechowywać to, co otrzymały od wydawców czy prawo usług, zapewniające, że węzły nie będą odmawiały świadczenia usług. Ten system prawny, modyfikowany w miarę ewolucji Bitclouda, ma wyeliminować z sieci szkodników i samolubnych uczestników.

Starsi internauci być może w tym momencie przypomną sobie MojoNation, gorący temat z przełomu stuleci, gdy jeszcze nie mieliśmy BitTorrenta, a większość internautów wciąż łączyła się z Siecią za pomocą modemów analogowych. MojoNation bazował na ogólnego zastosowania protokole komunikacyjnym P2P o nazwie Evil Geniuses Transport Protocol (EGTP), zapewniającym stałe tożsamości węzłów, szyfrowanie, przekierowywanie wiadomości przez zapory sieciowe i dynamiczną kompresję danych. Na EGTP można było budować protokoły i usługi wyższego rzędu, a najważniejszym z nich był system mikropłatności, który pozwalał węzłom MojoNation na wzajemne rozliczenia za świadczone sobie usługi w jednostkach pieniężnych zwanych Mojo, a także licytowanie się o dostęp do tych usług. Mojo doczekało się jednak tylko jednej aplikacji – rozproszonego systemu publikacji plików, których fragmenty przechowywane były na węzłach Mojo, podobnie jak to jest dziś w sieci Freenet. System unikatowych identyfikatorów pozwalał na odnalezienie pliku i złożenie go z dostępnych części.

MojoNation najwyraźniej wyprzedziło swoje czasy – firma, która stała za projektem zamknęła swoją działalność (a jeden z jej pracowników, niejaki Bram Cohen, po odejściu zajął się wymyślaniem BitTorrenta). Z projektu ostało się otwarte oprogramowanie klienckie o nazwie Mnet, do dziś hostowane na Sourceforge, ale raczej niewiele się przy nim dzieje. Czy Bitcloud sprawdzi się tam, gdzie MojoNation nie dało rady? Niewykluczone, że tak: autorzy projektu nie mają zbyt wiele zaufania do czynnika ludzkiego, budując Bitclouda tak, by napędzała go chęć zysku, a zabezpieczała matematyka. A to przecież powielenie modelu znanego z Bitcoina, który pokazał, że w Sieci mogą wciąż pojawiać się technologie trudne do wyobrażenia jeszcze kilka lat temu, gwałtownie przemieniające internetową gospodarkę i kulturę.

Więcej na temat Bitclouda znajdziecie w białej księdze projektu, dostępnej na GitHubie.

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.