r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Debian kończy z Linux Standard Base: nikogo nie obchodzi międzydystrybucyjna kompatybilność?

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Na początku stulecia linuksowi deweloperzy uzgodnili LSB (Linux Standard Base) – specyfikację, która określa rozmaite usługi i interfejsy dla oprogramowania pisanego przez niezależnych deweloperów, przychodzącego spoza repozytoriów danej dystrybucji. W zamierzeniu chodziło o takie ujednolicenie Linuksa, by przenoszenie oprogramowania między systemami nie było problemem, tak samo jak w świecie Uniksa zapewnić to miał standard Single Unix Specification. Utrzymywane przez grupę roboczą w ramach Fundacji Linuksa LSB rosło z roku na rok, stając się coraz większym obciążeniem dla twórców dystrybucji, aż w końcu ktoś powiedział „dość”. Deweloperzy Debiana mówią otwarcie – nic nam po tej specyfikacji.

Większość użytkowników desktopowego Linuksa pewnie nawet nigdy do specyfikacji LSB nie zaglądała. Tymczasem jej wersja 5.0, przyjęta w czerwcu tego roku, definiuje pięć podstawowych modułów – Core, Desktop, Languages, Imaging oraz Trial Use, z których każdy zawiera listę wymaganych bibliotek i ich wersji, opisy udostępnianych funkcji i definicje danych. Do tego dochodzą standardy nazw i struktur, używanych np. w hierarchii systemu plików. Ten niewątpliwie mało ekscytujący dokument opisuje ponad półtora tysiąca komponentów i bibliotek, ok. 40 tysięcy poleceń, ponad 30 tysięcy klas i ponad 700 tysięcy interfejsów. Sporo, biorąc pod uwagę to, że pierwsza wersja obejmowała… dziesięć bibliotek.

Wkrótce po wydaniu LSB 5.0 jeden z deweloperów Debiana, Didier Rabout, zadał pytanie o sens ciągnięcia tej zabawy, która według jego słów, nikogo nie obchodzi. Zauważył, że praktycznie nie ma oprogramowania rozprowadzanego przez pakiety zgodne z LSB. Na oficjalnej liście certyfikowanych dla LSB produktów znajdziemy raptem osiem aplikacji – i z nich tylko jedna, narzędzie wysokiej dostępności dla serwerów OpenSAFfire, wymaga LSB w wersji 4+. Czy zatem dla jednej niszowej aplikacji warto bawić się w tak rozbudowaną specyfikację?

r   e   k   l   a   m   a

Rabout zaproponował więc, by Debian pozbył się niemal wszystkiego z LSB, za wyjątkiem pakietów lsb-base (potrzebnego systemowi inicjalizacji) i lsb-release (pozwalającego na odpytanie o nazwę dystrybucji i poziom zgodności z LSB). Przyznał, że lepszym rozwiązaniem byłoby przebudowanie LSB tak, by było zgodne z tym, co faktycznie dzieje się w Debianie i całym świecie wolnego oprogramowania, a nie funkcjonowało tylko jako nieżyciowa specyfikacja. Kto jednak miałby się tym zająć?

I faktycznie, reakcje na propozycję potwierdziły, że Linux Standard Base nikogo normalnego nie obchodzi. W ciągu kilku miesięcy nikt nie zaoferował wzięcia w opiekę pakietów zgodności z LSB. We wrześniu ogłoszono więc, że zostają one wycięte z Debiana (pozostają jedynie wspomniane wyżej dwa pakiety, z których użytkownik dowie się, że wsparcia dla LSB w Debianie już nie ma). W świecie zgodności z LSB pozostaną w praktyce już tylko te „nudne” korporacyjne dystrybucje, takie jak Red Hat Enterprise Linux.

Porzucenie LSB nie oznacza jednak porzucenia wsparcia dla standardowej linuksowej hierarchii plików, notabene przez wielu krytykowanej jako „przestarzała” czy „nieżyciowa”, jak również względnie zgodnych z LSB skryptów inicjalizacji. Te na pewno w Debianie pozostaną. Problemem mogą być też niektóre sterowniki drukarek, wymagające zgodności z LSB, ale i tę kwestię można rozwiązać bez sięgania po armatę do zabijania komarów, jaką niewątpliwie jest Linux Standard Base.

Cała ta sprawa pokazuje, jakim problemem przez te wszystkie lata było rozwijanie oprogramowania na Linuksa, które mogłoby być dostarczane spoza repozytoriów. Sam fakt, że ktoś zdecydował się na opracowywanie tak przekombinowanego sposobu utrzymywania kompatybilności, a ktoś inny zdecydował się na jego wdrażanie, świadczy o pewnej desperacji w próbie rozwiązania tego problemu. Dziś najlepszą drogą dla aplikacji serwerowych wydaje się konteneryzacja na bazie Dockera – ale co zrobić z oprogramowaniem desktopowym? O tym, że sprawa nie jest jednak beznadziejna, niech świadczy podejście autorów VirtualBoksa, którzy zamiast przyglądać się dystrybucji, patrzą na dostępne w systemie narzędzia i usługi i starają się z nimi pracować, wprowadzając konkretne poprawki w tych sytuacjach, w których uznają że jest to warte zachodu.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.