r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Jaka piękna katastrofa, czyli jak czarny kwartał „naprawił” YouTube'a

Strona główna AktualnościINTERNET

Pierwszy kwartał 2012 roku był przełomowym okresem dla serwisu YouTube. Nagły kryzys oglądalności serwisu, wynikający z nawet 20-procentowego spadku obejrzeń filmów, wstrząsnął zarządem. Dziś wiemy już więcej na temat powodów ówczesnych problemów – całkiem sporo na ten temat dla Buisness Insidera powiedział Cristos Goodrow, odpowiedzialny w YouTube za system wyszukiwania i rekomendacji treści.

W 2011 YouTube przyjął politykę rozwoju, w której w zasadzie pełen nacisk został położony na zabieganie o jak największą liczbę wyświetleń filmów. Co ważne – liczbę, a nie ich długość. To doprowadziło do sytuacji, w której wykorzystując głębokie uczenie stworzono system rekomendacji. Swoją skuteczność oceniał on po liczbie kliknięć na polecone linki.

Czynnikiem, którego nie wzięto pod uwagę był fakt, że kliknięcie i uruchomienie odtwarzania wcale nie jest jednoznaczne z obejrzeniem całego filmu. Dlatego, gdy użytkownik oglądał polecony film, który kompletnie go nie zainteresował i wyłączył go już po kilku sekundach, to algorytm i tak oceniał swoje działanie jako skuteczne. Przez to rekomendacja filmów, które rzeczywiście trafiłyby w gusta danego użytkownika, stawała się coraz trudniejsza.

r   e   k   l   a   m   a

Wówczas Goodrow podjął odważną decyzję przeniesienia priorytetu z liczby odsłon na czas, który użytkownik spędził na oglądaniu filmu. Pierwsze rezultaty okazały się katastrofalne – odnotowano ogromny spadek liczby wyświetleń, co poddało w wątpliwość słuszność decyzji Goodrowa.

Potrzeba było czasu, aby udowodnić jego rację. Analitycy niedługo potem wykazali, że liczba użytkowników się nie zmieniła, wyświetlanych jest po prostu mniej filmów. Było to spowodowane faktem, że przeciętny czas oglądania filmu wzrósł z minuty aż do czterech minut. Zauważano nawet tendencję sugerującą jeszcze większy wzrost w przyszłości. Cel został osiągnięty – rekomendowane filmy wreszcie znalazły uznanie użytkowników.

Mogłoby się wydawać, że kryzysowa sytuacja została zażegnana. Blady strach padł jednak na największe sławy publikujące w serwisie, których wyznacznikiem popularności (a zatem zysków) jest liczba wyświetleń. Po jakimś czasie okazało się jednak, że możliwość wyświetlania reklam podczas (a nie tylko na początku) filmów może dać youtuberom jeszcze większe przychody, niż dotychczasowe. Goodrow doszedł do wniosku, że skoro użytkownicy spędzają w serwisie więcej czasu, to szansa na zysk leży w odpowiednim wykorzystaniu go na wyświetlanie reklam. Okazało się to strzałem w dziesiątkę i wyznacza cele dla YouTube nawet dziś.

Można mieć oczywiście wątpliwości co do tego, jak taka polityka wyświetlania reklam wpływa na jakość i popularność całego serwisu. Przedstawiciele firmy twierdzą, że pozwala im to na systematyczne podwyższanie poziomu publikowanych treści. Zdają się to potwierdzać plany, o których pisaliśmy w kwietniu. Jednak czy nawiązanie współpracy z największymi gwiazdami, inwestycja w ich twórczość i zapewnienie im odpowiedniego zaplecza technicznego wystarczy, aby utrzymać ich w serwisie?

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.