Polecamy
Testujemy: Manta Smart TV Box

Internet w telewizorze
Test Garmin Forerunner 610

Osobisty asystent treningowy
Testujemy GALAXY NOTE

Czy to tablet z telefonem?
Najnowsze
Skanery antywirusowe
skaner av

Lab

rss
avatarGarmin nüvi 2495LMT — jeszcze jeden pomysł na nawigację16.03.2012 15:12, Autor: Wojciech Kowasz (Docent)

Pomysłów na nawigację samochodową jest co najmniej kilka. PocketPC z Windows Mobile i oprogramowaniem na karcie pamięci to już granica klasyki i miernoty. Teraz górę biorą dwa nurty: nawigacja w smartfonach oraz nawigacja wbudowana, w specjalnie do tego przeznaczonych urządzeniach. Coraz trudniej jednak obejść się w nawigacji bez łączności „na żywo” ze światem zewnętrznym. Smartfony nie mają tego problemu, inne nawigacje starają się nadganiać — poprzez zintegrowane odbiorniki GSM, parując się z telefonem przez Bluetooth albo, tak jak testowany dzisiaj Garmin nüvi 2495LMT, przez specjalny odbiornik sygnałów TMC.

Zacznijmy jednak od rzeczy najbardziej podstawowych. Nawigacja Garmina posiada ekran o przekątnej 4,3 cala i rozdzielczości 480x272 pikseli. Interfejs urządzenia jest bardzo czytelny i wygodny w obsłudze, w całości w języku polskim. Dostępny jest nawet głos pilota, który czyta polskie nazwy ulic — jest to spory plus. Niestety minusem jest brak obsługi wybierania głosowego w naszym rodzimym języku. Nadal więc musimy wpisywać nazwy na klawiaturze ekranowej. Urządzenie montujemy na szybie za pomocą bardzo kompaktowego uchwytu z przyssawką. Slot na kartę microSD z kolei pozwoli na przykład na słuchanie w trakcie jazdy audiobooków (muzyki w formacie MP3 już niestety nie).

To, co tygryski lubią jednak najbardziej to sama nawigacja oraz informacje drogowe w czasie rzeczywistym. Jeśli chodzi o to pierwsze, moich kilka przejazdów testowych niestety nie pozwala mi z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że mapy Garmina należą do najdokładniejszych. Zwłaszcza tak chętnie budowane ostatnio ronda, nawet te sprzed kilku miesięcy, często nie znajdowały się jeszcze na mapie mimo posiadania najnowszej wersji z 2012 roku.

Druga sprawa to tak zwany system TMC. W pudełku z testowaną nawigacją Garmin otrzymamy gruby, dwużyłowy kabel zasilający. Wszystko dlatego, że z jednej strony rozchodzi się on na dwa: jeden to tradycyjne zasilanie, które podpinamy do gniazda zapalniczki, drugi zaś to właśnie antena z odbiornikiem systemu TMC. Traffic Message Channel to informacje nadawane na sygnałach radiowych FM, które zawierają dane o zdarzeniach drogowych: korkach, utrudnieniach, wypadkach. Niestety w Polsce system ten jest jeszcze w powijakach i zwyczajnie nie należy zbytnio liczyć na aktualne i, co najważniejsze, akuratne dane. Przykładowo jadąc z Wrocławia do Katowic autostradą A4 mijałem roboty drogowe, które zakończyły się kilka tygodni wcześniej (jeżdżę często tą trasą, więc znam ją dość dobrze ;-)) Miejsce prawdziwych utrudnień z kolei, czyli punkty poboru opłat, faktycznie znalazły się na mapie, ale... kilka kilometrów dalej, niż powinny. Pomijam już fakt, że w Polsce system TMC nie oferuje póki co danych o korkach. Miejmy nadzieję, że wkrótce to się zmieni, bo inaczej najemy się wstydu podwójnie gdy na polski drogi wjadą kibice z całej Europy: po pierwsze dlatego, że nie będzie wielu obiecanych autostrad, po drugie dlatego, że ich nawigacje mogą wariować.

Wracając jednak do samego urządzenia, wydaje się ono całkiem sprawne — włącza się szybko, nie trzeba też długo czekać na przeliczanie trasy. Dodatkowo oprogramowanie wyposażono w kilka smaczków, takich jak wizualizacje 3D skrzyżowań na kilka chwil przed skrętem czy duży przycisk „znajdź miejsce parkingowe”, który pojawia się gdy zbliżamy się do punktu docelowego w mieście. Zwłaszcza to drugie przypadło mi do gustu — jadąc do dużego, obcego miasta zwykle staram się jako punkt docelowy wybierać właśnie od razu parking, co nie jest takie łatwe.

Mimo wszystko pozostaje pewien niedosyt związany z mapą Polski, która dokładnością nadal ustępuje póki co niekwestionowanemu liderowi w tej dziedzinie, AutoMapie, a słabo działający TMC w Polsce nie poprawia niestety tej sytuacji. Odstraszać może też dość wysoka cena całego zestawu na poziomie około 800 złotych. Gdyby wszystko działało tak jak trzeba, z pewnością warto byłoby zapłacić, a tak każdy musi na to pytanie odpowiedzieć sobie sam.

Avatar
Wolfgar | 21.03.2012 12:08

@sla17 ale automapa po za polską już nie jest taka dokładna. Jak jedziesz w trasę po europie to polecam tomtoma. Siedzę właśnie w Holandii i tutaj tylko na tym jeżdżą firmowe auta. A wyjazdy to nie przysłowiowa jazda po bułki tylko trasy do Berlina czy Barcelony (ostatnie targi GSM)

Avatar
sla17 | 21.03.2012 19:31

@Wolfgar - ha, nie uwzględniłem tego, że są inne kraje :D Nie wiem, jak się sprawdza w innych krajach, bo się jeździ tylko po Polsce, poza granice nie ma po co ;)

Avatar
PiŁa (niezalogowany) | 09.04.2012 11:09

Mam wersję 2350 od listopada 2011. Uważam, że to bubel. Menu jest mało intuicyjne. Trzeba sporo czasu poświęcić, aby nauczyć się z niego korzystać. Przy każdym użytkowaniu w trasie miała poważne wpadki. Np. jechałem z Lanckorony do Kalwarii Zebrzydowskiej. Jako miejscowość pośrednią wskazałem wioskę Bugaj. Zaprowadziła mnie na górkę w polu, skąd można było tylko wrócić. Ale głos mówił, żeby przejechać przejazd kolejowy - za wysokim nasypem. Albo z północnej części Legnicy nie prowadziła do Wrocławia autostradą, tylko wioskami przez Środę Śląską. Z Legnickiego Pola do Legnicy poprowadziła przez środek Gniewomierza, a nie obwodnicą wioski. Przykłady mogę mnożyć. Podczas każdej jazdy są poważne wpadki. Stwierdziłem, że nadaje się jedynie do jazd w nieznanych miastach, gdy chce się dojechać na konkretną ulicę. W terenie sprawdziłem ją w PL i w Czechach. Nie można na niej polegać. Po kupieniu aktualizacja bezpłatna możliwa była tylko przez trzy miesiące. Teraz po zalogowaniu na serwerze Garmina urządzenie jest widoczne, ale program GarminMapUpdater nie widzi go i nie można przeprowadzić aktualizacji. Serwis nie jest polskojęzyczny. Na podany adres mejlowy odpisali mi, że "nur i Deutsche sprache".

r   e   k   l   a   m   a
avatarMSI WindTop AE2410 — powiew świeżości?12.03.2012 14:33, Autor: Marcin Wilk (mWilQ)

W labie po niespełna roku pojawił się kolejny przedstawiciel komputerów All-in-One firmy MSI. Nie trudno zauważyć, że model WindTop AE2410 jest tylko odświeżoną wersją testowanego wcześniej „bliźniaczego” modelu AE2420. Zmieniono kilka podzespołów, polakierowano obudowę na czarno i udostępniono nową wersję aplikacji WindTouch. Pytanie, czy to wystarczy, aby zainteresować produktem kolejnych klientów?

Koncepcja upakowania podzespołów komputera wraz z monitorem w jednej obudowie jest jak najbardziej słuszna. Zyskujemy miejsce wokół biurka, zmniejszamy ilość kabli, możemy również mówić o swobodzie i mobilności w obszarze jednego pomieszczenia, czy też lokalu. Oczywiście taka konstrukcja ma również swoje ograniczenia i głównie mam na myśli podzespoły albo inaczej dowolne ingerowanie w ich konfigurację. Wybierając komputer All-in-One niestety musimy zaakceptować to co proponuje nam producent. Z pewnością będzie to kilka wersji dla różnej zasobności portfela, ale dla niektórych to ciągle mało.

Obudowa MSI WindTop AE2410, to ten sam tandetny, trzeszczący plastik jak w starszym modelu tylko tym razem zaserwowany w czarnej kolorystyce. W przypadku urządzeń z dotykowym ekranem stosowanie połyskującego lakieru na obudowie nie idzie w parze z estetyką, tym bardziej jeśli to piano black, na którym widać wszystkie ślady. Zazwyczaj nie dyskutuję o wyglądzie, bo to zawsze kwestie gustu, ale w tym przypadku stwierdzam, że biały lakier prezentował się lepiej i był praktyczniejszy.

Niestety piętno tandety odbite zostało również na urządzeniach wskazujących – identycznie jak w przypadku obudowy użyto polakierowanego plastiku, który nadmiernie ugina się i trzeszczy. Na domiar złego myszka w egzemplarzu testowym po prostu nie działa – widać jakość idzie w parze z awaryjnością. Są też elementy konstrukcyjne, które mnie zaskoczyły, a wcześniej nie zwróciłem na nie uwagi, mianowicie komputer WindTop nie jest przystosowany do powieszenia na ścianie. Skazani jesteśmy na pozycję stojącą w nachyleniu na jakie pozwoli nam plastikowa noga (jedni twierdzą, że jest wytrzymała, a ja bałem się ją wygiąć, bo miałem wrażenie, że za chwilę złamie mi się w rękach).

Testowany komputer All-in-One klasyfikowany jest jako domowe centrum rozrywki z dużym akcentem zabawy dla małych dzieci, o czym świadczy obecność gier i aplikacji na poziomie kilkulatków. Osobiście daleki jestem od takiej formy spędzania czasu przez maluchy, a nawet więcej uważam, że jest to lenistwo i głupota rodziców zachęcających dzieci do tego typu zabaw, tylko po to, aby zdobyć dla siebie chwilę spokoju.

Od momentu, w którym postawiłem komputer na biurku zacząłem zastanawiać się jak wykorzystać jego potencjał, tym bardziej, że mamy do dyspozycji całkiem niezłą specyfikację i ekran dotykowy. Jako standardowy komputer z procesorem i5-2410M działającym z częstotliwością 2,3GHz, 4GB pamięci operacyjnej i kartą NVIDIA GeForce GT540M, wystarczy do większości aplikacji i gier (tutaj oczywiście nie mówię o najnowszych tytułach uruchamianych na pełnych detalach). Problem w tym, że komputer o połowę tańszy również spełni te same oczekiwania. Zatem dodajmy do tego ekran dotykowy i zobaczmy czy nadwyżka w cenie zwraca się w postaci funkcjonalności.

Zestaw wyposażono w Windows 7 Home Premium z kilkoma dodatkowymi aplikacjami od MSI. Obsługa palcem tego systemu jest jak najbardziej możliwa, tylko nie o to chodzi. Jedyny komfort jaki odczułem to moment kiedy potrzebowałem myszki, a ta okazała się zepsuta. Miałem motywację wykonywać podstawowe czynności dotykiem i niestety już wiem, że w przypadku monitorów nie jest to w cale wygodne. Po paru minutach moje ramiona „krzyczały” żebym przestał. Wyciąganie ręki do odległych punktów nie było ani komfortowe, ani funkcjonalne, a z kolei przybliżenie ekranu bliżej zaburzało ergonomię pracy. Zatem jaki jest sens stosowania w takim sprzęcie ekranu dotykowego?

Producent przygotował dedykowaną do obsługi dotykiem aplikację WindTouch. Jest to przyjemna dla oka nakładka na system wyświetlająca w głównym oknie kalendarz, panel ze zdjęciami i odtwarzacz audio. Nie zabrakło również skrótów do aplikacji w tym gier dla dzieci i programów do grafiki. Niestety w tym przypadku muszę doczepić się do sposobu ich wybierania i braku podziału na jakiekolwiek kategorie. Ot tak mamy obok siebie prymitywne gry, skype, programy graficzne, kalkulator, przeglądarkę zdjęć i np. obsługę ładowania urządzeń. Poza tym, mimo pięknych kolorów równomiernie podświetlonych przez ekran, cały efekt psuje płynność działania. Co prawda animacje przewijania zdjęć działają świetnie, ale już przewijanie po łuku dostępnych skrótów aplikacji, albo obsługa kalendarza to istny pokaz klatek. WindTouch ze swojego poziomu pozwala nam jeszcze na przeglądanie stron internetowych oraz obsługę wybranych aplikacji społecznościowych. Ciekawym rozwiązaniem jest zaznaczanie tekstu, wycinanie fragmentów obrazu oraz możliwość ich edycji i przechowywania w schowku. Nie zmienia to faktu, że tradycyjne przeglądanie stron jest szybsze i wygodniejsze.

Uruchomiłem wreszcie dostępne gierki (w menu start pojawiło się kilka dodatkowych tytułów od Microsoftu i kilka dem od MSI). Są to zazwyczaj proste tytuły dla dzieci, które na chwilę przyciągną ich uwagę. Spróbowałem też swoich sił w aplikacjach graficznych. Do zwykłych bohomazów można wykorzystać palce (dwa bo tylko tyle obsłuży ekran), albo dołączony rysik. O precyzji ciężko tutaj mówić, bo po pierwsze nie zawsze zaczynałem malować tam gdzie przyłożyłem palec, a po drugie nawet jak stosowałem rysik to często zdarzało się, że linia gdzieś z przyczyn mi nie znanych uciekała na bok lub przeskakiwała do innego punktu na ekranie.

MSI WindTop AE2410 to wydatek blisko 4 tysięcy złotych. Według mnie jest zbyt drogi do standardowych zastosowań domowych, nawet jeśli dorzucimy do kompletu dotykowy ekran. Być może taki zestaw będzie efektywniejszy jeśli zastąpi się jego system nowszą 8 wersją. Nie rozwiąże to jednak problemu ergonomii pracy na ekranie w pozycji stojącej. MSI i inny producenci komputerów All-in-One w tej kwestii powinni iść w kierunku rozwiązań zastosowanych w testowanych niedawno dotykowym monitorze Iiyama ProLite T2233MSC, którego konstrukcja podstawy umożliwia położenie ekranu na płasko.

Podsumowując… Względem poprzednio testowanego modelu AE2420, poza kolorem, nie zmieniło się praktycznie nic w konstrukcji obudowy. Zastosowano również ten sam gigantyczny zewnętrzny 180W zasilacz. Otrzymujemy odświeżone podzespoły w tym płytę na nowym układzie, procesor i kartę graficzną. Pojawiły się również dwa porty USB 3.0 w tym jeden do ładowania urządzeń mobilnych. Od strony aplikacji mamy nowszą ładniejszą nakładkę WindTouch i tyle. Według mnie produkt który był przeciętny, mimo ww. nowości taki pozostaje...i „żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne" :P

Avatar
Dimatheus | 16.03.2012 20:33

Hej,

@ mWilQ - Dzięki! Tutaj nie zerknąłem i zastanawiałem się, o co chodzi. :)

Pozdrawiam,
Dimatheus

Avatar
Al@ (niezalogowany) | 26.03.2012 2:42

Gdybym śmierdziała kasą i nie miała na co ją wydać, to może, może bym jeszcze kupiła taki sprzęcik ale naprawdę pomimo tego, iż spędzam dużo czasu przed komputerem, korzystam z internetu, gry, pobieranie najróżniejszych pików oraz wiele innych czynności jakie wykonuje... Zdecydowanie zostaję przy podstawie bo nie widzę potrzeby posiadania czegoś takiego, już naprawdę wolałabym kupić jakiś wypasiony notebook za niecałe 4 tysiaki, niż coś takiego jak WindTop AE2410.
Recenzja bardzo dobra, przyjemnie mi się czytało. :)
Pozdrawiam.

Avatar
Alin (niezalogowany) | 07.04.2012 20:14

ja taki komputer za 1000 zl

avatarHuawei E583C — mały, lekki i samowystarczalny „internet”23.02.2012 17:03, Autor: Wojciech Kowasz (Docent)

Nie wszystkie urządzenia wyposażone są w modem 3G, nie wszystkie mają nawet zwyczajny port USB, do którego taki modem można podpiąć - przykładem jest chociażby popularny iPad. Wtedy z pomocą przychodzą zewnętrzne, przenośne hotspoty. Posiadacze smartfonów często są już w taki hotspot wyposażeni, ale zdarza się tak, że abonament na mobilny dostęp do Internetu kupujemy na oddzielnej karcie SIM. Co wtedy? Wtedy potrzebujemy dodatkowego urządzenia, które łączy funkcje modemu i hotspota Wi-Fi, a ponadto jest lekkie, poręczne i nie wymaga stałego źródła zasilania.

Przedstawicielem takich urządzeń jest testowany przez nas Huawei E583C. Jest to modem, który z założenia ma być możliwie bezobsługową mobilną bramką do Internetu. Do środka wkładamy naszą kartę SIM i, opcjonalnie, kartę microSD, na której możemy zapisać dowolne dane dostępne później dla klientów hotspota przez przeglądarkę. Urządzenie posiada też wewnętrzny, wymienny akumulator, który po pełnym naładowaniu przez port USB pozwoli korzystać z bezprzewodowego Internetu przez około cztery godziny. Czas ten niestety nie jest imponujący, ale na plus trzeba tutaj zaliczyć fakt, źe firmware Huawei stosuje dość agresywną politykę oszczędzania energii, przez co jest szansa, że nie zmarnujemy go zbyt dużo.

Po pierwszym uruchomieniu urządzenia może się okazać, że nie wszystko działa jak powinno - będzie tak, gdy karta SIM chroniona jest kodem PIN. Kod ten możemy podać (i na stałe zapisać) logując się do webowego panelu administracyjnego modemu. Możemy zrobić to bezprzewodowo, nazwa sieci (SSID) oraz hasło umieszczone są na naklejce pod klapką, obok baterii. Oczywiście parametry te według własnego uznania zmienimy później w panelu, podobnie jak szereg innych opcji. Jest natomiast spora szansa, że nie będziemy musieli wprowadzać konfiguracji sieci komórkowej. W naszym przypadku ustawienia sieci Orange zostały pobrane automatycznie i już po kilku sekundach była łączność ze światem.

Router Huawei obsługuje większość popularnych funkcji, takich jak przekierowania portów czy UPnP. Jednocześnie z urządzeniem może się łączyć do pięciu klientów Wi-Fi. Co ciekawe jednak mamy też możliwość podłączenia komputera za pomocą portu USB i dostęp do Internetu za pośrednictwem specjalnej aplikacji, która zapisana jest w urządzeniu - wystarczy ją zainstalować. Na dyskretnym wyświetlaczu odczytamy najważniejsze informacje, takie jak zasięg, czy jest połączenie z Internetem oraz ilu klientów aktualnie jest podłączonych do rozgłaszanej sieci.

Gdyby tylko akumulator pozwalał na nieco dłuższą pracę, byłoby znacznie lepiej. Z drugiej strony jednak smartfon jednocześnie korzystający z sieci 3G i Wi-Fi też mógłby mieć problemy, aby "pociągnąć" dłużej. Huawei E583C wydaje się więc ciekawą propozycją, nie tylko dla mobilnych pracoholików z iPadami, choć cena - około 350 złotych - do najniższych nie należy...

Avatar
junkerp | 03.04.2012 18:39

Z Aero2 sobie poradzi
częstotliwość: HSPA/UMTS: 2100/900 MHz; EDGE/GPRS/GSM: 850/900/1800/1900 MHz; WLAN: 2,401 GHz-2,482 GHz

Avatar
pplar (niezalogowany) | 13.04.2012 7:45

niestety. jest dokladnie tak jak pisze bernie. Modem nie spelnia pokladanych w nim nadziei. Net 2 Mbit/s wyciaga maksymalnie nieco ponad 1 (w tym samym miejscu na inym modemie Huawei dobija do 2 Mbit), polaczenia sa co chwile zrywane a ponowne olaczenie trwa na tyle dlugo ze jest to irytujace. Co gorsza to zrywanie placzenia wystepuje rowniez gdy modem podlaczony jest poprzez kabel usb.

Avatar
samsung n150 3g (niezalogowany) | 15.05.2012 19:45

nie prosciej skorzystac z connectify i stworzyc wirtyalny hot spot? koszty zadne wystarczy sciagnac starsza wersje darmowa

avatarHanns-G HL229 solidny średniak w zabójczo niskiej cenie22.02.2012 18:39, Autor: Krzysztof Fiedor (Kristov_pl)

Zapewne większość z Was chciałby mieć monitor jak największy, z super matrycą, pełną paletą wejść i wyjść oraz mnóstwem jeszcze innych mniej lub bardziej potrzebnych dodatków. Niestety zwykle musimy pogodzić nasze zachcianki z zasobnością portfela. Na rozwiązanie takich dylematów wpadła firma Hannspree opracowując całkiem przyzwoity monitor LCD o przekątnej 22”, rozdzielczości 1920x1080 pikseli i podświetleniem LED. Sprawdzamy w działaniu model Hanns-G HL229.

Z zewnątrz monitor nie zaskakuje niczym szczególnym. Obudowa w kolorze czarnym, lśniąca ramka wokół ekranu i błyszcząca podstawka w kształcie nieco spłaszczonej elipsy. To wszystko co może się rzucić w oczy przy pierwszym kontakcie z wyświetlaczem. Jakość zastosowanego plastiku nie odbiega od szeroko przyjętych standardów. Jedynie jakość spasowania i połączenie elementów może nas nieco zaskoczyć. W kilku miejscach obudowa pod wpływem nacisku, np. podczas przenoszenia trochę skrzypi i wyczuwalnie się ugina.

Z tyłu monitora znajdziemy tylko dwa złącza do podłączenia komputera, są to: nieśmiertelny d-sub oraz DVI. Próżno szukać dużo bardziej już spopularyzowanego HDMI. Tuż obok znajdziemy wejście do podłączenia z komputerem wbudowanych głośników. Jeśli chodzi o ergonomię to otrzymujemy tylko minimum funkcjonalności w tym modelu. Regulacja ekranu sprowadza się jedynie do możliwości odchylenia w orientacji góra-dół i to w bardzo ograniczonym zakresie. Próżno szukać obrotu lewo-prawo, czy podniesienie ekranu góra-dół o pivocie nie wspominając. Widać, że producent skupił się na prostocie bez zbędnych opcji, w zamian obniżając cenę do minimum, ale o tym w podsumowaniu.

Zastosowana matryca to najpopularniejsza i tym samym najtańsza jej odmiana, czyli TFT TN. Jak już wspominałem do dyspozycji mamy obszar o przekątnej 22” o proporcjach 16:9 a maksymalna rozdzielczość obrazu to Full HD. Czas reakcji matrycy podany przez producenta to 5 ms, co oczywiste, rzeczywista wartość będzie wyższa, choć i tak wystarczająca do wyświetlania dynamicznych scen. Sterowanie monitorem odbywa się za pomocą pięciu przycisków umiejscowionych w prawym dolnym rogu monitora, w spodniej części obudowy. Menu ekranowe jest stosunkowo proste i czytelne, jednak uważam za duży minus, jego brak w naszym ojczystym języku. Wśród typowych regulacji i ustawień znajdziemy między innymi predefiniowane tryby obrazu jak PC, GAME, MOVIE oraz ECO, który odpowiednio zbija jasność i kontrast, monitor wówczas konsumuje nieco mniej prądu.

Testy rozpocząłem od sprawdzenia równomierności podświetlenia matrycy. Patrząc przez pryzmat ceny urządzenia, byłem bardzo ciekawy wyników. Od razu widać, że mamy niedoświetloną górną część ekranu. Różnice, do wzorcowego środka, sięgają 17%. W pozostałej części monitora maksymalny odchył to 7%. Całościowo równomierność podświetlenia przedstawia się całkiem dobrze i jest zbliżona do monitorów znacznie droższych. Odwzorowanie barw również wygląda całkiem obiecująco. Choć przed kalibracją były pewne niedociągnięcia, zwłaszcza w obszarze koloru niebieskiego. Po kalibracji monitor świecił całkiem przyzwoicie, choć kolor czarny był nieco szarawy (za sprawą matrycy TN), pozostałym kolorom brakowało nasycenia. Miałem wrażenie, że były nieco wyblakłe.

W codziennym zastosowaniu wady czy też niedociągnięcia będą trudno zauważalne, chyba że jesteśmy grafikiem z niebywałym sokolim wzrokiem :) tylko po co nam wtedy taki monitor? Filmy i gry wyglądały całkiem dobrze, smużenie było wręcz niewidoczne. Nawet w naprawdę szybkich i dynamicznych scenach. I to się chwali. Do zabaw ze zdjęciami z oczywistych względów tego modelu bym nie polecał. Sprawdzi się on natomiast we wszelkich pracach biurowych, gdzie odwzorowanie kolorów nie jest stawiane na pierwszym miejscu przy zakupie monitora.

Z recenzji wyłania się monitor średni tudzież przeciętny. I tak w rzeczywistości jest, jednak model Hanns-G HL229 może się pochwalić jedną zasadniczą zaletą. Jak na 22-calowy monitor jest on wyjątkowo tani. Producent wycenił go na 399 zł, co jest wartością bardzo niską. Znając nasz rynek można jeszcze zawyrokować, że gdy pojawi się w sprzedaży będzie on jeszcze tańszy. Ten model nie jest bowiem jeszcze oficjalnie dostępny, jego sprzedaż ma ruszyć w naszym kraju pod koniec lutego. Jeśli szukasz większego monitora niż Twoja wysłużona 17-tka, a nie chcesz wydawać fortuny to produkt Hanns-G jest właściwym wyborem.

Avatar
bitx (niezalogowany) | 19.03.2012 13:47

Brakuje mi w recenzji kątów widzenia i poboru prądu.

Avatar
netis | 29.03.2012 19:48

@WODZU
Dzięki za wyczerpującą odp.... i sorki że dopiero teraz;)

@Kintoki
DPI to już nie jest pełny "oryginał" i nie mam pewności, że nie spowoduje jakiś nieoczekiwanych "problemów"...tak jak to było gdy zmieniłem DPI na 10'' lapku u znajomego

Avatar
mścigniew (niezalogowany) | 10.05.2012 14:39

Czy może orientujecie się, gdzie można ten monitor kupić? Bo w internecie widzę tylko oferty Amazonu i innych zagranicznych sklepów (a i cena różni się od 400 zł).

avatarTP-Link Portable 3G/3.75G Wireless N Router — hotspot w namiocie17.02.2012 16:28, Autor: Wojciech Kowasz (Docent)

Bezprzewodowy dostęp do Internetu za pośrednictwem sieci 3G to już coraz mniejsza ekstrawagancja. Sieci komórkowe oferują coraz lepsze parametry tej usługi i nie chodzi tu tylko o maksymalną prędkość, ale co najważniejsze — opóźnienie, które jest już obecnie niemalże na poziomie stacjonarnego łącza. Nic więc dziwnego, że coraz częściej można spotkać w domach taką formę stałego dostępu do świata. Plusem takiego rozwiązania jest też jego mobilność — nawet jeśli pod namiotem nie złapiemy 3G, zawsze jakoś, wolniej lub szybciej, będzie działać. Jedyne co potrzebujemy do pełni szczęścia to router, który stworzy nam własnego hotspota. Takim routerem jest TP-Link Portable 3G/3.75G Wireless N Router.

Jeśli ktoś korzysta z urządzeń Apple, to przy rozpakowywaniu routera TP-Link przeżyje małe déja-vu. Pudełko jest wykonane niemal w 100% w stylu tej kalifornijskiej firmy znanej z perfekcyjnego designu, a co więcej, również sam router kojarzy się z „Jabłkiem”: jest biały i błyszczący, z zaokrąglonymi rogami. Trzeba przyznać, że prezentuje się bardzo ładnie, nie trzeba będzie się go wstydzić w domu na półce, jak to często bywa z wielkimi, czarnymi routerami. Urządzenie TP-Link jest przede wszystkim stworzone do routowania połączenia komórkowego, ale samo w sobie nie posiada niestety wbudowanego modemu. Oznacza to więc, że będziemy musieli posłużyć się zewnętrznym modemem, który wpinamy w port USB w routerze. Opcjonalnie możemy też podłączyć „stacjonarny Internet” do portu WAN (100 Mbit/s). Wówczas router oferuje interesującą możliwość preferowania jednego połączenia przed drugim (na przykład traktowania 3G jako łącze zapasowe albo odwrotnie). To jednak jeszcze nie wszystko. Przesuwając przełącznik na obudowie routera możemy skonfigurować go w trybie WISP: urządzenie staje się klientem Wi-Fi i udostępnia sieć bezprzewodową na porcie RJ-45 (który z portu WAN zamienia się wówczas w port LAN). Ostatnim trybem pracy jest zwyczajny punkt dostępu.

Konfiguracja routera do pracy w trybie 3G jest bezproblemowa i niemal błyskawiczna. Wkładamy modem 3G do portu USB i z komputera, tabletu czy innego urządzenia łączymy się z routerem bezprzewodowo (domyślnie rozgłaszana jest sieć bez hasła). Ustawieniami sieci komórkowej nie musimy się w ogóle martwić, bo konfiguracja czterech największych polskich operatorów jest już zapisana w urządzeniu — wystarczy wybrać właściwego. Pozostaje więc ustawić parametry sieci Wi-Fi (najważniejsze: zabezpieczyć ją hasłem) i można zaczynać zabawę. Router może być zasilany albo z komputera przez kabel USB, albo z gniazdka 230V przez niewielki zasilacz przypominający ładowarkę do telefonu. TP-Link obsługuje przy tym szereg popularnych dla routerów funkcji, w tym DHCP z rezerwacjami i filtrowaniem adresów, DMZ, UPnP, podstawowy QoS, a nawet kontrolę rodzicielską i reguły dostępu do Internetu.

Gdyby tylko można było włożyć do środka kartę SIM i nie nosić modemu USB, byłoby idealnie. Poza tym urządzenie nie posiada akumulatora, więc tak całkowicie przenośne nie jest. Można ten problem obejść dzięki zasilaniu z USB, ale wtedy odrobinę krócej popracujemy na notebooku, do którego równie dobrze moglibyśmy włożyć przecież ten sam modem USB, który wkładamy do TP-Linka... Reasumując: testowany TP-Link sprawdzi się w domu jako podstawowe urządzenie rozprowadzające dostęp do Internetu i w podróży jako router, który można szybko uruchomić np. w hotelu i równie szybko spakować. Cena wydaje się przy tym dość przystępna. Do tytułowego namiotu lepiej jednak zabrać coś z wbudowanym modemem 3G i własnym źródłem zasilania — na przykład... smartfon z funkcją hotspota.

Avatar
r156 (niezalogowany) | 10.04.2012 20:03

A podstawowa zaleta tego urządzenia to możliwość odpalenia OpenWRT

Avatar
miki_miki_ (niezalogowany) | 13.04.2012 8:00

ja również posiadam to małe cudo, i jestem zadowolony z routera

Avatar
Loom (niezalogowany) | 18.04.2012 21:01

Tam siedzi jakiś Linux?