Z usług Google korzystam od dłuższego czasu. Do tej pory pamiętam, jakim „szpanem” było posiadanie konta Gmail cudem zdobytego z jakiegoś zaproszenia. Wcześniej korzystałem z usług jednego z polskich dostawców poczty, ale po odkryciu Gmaila szybko się na niego przestawiłem. Wtedy zresztą posiadałem bardzo niewielką ilość jakichkolwiek konta w różnych serwisów, „przesiadka” była więc po prostu formalnością. Korzystałem tak sobie z poczty od Google przez kilka lat, z czasem dołączyły do niego i inne usługi, takie jak Picassa, Dokumenty, Youtube, Analytics, czytnik RSS, czy też narzędzia dla webmasterów. Z czasem poznawałem ich coraz więcej, podobnie jak pojawiające się nowe opcje, które czasami były dla mnie strzałem w dziesiątkę, a czasami czymś zupełnie zbędnym.
Dzisiaj nie mam jednak zamiaru pławić się w zaletach usług giganta i wymieniać ich liczne zalety. Mam natomiast zamiar stwierdzić, że moim zdaniem usługi te są mocno ograniczone, lub też po prostu uczą „złych nawyków”. Doszedłem do takiego wniosku już jakiś czas temu, przyglądać się innym usługodawcom, wielu aplikacjom i faktycznemu użytkowaniu, tak w domu jak i w zakładach pracy.