r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Korea Północna dotknięta kolejnym cyberatakiem. „The Interview” to Czarnobyl ery cyfrowej?

Strona główna AktualnościINTERNET

Towarzyszący komedii „The Interview” północnokoreański cyberdramat wcale nie skończył się na internetowej premierze filmu w serwisach Google'a i Microsoftu. Ostatnie dni 2014 roku nie należały w tym enigmatycznym kraju do spokojnych. Niektórzy twierdzą, że to nawet początek końca imperium Kimów.

Amerykańskie stanowisko jest jasne. Prowadzone przez FBI śledztwo miało wykazać, że hakerska grupa „Strażników Pokoju” („Guardians of Peace”) wykorzystywała narzędzia informatyczne analogiczne do tych, z których północnokoreańscy hakerzy korzystali w swoich atakach na infrastrukturę Korei Południowej. Znaczenie, jakie w całym ataku odgrywał ośmieszający władze Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej film „The Interview” sprawiło, że taki wynik śledztwa został zaakceptowany zarówno przez poszkodowane Sony Pictures, jak i większość mediów Zachodu.

Warto jednak przypomnieć, że od samego początku Korea Północna oficjalnie odcinała się od działań hakerów, którzy zaatakowali wytwórnię filmową. Niezależni eksperci z USA uznali zaś, że przedstawione przez FBI dowody są niewiarygodne. Scott Borg, szef instytutu badawczego US Cyber Consequences Unit, uznał, że atak na Sony Pictures wykraczał poza umiejętności północnokoreańskich hakerów i zauważył, że Sony ma wielu wrogów wśród ludzi znających się na zagadnieniach bezpieczeństwa IT. Z kolei Sam Glines, szef zajmującej się bezpieczeństwem IT firmy Norse jest przekonany, że za atakiem stoi były pracownik Sony Pictures, korzystający z wysokiego poziomu dostępu do korporacyjnej sieci. Miał on (lub ona – Glines użył pseudonimu „Lena” w odniesieniu do napastnika) zostać zwolniony w wyniku restrukturyzacji zatrudnienia, więc uderzenie było formą zemsty.

r   e   k   l   a   m   a

Czy zatem cały północnokoreański trop był po prostu wędzonym śledziem, rzuconym by odwrócić uwagę gończych psów FBI? Całej prawdy zapewne nigdy nie poznamy, ale bez względu na to, kto rozpoczął tę rozgrywkę, ma ona zaskakujące konsekwencje. Jak wiadomo, kilka dni przed świętami prezydent USA Barrack Obama oskarżył właśnie Koreę Północną o cyberatak na Sony Pictures i poinformował, że Stany Zjednoczone odpowiedzą na to w proporcjonalny sposób. W poprzednią sobotę w wyniku niewielkiej mocy ataku DDoS na łącze z Chinami, większość północnokoreańskiego Internetu została odcięta od świata. Pojawiły się podejrzenia, że to jest właśnie ta proporcjonalna odpowiedź USA, choć i tu nic pewnego nie dało się ustalić – zasługę przypisali sobie niektórzy Anonimowi, ale też i grupa hakerska Lizard Squad, znana ostatnio ze zmasowanego ataku na sieci Playstation Network, Xbox Live oraz Tor.

Po kilkunastu godzinach adresy IP używane przez komputery w Północnej Korei znów pojawiły się w Sieci, ale to nie koniec tej cyberwojny. Wkrótce po internetowej premierze kontrowersyjnego „Wywiadu ze słońcem narodu”, po której nikt nie zginął, mimo gróźb ze strony „Strażników Pokoju”, odezwała się oficjalna północnokoreańska agencja prasowa KCNA. W opublikowanym przez nią oświadczeniu możemy przeczytać:

Obama jest wciąż nierozważny w słowach i czynach jak małpa w dżungli (…). Jeśli Stany Zjednoczone będą dalej, mimo ostrzeżeń, trwały w typowych dla Ameryki aroganckich, pełnych wyższości, gangsterskich praktykach, powinny sobie uświadomić, że ich przegrane polityczne przygody doświadczą nieuniknionych śmiertelnych ciosów.

Amerykańskie media, szczególnie te liberalne, przyjęły deklarację Północnej Korei znacznie bardziej histerycznie, niż można się było spodziewać – najbardziej zabolało porównanie prezydenta Barracka Obamy do małpy w dżungli, które uznano, z nie do końca jasnych powodów, za rasistowskie. Kilkanaście godzin później Koreańczykom przyszło odpowiedzieć za polityczną niepoprawność – ich kraj znów ugina się pod cyberatakiem, tym razem znacznie potężniejszym niż tydzień wcześniej. Jak donosi chińska agencja prasowa Xinhua, zablokowana została nie tylko sieć internetowa tego kraju, ale też sieć mobilna 3G.

Blokada sieci, nawet komórkowych, nie jest jednak wielkim problemem dla kraju, który przetrwał klęskę głodu i od dziesiątków lat utrzymuje swoją populację w stanie niemal całkowitej izolacji od reszty świata. Problemem jest coś innego: właśnie komedia „The Interview”, która dzięki chińskim i południowokoreańskim piratom zaczyna trafiać do Koreańczyków z KRLD. Prowadzący stację radiową Wolna Północna Korea uciekinierzy z imperium Kimów informują, że obrazoburczy film stał się głównym tematem rozmów ludności. Na czarnym rynku ci ubodzy przecież ludzie gotowi są zapłacić nawet 50 dolarów za kopię „The Interview”, to jest dziesięciokrotnie więcej, niż normalnie płaci się za DVD ze spiraconymi filmami z Południa.

Ministerstwo Bezpieczeństwa KRLD miało w odpowiedzi zaostrzyć kontrolę na granicy z Chinami, jego agenci ostrzegli zaś czarnorynkowych handlarzy, by w tym okresie pod żadnym pozorem nie dotykali amerykańskich filmów (władze KRLD w zasadzie tolerują istnienie czarnego rynku, o ile nie wykracza poza wskazane mu granice). Kontrole graniczne mogą jednak nie wystarczyć: znany uciekinier z Korei Północnej Park Sang Hak ogłosił, że będzie wysyłał do swoich rodaków kopie filmu na DVD za pomocą napełnionych wodorem balonów.

Sytuacja stała się dla Kim Dzong Una nie do pozazdroszczenia. „The Interview” został określony ostatnio przez Richa Kleina, felietonistę Washington Post, jako Czarnobyl ery cyfrowej. Uważa on, że tak jak katastrofa elektrowni atomowej obnażyła niekompetencję i moralne bankructwo Kremla, tak wyprodukowana przez Sony Pictures komedia obnaża mity, fałsze i przechwałki, które utrzymują dynastię Kimówu władzy. I nie jest to wcale określenie na wyrost: pod koniec filmu obserwujemy scenę śmierci wodza KRLD w eksplozji trafionego wysokokalibrowym pociskiem helikoptera. Bogowie nie umierają w ten sposób – a przecież, wbrew próbom opisywania Północnej Korei jako kraju komunistycznego, mamy do czynienia z krajem de facto teokratycznym.

Co zrobi przyciśnięty do muru Kim Dzong Un? Na razie słyszymy jedynie o zmasowanych cyberatakach na południowokoreańskie elektrownie atomowe. Podobno nieskutecznych, jak twierdzi Cho Seok, szef firmy Korea Hydro & Nuclear Power Co. Ltd. Przyznano się jedynie, że napastnicy zdołali wykraść trochę dokumentów, w tym podręczniki obsługi reaktorów i dane osobiste 10 tysięcy pracowników firmy. Nie zdołali jednak uzyskać dostępu do systemów kontroli reaktorów. I tym razem Korea Północna odrzuciła przypisywane jej autorstwo ataków. W oficjalnym dzienniku partii Rodong Sinmun przeczytać można o bezpodstawnych oszczerstwach i na ślepo prowadzonych próbach powiązania hakerskich ataków z Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.