Polecamy
Huawei E583C

Test przenośnego routera 3G
Recenzja Samsung NP530U4B

Ultabook z nadwagą
Najnowsze
Skanery antywirusowe
skaner av

Lab

rss
avatarmophie juice pack air — smukły kompromis dla głodnego iPhone'a07.05.2012 15:51, Autor: Wojciech Kowasz (Docent)

Smartfony, jak wiadomo, są bardzo wymagające jeśli chodzi o zasilanie. Szybko konsumują zapasy zgromadzone w akumulatorze i o ile nie mamy pod ręką ładowarki, a co najważniejsze, źródła zasilania, możemy mieć niemały problem. Z pomocą przychodzą akcesoria w postaci banków pamięci, dzięki którym telefon bez problemu naładujemy także w środku lasu. Sęk jednak w tym, że banki takie są dość uciążliwe — i to dosłownie. Sporo ważą i są po prostu niekomfortowe. Do naszego labu trafił właśnie juice pack air firmy mophie: etui na iPhone'a 4 i 4S ze zintegrowanym bankiem zasilania, ale jednocześnie możliwie smukłe i lekkie. Czy to dobry kompromis?

Zacznijmy od wyglądu i wygody. Faktycznie od razu daje się zauważyć, że konstrukcja jest znacznie lżejsza od tradycyjnych modeli (65 gramów) i minimalnie cieńsza (173 mm). iPhone'a wkłada się i wyciąga z łatwością, choć wiele do życzenia pozostawia spasowanie górnej i dolnej części obudowy. Całość trzeszczy także nieco podczas użytkowania. Być może jest to efekt sporego zużycia testowanego egzemplarza, ale nawet jeśli tak jest, to i tak nie będzie to pocieszająca wiadomość. Nadal nie można naturalnie powiedzieć, że z takim etui bez problemu da się żyć na co dzień, ale jest ono nieporównywalnie bardziej wygodne niż typowe, ciężkie i grube obudowy z dodatkowym akumulatorem. Na podróż będzie ono w sam raz. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że na górze obudowy zastosowano bardzo szerokie wycięcia, dzięki czemu bez trudu podłączymy dowolne słuchawki. Nie zapomniano także o wycięciu na kamerę.

Oczywiście przed skorzystaniem z banku zasilania musimy sam ten bank naładować. Wykorzystamy do tego celu dołączony kabelek microUSB. W trakcie ładowania z podłączonym iPhonem możemy dodatkowo synchronizować go poprzez iTunes, pośrednictwo obudowy mophie nie stanowi tu żadnej przeszkody. Akumulator wbudowany w etui cechuje się pojemnością 1500 mAh. Ładowanie rozpoczynamy przesuwając przełącznik na obudowie, który blokuje dopływ prądu do smartfona. Wcześniej stan naładowania sprawdzimy przy pomocy czterech diod symbolizujących 25, 50, 75 i 100 procent. Pomimo tego, że iPhone 4, z jakim testowałem obudowę, posiada baterię o pojemności 1420 mAh, nie udało mi się jednak naładować go do pełna wykorzystując w pełni naładowany bank mophie juice pack air. Ładowanie rozpoczęło się na poziomie 15% i zakończyło rozładowaniem zewnętrznego akumulatora przy 90%. Mimo wszystko jest to nie najgorszy wynik, także biorąc pod uwagę fakt, że do ładowania przystąpiłem dopiero po dwóch dniach od napełnienia banku zasilania. Rzadko przecież zdarza się, byśmy chcieli podładować iPhone'a od razu po naładowaniu zewnętrznego akumulatora...

W oficjalnym sklepie Apple w Polsce etui mophie juice pack air kosztuje 270 złotych i dostępne jest w trzech kolorach: białym, czarnym i czerwonym, stworzonym w ramach kampanii (PRODUCT) RED. Na tle konkurencyjnych akumulatorów zewnętrznych cena jest więc dość wysoka, ale z drugiej strony — jak już wcześniej wspominałem — różnica w wadze etui jest znaczna. Szkoda tylko, że konstrukcja nie jest lepiej spasowana, a akumulator mimo wszystko nie potrafi naładować iPhone'a do samego końca...

r   e   k   l   a   m   a
avatarNatec Genesis G77 – niesłychanie tanie granie27.04.2012 16:20, Autor: Krzysztof Fiedor (Kristov_pl)

Akcesoria do gamingu kojarzą się nierozerwalnie z wysokimi cenami. Klawiatury czy myszki za kilkaset złotych nie dziwią już praktycznie nikogo obytego z elektronicznym sportem. Jednak jest spora rzesza niedzielnych graczy, którzy wyczynowych sprzętów nie potrzebują a przy tym wydatek na myszkę powyżej 100 PLN wywołuje u nich wręcz odrazę. Kilka marek próbuje dość delikatnie odmienić ten stan rzeczy i wprowadza tanie rozwiązania dla graczy przy zachowaniu bardzo atrakcyjnej ceny. Jednym z takich pionierów jest firma Natec, która zaprezentowała markę Gensis a my mamy okazję przyjrzeć się bliżej „najmocniejszemu” modelowi myszki dla graczy o oznaczeniu Genesis G77.

O marce Genesis mieliście okazję przeczytać podczas relacji z tegorocznych targów CeBIT, gdzie nasza ekipa na żywo relacjonowała dla Was to wydarzenie. Już na targach produkty z nowym logiem wzbudziły zainteresowanie i przyciągały zwiedzających niczym lep muchy. Ciekawy dizajn i bardzo atrakcyjna cena utwierdzały zwiedzających stoisko Natecka, że mogą mieć do czynienia z produktem może nie przełomowym a wyważonym w tych właśnie aspektach. A jak to wygląda z bliska?

Pierwsze wrażenie po wypakowaniu… Myszka wydaje się być dość mała, w pudełku, przed rozpakowaniem wydawała się nieco większa. Osobiście jestem zwolennikiem dość dużych i ciężkich rozwiązań jak choćby Microsoft SideWinder X5, którego w wolnych chwilach katuję w domowym zaciszu. Wracając do Genesis G77, jej kształt jest nawet ergonomiczny, ręka spoczywająca na niej dłużej niż godzinę nie męczy się. Można się sprzeczać co do jakości zastosowanych materiałów — w moim odczuciu, przy pierwszym kontakcie gryzoń był zbyt plastikowy. W zasięgu palców odnajdziemy w sumie sześć przycisków, dwa tradycyjne, lewy i prawy, pod kciukiem domyślnie ustawione w przód i cofnij, jeden guziczek do zmiany rozdzielczości sensora i jeden klawisz ukryty w rolce. Zdecydowanie zabrakło mi dodatkowych klawiszy w rolce, na przykład nawigacji lewo-prawo, z której od dłuższego czasu korzystam i jestem ich zdecydowanym zwolennikiem.

Producent wyposażył myszkę w sensor optyczny, którego czułość możemy zmieniać w czterech zakresach 800/1200/1600 i 2000 DPI. Wartości w zupełnie wystarczające, zarówno w codziennej pracy jak i do „niedzielnego” grania. Myszka jest czuła i reaguje w sposób zadowalający. Drobnym niedociągnięciem jest to, że przy każdym uruchomieniu komputera gryzoń startuje z domyślnym zakresem 800 DPI i za każdym razem trzeba klikać do bardziej żwawych wartości. Bardzo miłym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że w tym modelu producent dociążył manipulator ciężarkami, które są nieodzowne w bardziej wyczynowych sprzętach dla graczy. Zrobił to jednak trochę po łebkach. Po wyjęciu ciężarków, mysz jest tak lekka, że praktycznie nie czuje się jej w rękach, dopiero po całkowitym obciążeniu, czujemy, że coś trzymamy w dłoni. Na koniec warto wspomnieć o dość długim kablu, sięgającym około 2,5 metra i „pozłacanej” końcówce USB.

Obcowanie z Genesis G77 uważam za bardzo owocne. Jak widać sprzęt aspiruje do miana gamingowego i jak dla mnie nawet mu się to udaje. Zwłaszcza patrząc przez pryzmat ceny. Sugerowana cena przez producenta to 46,90 zł, jednak nie jest wyjątkiem znalezienie myszki w cenie poniżej 40 zł. Przy tej cenie praktycznie wszystkie niedociągnięcia, które wymieniłem, bledną. Jeśli nie chcesz wydawać fortuny na gryzonia to model G77 jawi się bardzo atrakcyjnym wyborem.

Avatar
Krystiano0747 (niezalogowany) | 12.05.2012 21:03

Uszanowanie dla autora. Właśnie skończyła mi się myszka i istnieje duże prawdopodobieństwo że wybiorę GENESIS G77. Mam tylko pytanie czy działa tak pięknie jak wygląda? Może ktoś ją już przetestował (w sposób ekstremalny oczywiście) proszę o informację.

Avatar
pablo2700 (niezalogowany) | 15.05.2012 17:40

Posiadam myszkę Genesis v55, super mycha nie miałem z nią żadnych kłopotów. Bateria trzyma od 2,5 do 3 miesięcy, wiec myślę że nie będzie żadnych kłopotów z G77 polecam produkty Natec

Avatar
Barti002 (niezalogowany) | 25.05.2012 8:36

Kupiłem sobie tą myszkę w Empiku i powiem, że sprawuje się naprawdę dobrze. Polecam.

avatarMediaTech COLIBER — raczej nie do pisania23.04.2012 18:13, Autor: Anna Rymsza (Xyrcon)

Klawiatura i urządzenie wskazujące to peryferia, bez których z komputera niemal nie da się korzystać (można próbować bawić się ekranem dotykowym, ale z sensownością tego rozwiązania bywa różnie). Klawiatura z touchpadem była przez wiele lat moim marzeniem. Jeszcze w czasach, kiedy bezprzewodowe peryferia kosztowały krocie, byłam wniebowzięta kiedy udało mi się dorwać podłączaną kablem USB klawiaturę od mało popularnego komputera Intel Dot Station. 10 lat temu była to klawiatura moich marzeń i coś z tych marzeń we mnie zostało. Być może właśnie dlatego klawiatura MediaTech tak mnie zawiodła — oczekiwałam, że będzie działać.

Sprzęt wygląda naprawdę obiecująco. Klawiatura jest malutka, lekka, a dzięki możliwości łączności bezprzewodowej aż prosi się o zabranie na większą odległość od komputera. Tak też zrobiłam i szybko pożałowałam. Na tym urządzeniu moim zdaniem pisać się nie da, a przynajmniej nie da się tego robić w moim tempie… i to wcale nie z powodu małych klawiszy. Klawisze działają bardzo topornie i czasami musiałam literki po 3 razy wciskać, żeby je wprowadzić. Szczególnie złośliwe pod tym względem były „w” i „s”, które potrafiły się wcisnąć na stałe i ani myślały same „wyskoczyć”. Do tego ramka klawiatury pod spacją jest tak wyprofilowana, że nie sposób pisać z nadgarstkami opartymi na stole — ramka jest po prostu za wysoka i uniemożliwia wciśnięcie spacji kciukiem, tak lewym, jak i prawym, dostatecznie głęboko — styki pod tym klawiszem łapią, jeśli się go wciśnie dobre 1,5mm poniżej obudowy i to najlepiej naciskac na środku. A co z osobami, które do pisania używają obu rąk? I gdzie jest prawy Shift!? Dodajmy do tego dziwacznie porozmieszczane znaki przestankowe i nieszczęście gotowe. Choć może do apostrofu znajdującego się za strzałkami i nawiasów kwadratowych za altem jeszcze można się jakoś przyzwyczaić… jednak rozmiar tabulatora i tylda koło spacji wołają o pomstę do nieba. Mam ponadto wrażenie, że można było zamontować w tym urządzeniu nieco większą klawiaturę kosztem ramki, która w zasadzie tylko przeszkadza. Po niecałej godzinie nieudolnych prób wprowadzenia poprawnie chociaż jednego zdania uznałam, że ja to serdecznie… spakuję do pudełka, zanim w ataku wściekłości roztrzaskam nieszczęsny kawałek elektroniki o ścianę. Brak cierpliwości z mojej strony jest niestety przyczyną braku informacji o czasie życia urządzenia na bateriach (2xAAA).

Honor urządzenia ratuje przyzwoity touchpad. Jest on, jak na mój gust, za mały, ale da się spokojnie na nim pracować, a nawet skorzystać z dobrodziejstwa gestów wykonywnych dwoma palcami. Przewijanie pionowe i poziome działa tu nie gorzej, niż na touchpadach montowanych w netbookach. Po dostosowaniu ustawień można z niego bezstresowo korzystać, choć momentami miałam wrażenie, że jeszcze brak mu prezycji. Działa również „tapnięcie”, dzięki czemu nie przeszkadzał mi szczególnie fakt, że przyciski są dość daleko od „okienka” na palec. Oczywiście touchpad jest po prawej stronie, więc leworęczni zachwyceni tym urządzeniem nie będą. Przyciski multimedialne działają bez zarzutu i sprawdzają się doskonale. Chociaż coś…

Wrócę znów do wad. Kiedy próbowałam pisać trzymając klawiaturkę na kolanie, było całkiem nieźle. Niestety po umieszczeniu jej na stole wyszła na jaw dość dziwna wada konstrukcyjna. Gumowe nóżki, które zapewniają jej doskonałą stabilność są za wysokie, przez co na środku klawiaturka się wygina. Osoba wrażliwa wyczuje minimalne ruchy podczas pisania, osobie niewrażliwej polcam nacisnąć obudowę pod spacją — uzyska wtedy 3mm skok. A szkoda, bo konstrukcja na pierwszy rzut oka jest porządna i materiały całkiem przyjemne dla oka i dłoni. Jeszcze ten odbiornik… przecież od lat można dostać mniejsze… tylko w tych małych pewnie nie da się zamontować światełka sygnalizującego odbieranie danych, a bez tego sprzęt nie jest dostatecznie irytujący.

Jako pilot do zmiany głośności albo przenośny touchpad może jeszcze się to urządzenie nadaje, ale część odpowiedzialna za pisanie jest po prostu do niczego. Cena tego beznadziejnego przypadku zaczyna się od 130 złotych, w sprzedaży jest również model z kablem, kosztujący poniżej 100 złotych, oraz model Bluetooth za około 170… ale nic nie wskazuje na to, żeby dało się na nich pisać. Niestety miałam w rękach idealny przykład, jak można zepsuć dobry pomysł na urządzenie nieprzemyślaną konstrukcją.

Avatar
TommyV66 (niezalogowany) | 04.05.2012 17:59

Ja używam Logitech K400 do Sony Vaio Station 40" działa genialnie. Wszystkie gesty wieloma palcami także.

Avatar
Nickita (niezalogowany) | 09.05.2012 18:05

Touchpad? To jeszcze istnieją wykolejeńcy co tego wynalazku używają?

Avatar
wiz (niezalogowany) | 24.05.2012 21:24

tylko nie wykolejeńcy ja jej używam w s działa bez kłopotu rzadko spacja nie wskoczy ale teraz pisze na niej i 1 tylko spacje mi zjadło nawet nie trzeba bardziej jej tam dociskać niż ramka no on miał pewnie testową może troszkę się i rylocze jakoś nie odczułem przy pisaniu nie wiem jak sie touchpad przestawić

avatarDune HD TV-301 WiFi — kolejne dziecko Diuny20.04.2012 17:40, Autor: Marcin Wilk (mWilQ)

Firma HDI Dune co jakiś czas przypomina o sobie wypuszczając na rynek nowy odtwarzacz multimedialny. Tym razem otrzymaliśmy do testów Dune HD TV-301 z wbudowanym WiFi.

Obudowa urządzenia wykonana jest z dobrej jakości czarnego plastiku. Jedynym mankamentem jest szorstka powierzchnia, w którą wrzyna się kurz. Mając na uwadze obsługę zdalną, coraz bardziej przekonuje mnie śliski lakier, którego czyszczenie jest mniej absorbujące. Wracając do konstrukcji… model TV-301 wyposażono w slot na 2,5-calowy dysk twardy. Dzięki funkcji hot swap można go wyciągać i wkładać gdy urządzenie jest uruchomione. Zaskoczył mnie brak mechanicznego chłodzenia, tym bardziej, że bez dysku obudowa jest odczuwalnie ciepła. Oprócz dysku dane możemy odczytać w czytniku kart oraz z pamięci podpiętej pod USB 2.0. Pomyślano również o transferze do dysku wewnętrznego i dodano port USB 3.0 slave (z kablem USB slave-host w komplecie). Na tyłach odtwarzacza standardowo komplet portów (m.in. zintegrowane złącza audio-wideo i koaksjalne, zintegrowane złącze kompozytowe — Y/Pb/Pr, Gigabit Ethernet, HDMI 1.3 oraz port na zewnętrzny odbiornik podczerwieni).

Producent ma charakterystyczne, nieco odmienne niż konkurencja, podejście do swoich produktów. Zamiast wodotrysków konstrukcyjnych i rewolucji systemowych, pomału szlifuje sprawdzone platformy. W przypadku TV-301 nic mnie nie zaskoczyło. Spodziewałem się sprawdzonego pilota z poprzednich modeli i takiego wyciągnąłem z pudełka. Wiedziałem, że będzie komplet kabli i rzeczywiście wyciągałem je z pudełka jeden po drugim. Może to i nudne, ale pewne i za to można cenić producenta. Co do samej specyfikacji, to w testowanym modelu wykorzystano procesor Sigmy SMP8670 taktowany z częstotliwością 700 MHz, który rzekomo gwarantuje odtwarzanie pokaźnej listy formatów w rozdzielczości FullHD oraz audio dla ośmiu kanałów w układzie 7.1. Jak już się przekonałem na przykładzie mniejszego modelu TV-101, nie zawsze to, co deklaruje producent, idzie w parze z rzeczywistością. Zobaczymy jak to jest z modelem o jeden szczebel wyższym.

Tak jak nuda, w znaczeniu powtarzalności wyposażenia i jakości wykonania, jest przeze mnie doceniana, tak w przypadku systemu mam już odmienne zdanie. Być może dlatego, że nie podoba mi się kilka elementów, które powielane są z odcinka na odcinek. Głównie mam na myśli aplikacje do oglądania filmików on-line z dalekiego wschodu. Zaczyna mnie również drażnić archaiczny wygląd systemu i jego kiepskie tła. Mając świadomość, jakie są obecne możliwości i jak wyglądają systemy innych odtwarzaczy, czy też interfejsy niektórych aplikacji do oglądania filmów, Dune został daleko w tyle. Dobrym przykładem będzie odtwarzacz plików audio, którego szczytem możliwości jest animacja białego tekstu na czarnym tle. Poza tym system jest prosty w obsłudze, szybko startuje i równie szybko ładuje dane z podłączonych nośników.

Po kilku testach z różnymi formatami plików wideo niestety okazało się, że Dune HD TV-301 powiela problemy mniejszego TV-101. Dotyczą one poszczególnych plików AVI, które zmiksowane z przeróżnymi kodekami audio uruchamiają się bez obrazu, albo nie uruchamiają się wcale. Prawdopodobnie chodzi o jednostkę Sigmy, która została wykorzystana w obu modelach. Podczas uruchamiania innych formatów, w tym MKV w 1080p, nie zauważyłem najmniejszych problemów. Obraz jest płynny, nie przycina się nawet podczas przewijania.

Mam wrażenie, że producenci odtwarzaczy multimedialnych mają cały czas pod górkę. Co więcej, wydaje mi się, że sami sobie takie warunki stworzyli. Wypuszczane produkty zazwyczaj wymagają kilku aktualizacji do jako takiej sprawności. Powielane są błędy starszych modeli, a prośby, groźby i błagania klientów są wiecznie ignorowane. Nie dziwi mnie zatem słabe zainteresowanie. Niski pobór energii i szybki start powoli przestają wystarczać, i nie przesadzę twierdząc, że miejsce tych urządzeń za chwilę zajmą mini-komputerki, których możliwości są dużo większe, a cena coraz bardziej osiągalna.

Avatar
g5895 (niezalogowany) | 21.04.2012 12:20

co to znaczy The Spice must flow…?
o co w tym chodzi??

Avatar
Xyrcon (redakcja) | 24.04.2012 11:24

@ g5895 To znaczy „Przyprawa musi płynąć”, cytat pochodzi z ekranizacji książki „Diuna” (po angielsku „Dune”) Franka Herberta. Ot takie nawiązanie popkulturowe ;). Tytuł recenzji również jest nawiązaniem, gdyż jedna książek kontynuujących „Diunę” Herberta nosi tytuł „Dzieci Diuny”. Polecam lekturę książek i filmu z 1984. :)

Avatar
FXJ | 05.05.2012 12:07

Bez przesady ten piasek nie był wymagany :P

avatarASUS O!Play TV Pro — tajwański scyzoryk?19.04.2012 15:35, Autor: Tomasz Janusz (tomick)

Małe, nieco dziwaczne dostawki do telewizora… dla jednych utrapienie dla drugich przyjemność, mniejsze rachunki za prąd i, w większości przypadków, wygoda z korzystania. Podoba mi się koncepcja dedykowanego urządzenia, którego główną funkcją byłoby dostarczanie treści multimedialnych prosto na ekran telewizora, bez komputera i jego wiatraków pracujących gdzieś w drugim kącie pokoju. I choć szczerze powiedziawszy nie wróżę tym urządzeniom dłuższej kariery, ponieważ pewnie zostaną zjedzone przez telewizory z funkcjami interaktywnymi, to jednak warto rzucić okiem na przedstawicieli tego gatunku. Dzisiejszym gościem naszego Labu jest ASUS O!Play TV Pro.

Firma ASUS praktycznie od zawsze kojarzyła mi się ze szwajcarskim scyzorykiem. Jej produkty nie należą może do sprzętów elitarnych, ale trzeba przyznać, że są niezwykle uniwersalne. ASUS robi całkiem sporo, aby wejść praktycznie na każdą gałąź komputerowego przemysłu. Tajwański producent scyzoryków postanowił również wejść na rynek relatywnie tanich odtwarzaczy cyfrowych, wypuszczając całą gamę urządzeń O!Play. TV Pro jest najdroższym i największym przedstawicielem tej rodziny produktów. To, co go wyróżnia na tle pozostałych modeli to moduł NAS oraz tuner DVB-T.

Zanim jednak dotrzemy do tych funkcji, pierwszą rzeczą jaka prawdopodobnie rzuci nam się w oczy, jest obudowa w stylu Piano Black. Bardzo prosta, bardzo plastikowa, nie ma więc specjalnie o czym pisać — i słusznie, bo akurat w tego typu urządzeniach obudowa nie jest nawet w czołówce cech, na które należy zwracać uwagę. Minusem jest oczywiście to, że szybko zbiera się na niej kurz, który bardzo wyraźnie widać.

Na środku jest „chromowany” włącznik wraz z diodą. Dioda — co miłe — świeci światłem rozproszonym, delikatnie komunikując stan urządzenia. Zarówno po lewej, jak i po prawej stronie, znajdują się dwie klapki: pod lewą ukryte zostały najczęściej wykorzystywane — według producenta — porty: USB 3.0 oraz 2.0, PC Link oraz czytnik kart SD/MMC/MS/xD, po prawej stronie klapka zasłania kieszeń na standardowy, 3,5-calowy dysk twardy. Z tyłu mamy do czynienia z szwedzkim stołem jeśli chodzi o bogactwo portów. Znajdziemy tam analogowe wyjście wideo, audio stereo, gniazda złącza komponentowego oraz wejście i wyjście antenowe.

Jeśli chodzi o złącza cyfrowe to jest HDMI (1.4, bez obsługi CEC — a szkoda), dwa wejścia cyfrowego dźwięku zgodne z TOSLINK oraz kablem koncentrycznym. Do dyspozycji oddane zostały porty LAN (1GBit/s) oraz jeszcze jeden USB 2.0. Połączyć się również możemy z siecią WiFi (a/b/g/n). Mnogość portów zwiększa uniwersalność odtwarzacza, który może być podłączony zarówno do starszych amplitunerów jak i do nowoczesnych telewizorów.

Razem z urządzeniem dostajemy również pilota, którego rozkład przycisków nie był chyba obiektem wytężonych prac ekspertów od ergonomii. Nie oczekiwałem ideału, jakim jest dla mnie pilot do konsoli Xbox 360, ale mogło być dużo lepiej. Pilot O!Play jest stosunkowo długi, i o ile ta cecha sama w sobie nie jest wadą, to przyciski zostały rozmieszczone na tyle niefortunnie, że z czasem można się porządnie zirytować. Podam prosty przykład: dużo łatwiej jest nacisnąć duży, pomarańczowy guzik „Share” i powiadomić znajomych na Facebooku o rewelacyjnym filmie, niż na przykład zatrzymać odtwarzanie filmu czy programu TV.

To chyba mój największy zarzut do pilota: utrudniony dostęp do przycisków, dzięki którym możemy kontrolować odtwarzanie multimediów. W porównaniu do dużo tańszego WD TV Live, które mieliśmy okazję testować w zeszłym roku, produkt firmy ASUS jeśli chodzi o sterowanie wypada bardzo słabo. Pilot produktu Western Digital jest wygodny i wykonany z bardzo miłego tworzywa. Inną, możliwe jednak, że bardziej irytującą wadą jest stosunkowo mały kąt widzenia portu podczerwieni w odtwarzaczu. Trzeba dużo uwagi poświęcić na celowanie pilotem do urządzenia — na szczęście w ciemności drogę wskazywać będzie niebieska dioda urządzenia ;).

Skoro już mowa o sterowaniu, wspomnę również o klawiaturze ekranowej. ASUS zdecydował się na „nowatorskie” rozwiązanie, gdyż klawiatura w O!Play jest… pionowa. Tak, dokładnie — pionowa. Po lewej stronie znajduje się pionowy pasek z obróconą o 90 stopni klawiaturą QWERTY. W środowej części ekranu znajdziemy klawiaturę numeryczną (na szczęście już nie jest obrócona o 90 stopni…). Muszę przyznać, że pierwszy raz się z takim rozwiązaniem spotkałem i sam nie wiem, co o nim myśleć.

Gdy jednak zaczniemy korzystać z urządzenia to okaże się, że wad będzie mniej. Przywita nas kolorowy, ale stonowany trójwymiarowy interfejs, gdzie poszczególne kafle przesuwają się po okręgu, co wygląda jak połączenie „karuzeli” i cover flow. Pod pokrywką nie ukrył się żaden robot, jest to autorski system operacyjny, przygotowany na potrzeby konkretnej linii urządzeń. Jeśli miałbym coś zasugerować, to cieszyłbym się z lepszego wygładzania czcionek, gdyż widać piksele na skraju liter. A co oferuje Asus O!Play?

Mamy możliwość przeglądania treści w popularnych serwisach wideo jak YouTube czy Dailymotion. Ponadto mamy możliwość dostępu do innych popularnych usług: Flickr i Picasa oraz subskrypcji kanałów RSS i Podcastów. Zabrakło mi dostępu do Deezera i Spotify, ale z drugiej strony mało jest osób, które chciałyby włączyć swój wypieszczony telewizor, aby tylko posłuchać muzyki. Żeby sprawdzić jak się sprawuje wspomniany wcześniej tuner DVB-T, wykorzystałem antenę z zestawu Mediatech MT4163. Samo przeszukiwanie pasma zajęło relatywnie dużo czasu — około 5 minut trzeba było poczekać, zanim wyszukało wszystkie kanały dostępne w MUX-3. Nie znalazł wprawdzie kanałów z drugiego multipleksu, ale sądzę, że jest to wina niedostatecznie mocnej anteny. Z późniejszym odbiorem MUX-3 nie było najmniejszego problemu. Interfejs elektronicznego przewodnika jest do bólu prosty, podobny do tych, które znajdują się w pozostałych urządzeniach.

Patrząc na listę obsługiwanych formatów audio/video można z dużą dozą pewności stwierdzić, że raczej nie natkniemy się na format, którego ASUS O!Play by nie potrafił obsłużyć. Odtwarzacz bez zająknięcia poradzi sobie z formatami i kontenerami MPEG 1/2/4, H.264, VC-1, RM/RMVB, MP4, MOV, AVI, ASF, WMV, FLV, MKV, TS, M2TS, DAT, MPG, VOB, MTS, ISO, TRP, TP, M1V, M2V, M4V, AVS. Ponadto urządzenie obsłuży materiały 3D w formatach H.264, MVC, TS, M2TS.

Jeśli chodzi o dźwięk to kluczowa jest obsługa systemów Dolby Digital AC3, Dolby Digital Plus, DTS Digital Surround oraz Dolby TrueHD. Ponadto znajdziemy tam obsługę dźwięku zakodowanego w formatach MP3, WAV, ACC, OGG, WAV, FLAC, AIFF, PCM i LPCM oraz obsługi tagów ID3. Przeglądarka zdjęć będzie potrafiła wyświetlić pliki w formatach JPEG, BMP, PNG, GIF oraz TIFF. Jeśli chodzi o napisy to również nie ma się specjalnie do czego przyczepić — ASUS zaoferował obsługę tych najpopularniejszych formatów: SRT, TXT, SUB, SMI, ASS oras SSA. Ponownie o pomstę do nieba woła kiepskie wygładzanie czcionek.

Dostęp do naszej biblioteki multimediów można uzyskać na kilka różnych sposobów. Przede wszystkim możemy skorzystać z wolnej kieszeni na dysk twardy. O!Play obsługuje wszystkie popularne systemy plików: FAT 16/32, NTFS, EXT3 i HFS/HFS+. Jedynym niedostępnym systemem plików jest EXT4, który może być dostępny w niektórych przypadkach w trybie kompatybilności z EXT3. NAS w O!Play jest oczywiście pozbawiony jakiejkolwiek formy kopii zapasowej, warto więc okresowo utworzyć kopię plików, które tam przechowujemy.

Dane z dysku możemy udostępniać poprzez serwer Samby oraz FTP. Ponadto użytkownicy Mac OS X z pewnością docenią możliwość przeglądania multimediów z poziomu iTunes. Dostępna jest obsługa protokołu DLNA, dzięki któremu będziemy mogli odtwarzać treści (głównie) na urządzeniach mobilnych. Nawet jeśli nie zdecydujemy się trzymać swoje filmy czy muzykę w odtwarzaczu O!Play to warto zastanowić się nad włożeniem nawet jakiegoś starego dysku, który może zostać wykorzystany do nagrywania programów telewizyjnych oraz przy funkcji Timeshift.

ASUS O!Play może pobierać multimedia z sieci lokalnej — w tym wypadku jest podobnie jak przy udostępnianiu treści, z jedną różnicą — produkt firmy ASUS posiada klienta NFS. Urządzenia, które wymagają autoryzacji (np. pamięci masowe, udziały sieciowe na komputerach) przy dostępie do danych możemy dodać do ulubionych. W takim przypadku login i hasło zostaną zapamiętane przy kolejnych wizytach.

Osobiście nie udało mi się trafić na materiał, z którym O!Play miał problem. Interfejs OSD jest prosty i schludny. Co rzuciło mi się w oczy, materiały wideo odtwarzają się płynnie nawet w przypadku, gdy korzystamy z funkcji przybliżania. W WD TV Live następuje chwilowe przerwanie odtwarzania treści na ekranie na czas przełączenia widoku.

Mając okazję testować O!Play przez dłuży czas przekonałem się jak diametralnie można zmienić ocenę o produkcie. Na początku odtwarzacz firmy ASUS wydawał się nieznośnym i niefunkcjonalnym urządzeniem. Po jakimś czasie przyzwyczaiłem się nawet do korzystania z obróconej klawiatury ekranowej. Nie można jednak przy tym zapominać o jego zaletach — przede wszystkim o pakiecie obsługiwanych formatów i dobrze działającym tunerem DVB-T. Niektórzy docenią też diodę, która w ciemności nie świeci mocnym i ostrym światłem. Gdyby urządzenie było bardziej rozbudowane, na przykład o funkcję tworzenia biblioteki multimediów, synchronizacji informacji czy obsady z popularnymi serwisami filmowymi, stałoby się w moich oczach idealne. A tak, O!Play TV Pro — mimo kilku interesujących funkcji — pozostawił we mnie pewien niedosyt. Jednak niedosyt nie jest na tyle duży, abym ocenił to urządzenie negatywnie.

Avatar
Krzysiek (niezalogowany) | 20.04.2012 9:38

Bardzo proszę o zrzuty ekranu z widocznymi czcionkami - jestem ciekaw, jak (nie)bardzo źle wyglądają. Proszę także o podanie czasu uruchamiania urządzenia.

Avatar
witex84 (niezalogowany) | 16.05.2012 1:40

właśnie, chętnie bym zobaczył te napisy
i czy wiadomo coś o aktualizacjach, okładki do filmów,opisy