[Felieton] O tym jak niewiedza wyszła mi na zdrowie

Kilka lat temu polubiłem programowanie i uznałem, że z tym i tylko z tym będę starał się wiązać swoją przyszłość. Kilka języków troszkę poznałem, o samej idei programowania też wiem troszkę. Poświęcając czas tylko jednemu zagadnieniu, do niedawna o innych, czasem pochodnych, zagadnieniach nawet troszkę nie wiedziałem.

Lekka zmiana planów

Jakieś dwa tygodnie temu pod wpływem pewnych czynników doszedłem do wniosku, że na specjalizowanie się w swojej działce, mam czas przez całe życie, a tym czasem „proza życiowa” promuje elastyczność – czyli, może warto by było spróbować też czegoś innego?
(By trzymać się wyznaczonego celu cały kontekst źródeł zmiany myślenia postanowiłem pominąć.)

[Poradnik] Jak sprawnie nie nauczać C++

Dziś postanowiłem napisać krótki poradnik zawierający zbiór bardzo życiowych porad dla wszystkich chcących nie umiejętnie nauczać C++. Większość wymienionych metod nauczania została przetestowana w praktyce i rezultaty ich stosowania były bardzo bezowocne.

Uwaga, najlepiej testować to na studentach nie wiążących swojej przyszłości z programowaniem – maleje ryzyko natrafienia na studentów nie umiejące przyswoić sobie takiej niewiedzy!

Linux, SandyBridge i problematyczne RC6 rozwiązujące problem

To będzie dziwny wpis… Od kilku miesięcy co jakiś czas zdarza mi się czytać narzekania różnych osób na żywotność baterii kiedy korzystają z jakiś dystrybucji na nowszym sprzęcie (konkretnie na laptopach z procesorami Intela SandyBridge. Sprawa wygląda dość kiepsko i z tego co zauważyłem mało kto wie co jest grane. Sam nie mam pod ręką takiego sprzętu, właściwie też mało się ogólnie na sprzęcie znam, ale trafiłem na kilka artykułów, które naświetlają sprawę.

[Felieton] Piractwo gorsze (cz. 2)

Przed napisaniem tego tekstu sporo się zastanawiałem czy warto. Zniechęciło mnie to, że w dużym stopniu byłoby to bezcelowe użalanie się nad sobą. Teraz dobrą okazją stał się mój poprzedni wpis, dla którego sytuacja, w której się znajduję będzie ilustracją myśli, którą tam zawarłem.

Wstęp

Od jakiegoś czasu udzielam się w uczelnianym chórze (uczelni, w której już nie studiuję, jednak to nie stanowi problemu). Kiedy do chóru wstępowałem z innymi nowymi osobami, po naborze stanowiliśmy połowę całego składu. Dużą zaletą było to, że stosunkowo łatwo było nam się razem uczyć nowych rzeczy, a przy tym, dyrygent nie miał poczucia tracenia czasu.
Są dwie gruby utworów jakich się uczymy: te, które większość już zna, które się często wykonuje na koncertach i te, które są dla wszystkich nowością.

[Felieton] Piractwo lepsze i gorsze (cz. 1)

Z cyklu: „to miał być komentarz, a wyszło jak zwykle”…

W czym rzecz?

Moje doświadczenie w temacie quasi-legalnego ściąganiu rzeczy z internetu i wspomnienia z okresu, kiedy byłem przeciętnym polskim piratem, sprawiają że nie mam dziś jednoznacznej opinii na temat tego procederu.

Piractwo lepsze

Jeśli ktoś ściągnie 10 albumów (choć dotyczyć to może też gier, czy filmów, książek) po to żeby się przekonać czy są warte kupna, to możliwe, że np. 3 z nich kupi. Istotne jest to, że posiadanie już 3 albumów nie powoduje, że ściągnięcie 10 kolejnych i zakup 3 z nich jest bezsensowny. Mogę lubić równocześnie 100 albumów i każdy kupić. Z obserwacji gustów ludzi na last.fm wnioskuję, że osoby ograniczające się do jednego jedynego albumu to prawdziwa egzotyka.

[KDE – W Kręgu Tajemnic] Łatwe zgrywanie muzyki

Słowem wyjaśnienia… Co pewien czas wydaje mi się, że mam skonfigurowany interfejs pulpitu i pozostaje tylko z niego korzystać. Bywa, że odkrywam wtedy jakąś ukrytą funkcję i okazuje się, że to co ustawiłem wcześniej można uprościć i zwiększyć przy okazji wygodę korzystania. Nie chodzi o to, że trzeba to zmieniać, tylko o to, że można, a ja hobbystycznie lubię sobie czasem pogrzebać w systemie. A jeśli później samo korzystanie z komputera ma być wygodniejsze, to czemu by nie przetestować tych znajd?

Zdarza mi się również odkrywać funkcje, które pozwalają pozbyć się nadmiaru programów, których używam okazyjnie, bo to samo oferuje mi sam system.

KDE jest tutaj jak znalazł. Zaczynam ostatnio dochodzić do wniosku, że autorzy są albo nadmiernie skromni, albo mają tremę, albo jeszcze inny powód jest, dla którego bardzo ciekawe rozwiązania są w tym środowisku pochowane i na niektóre trafić można chyba tylko przez przypadek. Krótka wymiana opinii z użytkownikiem @lucas__ zachęciła mnie by zacząć się dzielić swymi odkryciami na łamach tego bloga.

[Felieton] Kosz

Czytając ostatni wpis @kraju zwróciłem uwagę na kwestie kosza i podejścia autora do problemu:

Mam także standardowo wyłączony Kosz (nigdy nie korzystałem, to kwestia odpowiedzialności za własne czyny ;-)
Już prawie napisałem komentarz dla kolegi @przemor25, gdzie na moje pełne dramatycznych wątpliwości pytanie:
I o co chodzi z tym koszem?
postanowił mi odpisać w taki oto sposób:
Ja mogę wyjaśnić bo mam taką samą filozofię jak autor wpisu. Po instalacji systemu ustawiam kosz, żeby natychmiast usuwał pliki/foldery/dokumenty a nie umieszczał je w Koszu. Można zaznaczyć odpowiednią opcję w właściwościach Kosza. Dodatkowo jeszcze usuwam ikonke z pulpitu bo niepotrzebny jest :)
W komentarzu chciałem wytłumaczyć czemu nadal nie jest to dla mnie jasne… i drugi raz uznałem, że lepiej rozwijać felieton.

Rozpoznanie problemu

Do rzeczy! Ciekawi mnie jaką wartością dodaną jest takie skonfigurowanie kosza by działał jak spalarnia śmieci, a nie muzeum naszego życia.

„Chcieć to móc”

Wstęp

Jakiś tydzień temu, na pewnym portalu, w pewnym komentarzu, po pewnej wymianie zdań, ktoś postawił tezę, że na starym sprzęcie (powiedzmy Pendium 133 + 32MiB RAMu) jeśli się chce mieć prosty komputer służący jako maszyna do pisania i wysyłania mejli, to można z powodzeniem wykorzystywać Win95 z MS Officem i to jest jedyna opcja, bo żadna łatwo dostępna dystrybucja GNU/Linuksa nie da sobie rady na tak archaicznych parametrach.

Co by było gdyby…

Nie wiedzieć czemu wczoraj mnie coś naszło by dokopać się do powyższego komentarza, dokładnie przeanalizować czego oczekuje autor, by później sprawdzić jak to się ma w praktyce.

[Felieton] Skrajne wartości

Mój tata siedzi od… od około 40 lat w elektronice. Niedawno sobie kupiłem do roweru porządną latarę z diodą o mocy 500 lumenów (dlatego w kontekście rekreacyjnej jazdy na rowerze, której zwolennikiem jestem, wyraz „latarka” wydał mi się niewystarczający). Trzeba zaznaczyć, że takie światła do jazdy po mieście nocą przy latarniach są za słabe by pomóc w unikaniu dziur, a z używaniem ich jako świateł informujących kierowców „że się istnieje”, jest jak ze strzelaniem do komara z armaty: można krzywdę postronnym osobom zrobić przy okazji (np. skutecznie oślepiając kierowcę, czy pieszego, bo taką moc mają takie światła). Nietrudno jest więc się domyślić, że zamiar zakupy takiego sprzętu wiązał się z moją perwersyjną ochotą nocnego pojeżdżenia po lokalnych bezdrożach (dla zainteresowanych: mam tu na myśli np. Szyndzielnię).

...:::LyX:::... czyli LaTeX bez LaTeXu ale jednak z LaTeXem

Wstęp
Sporo ostatnio zostało napisane o pakietach biurowych i ich możliwościach, szczególnie o edytorach tekstu. Niektórzy chwalili funkcjonalność jednych, inni wylewali swoje gorzkie żale nie odnajdując się w drugich. Może nie zawsze były to zasłużone słowa krytyki, jednak nie o tym tu dzisiaj. Zdarzało się powiem, iż nieśmiało ktoś wspominał o LaTeXu jako leku na wszelkie zło. Niektórzy wręcz okazywali swe zdziwienie dowiadując się, że ktoś z LaTeXa nie korzysta. Najważniejsze jest jednak, że ten język składania tekstu choć wydaje się dużo trudniejszy, może się jednak okazać dużo prostszym dzięki swoistej automatyzacji procesów, czy jak ktoś woli odwalania brudnej roboty za użytkownika, co w wielu przypadkach może nawet drastycznie zwiększać produktywność. A co jeśliby ktoś postanowił połączyć zalety możliwości wyklikania sobie wszystkiego jak w Wordzie, czy Writerze, z potęgą LaTeXa?