r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Facebook: jakie są koszty oddania Zuckerbergowi cyfrowej tożsamości?

Strona główna Aktualności

O zagrożeniach dla naszej prywatności, jaką przyniosły ze sobą sieci społecznościowe, napisano pewnie już tysiące felietonów. Pisanina ta co nieco pomogła – gdyby nie media (i regulatorzy rynku, uświadamiani przez media), ustawienia ochrony prywatności w Facebooku byłyby zapewne wciąż skomplikowaną łamigłówką, nie do rozwiązania dla większości użytkowników, tymczasem dziś już kilkoma kliknięciami da się swój profil i dodawane na ścianie treści zabezpieczyć przed niepożądanymi oczami. Pomimo rozmaitych wpadek serwisu Zuckerberga (jak choćby rzekomy wyciek prywatnych wpisów, czy faktyczny wyciek identyfikatorów przez gry społecznościowe), walkę o prywatność w serwisie wygrano.

Jednocześnie jednak przegrano coś równie istotnego, o czym jednak mówi się znacznie rzadziej. Zanim przejdziemy dalej, wyobraźcie sobie, P.T. Czytelnicy pewną scenę: w alternatywnym świecie Mark Zuckerberg jest archeologiem i nadzoruje wykopaliska w Pompejach. Jego studenci właśnie znaleźli kawałek muru ze świetnie zachowaną sztukaterią, ukazującą sceny życia Rzymian. Rzymianie, jak to Rzymianie, umieli korzystać z życia, więc scena jest, mocno erotyczna i niepoprawna politycznie. Co robi Mark Zuckerberg? Nakazuje oczywiście sztukaterię zniszczyć, a wszystkie zapisy o jej wydobyciu zamazać.

Przesada? Być może – ale przecież właśnie to, na wirtualnej płaszczyźnie w Facebooku dzieje się codziennie. Armia zatrudnionych przez serwis cenzorów wytęża swoje siły, by wśród treści w tej społecznościówce nie znalazło się nic, co by mogło ugodzić w obyczajowość przeciętnego amerykańskiego kwakra. Nieprawomyślne treści są kasowane, a przyłapani na ich dodawaniu użytkownicy karani wirtualną odsiadką – tydzień czy miesiąc bana ma sprawić, że ich osąd moralny wyostrzy się, i przestaną gorszyć kwakrów na Facebooku. Uporczywi niepoprawni tracą swoje konta na zawsze, a regulamin zabrania im założyć kolejnych (choć wielu to oczywiście czyni).

r   e   k   l   a   m   a

Gdyby Facebook był projektem nadzorowanym przez państwowy urząd, takie akty wywołałyby zapewne wściekłe wycie obrońców wolności słowa. Tutaj jednak odium prywatnej własności zwalnia Zuckerberga z konieczności zachowania choćby pozorów: użytkownik zgadza się na pewien regulamin, a nad regulaminem tym żadnych aktów wyższego rzędu, jak choćby gwarantujących wolność słowa w demokratycznych społeczeństwach, już nie ma. Pozornie wszystko jest OK, nie podoba się regulamin, nie korzystaj z Facebooka. Nie jesteś przecież zmuszony.

Pozornie, bo niestety Facebook stał się istotną częścią webowej infrastruktury, i nagle może okazać się, że bez konta na Facebooku niektórych rzeczy po prostu się nie zrobi. Przykład? Nie tak dawno przejąłem opiekę nad serwisem internetowym, który pozbawiony był własnego panelu rejestracji i logowania – za wszystko odpowiadał Facebook Connect. Dorobienie panelu logowania i rejestracji zajęło trochę czasu. Co gorsza, dla niektórych ludzi Facebook stał się głównym kanałem komunikacji, i nie mając konta w tym serwisie, tracisz szanse na nawiązanie z nimi kontaktu. Do tego dochodzi możliwe odcięcie od społecznych inicjatyw, biznesowych kontaktów, a nawet komunikatów administracji rządowej i samorządowej, chętnie korzystającej z Facebooka jako kanału komunikacji z obywatelami.

Czy doczekamy momentu, w którym wykluczenie z Facebooka będzie oznaczało wykluczenie ze społecznego życia? Odpowiedź zapewne brzmi „nie”, ale na pewno wykluczeni doświadczą niedogodności. Ja sam zostałem niedawno tak wykluczony, tracąc konto za szyderstwa ze scjentystów oraz wklejanie webowego komiksu Sexy Losers – i choć myślałem, że Facebook był dla mnie niczym więcej, jak zabawką do przeglądania i komentowania fajnych obrazków z Internetu, muszę przyznać, że odczułem jak jest to dotkliwe, i towarzysko, i zawodowo. Okazało się, że Facebook Connect jest daleko bardziej potrzebny i rozpowszechniony niż OpenID, a Facebook Chat stał się najpopularniejszym i dla wielu jedynym komunikatorem.

I tak oto dochodzimy do groźnego dylematu: albo ukorzymy się przed obyczajowością pewnego rudego nowojorczyka, modyfikując naszą wirtualną kulturę tak, by nie naruszała jego regulaminów, albo zostaniemy odcięci, ze wszelkimi tego konsekwencjami. Jak się nie podoba, możemy przecież iść do Diaspory*, niedawno oddaną przecież społeczności (ale gdzie ta społeczność jest?) Tylko kto pozwolił Zuckerbergowi stawiać nas przed takim dylematem? Oczywiście, sami jesteśmy sobie winni – z lenistwa i dla wygody pozwoliliśmy wyrosnąć potworowi. Teraz trudno będzie potwora zapędzić do klatki.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.