Polecamy
Testujemy NAS Synology DS212j

Domowy wielozadaniowiec
Dolina Charlotty
Najnowsze

Lab

rss
avatarHanns-G HL229 solidny średniak w zabójczej cenie22.02.2012 18:39, Autor: Krzysztof Fiedor (Kristov_pl)

Zapewne większość z Was chciałby mieć monitor jak największy, z super matrycą, pełną paletą wejść i wyjść oraz mnóstwem jeszcze innych mniej lub bardziej potrzebnych dodatków. Niestety zwykle musimy pogodzić nasze zachcianki z zasobnością portfela. Na rozwiązanie takich dylematów wpadła firma Hannspree opracowując całkiem przyzwoity monitor LCD o przekątnej 22”, rozdzielczości 1920x1080 pikseli i podświetleniem LED. Sprawdzamy w działaniu model Hanns-G HL229.

Z zewnątrz monitor nie zaskakuje niczym szczególnym. Obudowa w kolorze czarnym, lśniąca ramka wokół ekranu i błyszcząca podstawka w kształcie nieco spłaszczonej elipsy. To wszystko co może się rzucić w oczy przy pierwszym kontakcie z wyświetlaczem. Jakość zastosowanego plastiku nie odbiega od szeroko przyjętych standardów. Jedynie jakość spasowania i połączenie elementów może nas nieco zaskoczyć. W kilku miejscach obudowa pod wpływem nacisku, np. podczas przenoszenia trochę skrzypi i wyczuwalnie się ugina.

Z tyłu monitora znajdziemy tylko dwa złącza do podłączenia komputera, są to: nieśmiertelny d-sub oraz DVI. Próżno szukać dużo bardziej już spopularyzowanego HDMI. Tuż obok znajdziemy wejście do podłączenia z komputerem wbudowanych głośników. Jeśli chodzi o ergonomię to otrzymujemy tylko minimum funkcjonalności w tym modelu. Regulacja ekranu sprowadza się jedynie do możliwości odchylenia w orientacji góra-dół i to w bardzo ograniczonym zakresie. Próżno szukać obrotu lewo-prawo, czy podniesienie ekranu góra-dół o pivocie nie wspominając. Widać, że producent skupił się na prostocie bez zbędnych opcji, w zamian obniżając cenę do minimum, ale o tym w podsumowaniu.

Zastosowana matryca to najpopularniejsza i tym samym najtańsza jej odmiana, czyli TFT TN. Jak już wspominałem do dyspozycji mamy obszar o przekątnej 22” o proporcjach 16:9 a maksymalna rozdzielczość obrazu to Full HD. Czas reakcji matrycy podany przez producenta to 5 ms, co oczywiste, rzeczywista wartość będzie wyższa, choć i tak wystarczająca do wyświetlania dynamicznych scen. Sterowanie monitorem odbywa się za pomocą pięciu przycisków umiejscowionych w prawym dolnym rogu monitora, w spodniej części obudowy. Menu ekranowe jest stosunkowo proste i czytelne, jednak uważam za duży minus, jego brak w naszym ojczystym języku. Wśród typowych regulacji i ustawień znajdziemy między innymi predefiniowane tryby obrazu jak PC, GAME, MOVIE oraz ECO, który odpowiednio zbija jasność i kontrast, monitor wówczas konsumuje nieco mniej prądu.

Testy rozpocząłem od sprawdzenia równomierności podświetlenia matrycy. Patrząc przez pryzmat ceny urządzenia, byłem bardzo ciekawy wyników. Od razu widać, że mamy niedoświetloną górną część ekranu. Różnice, do wzorcowego środka, sięgają 17%. W pozostałej części monitora maksymalny odchył to 7%. Całościowo równomierność podświetlenia przedstawia się całkiem dobrze i jest zbliżona do monitorów znacznie droższych. Odwzorowanie barw również wygląda całkiem obiecująco. Choć przed kalibracją były pewne niedociągnięcia, zwłaszcza w obszarze koloru niebieskiego. Po kalibracji monitor świecił całkiem przyzwoicie, choć kolor czarny był nieco szarawy (za sprawą matrycy TN), pozostałym kolorom brakowało nasycenia. Miałem wrażenie, że były nieco wyblakłe.

W codziennym zastosowaniu wady czy też niedociągnięcia będą trudno zauważalne, chyba że jesteśmy grafikiem z niebywałym sokolim wzrokiem :) tylko po co nam wtedy taki monitor? Filmy i gry wyglądały całkiem dobrze, smużenie było wręcz niewidoczne. Nawet w naprawdę szybkich i dynamicznych scenach. I to się chwali. Do zabaw ze zdjęciami z oczywistych względów tego modelu bym nie polecał. Sprawdzi się on natomiast we wszelkich pracach biurowych, gdzie odwzorowanie kolorów nie jest stawiane na pierwszym miejscu przy zakupie monitora.

Z recenzji wyłania się monitor średni tudzież przeciętny. I tak w rzeczywistości jest, jednak model Hanns-G HL229 może się pochwalić jedną zasadniczą zaletą. Jak na 22-calowy monitor jest on wyjątkowo tani. Producent wycenił go na 399 zł, co jest wartością bardzo niską. Znając nasz rynek można jeszcze zawyrokować, że gdy pojawi się w sprzedaży będzie on jeszcze tańszy. Ten model nie jest bowiem jeszcze oficjalnie dostępny, jego sprzedaż ma ruszyć w naszym kraju pod koniec lutego. Jeśli szukasz większego monitora niż Twoja wysłużona 17-tka, a nie chcesz wydawać fortuny to produkt Hanns-G jest właściwym wyborem.

Avatar
Zbigniew2003 | 22.02.2012 20:12

Cena jak za 22 cale, bardzo zachęcająca do zakupu, ale ta niebieska dioda, widoczna na zdjęciu, to musi być dopiero "mordęga" dla oczu użytkownika w nocy ;)

Avatar
sla17 | 22.02.2012 20:44

400zł to rzeczywiście niezła cena, jak na tą cenę nie ma co zbytnio narzekać, tylko brać :P

r   e   k   l   a   m   a
avatarTP-Link Portable 3G/3.75G Wireless N Router — hotspot w namiocie17.02.2012 16:28, Autor: Wojciech Kowasz (Docent)

Bezprzewodowy dostęp do Internetu za pośrednictwem sieci 3G to już coraz mniejsza ekstrawagancja. Sieci komórkowe oferują coraz lepsze parametry tej usługi i nie chodzi tu tylko o maksymalną prędkość, ale co najważniejsze — opóźnienie, które jest już obecnie niemalże na poziomie stacjonarnego łącza. Nic więc dziwnego, że coraz częściej można spotkać w domach taką formę stałego dostępu do świata. Plusem takiego rozwiązania jest też jego mobilność — nawet jeśli pod namiotem nie złapiemy 3G, zawsze jakoś, wolniej lub szybciej, będzie działać. Jedyne co potrzebujemy do pełni szczęścia to router, który stworzy nam własnego hotspota. Takim routerem jest TP-Link Portable 3G/3.75G Wireless N Router.

Jeśli ktoś korzysta z urządzeń Apple, to przy rozpakowywaniu routera TP-Link przeżyje małe déja-vu. Pudełko jest wykonane niemal w 100% w stylu tej kalifornijskiej firmy znanej z perfekcyjnego designu, a co więcej, również sam router kojarzy się z „Jabłkiem”: jest biały i błyszczący, z zaokrąglonymi rogami. Trzeba przyznać, że prezentuje się bardzo ładnie, nie trzeba będzie się go wstydzić w domu na półce, jak to często bywa z wielkimi, czarnymi routerami. Urządzenie TP-Link jest przede wszystkim stworzone do routowania połączenia komórkowego, ale samo w sobie nie posiada niestety wbudowanego modemu. Oznacza to więc, że będziemy musieli posłużyć się zewnętrznym modemem, który wpinamy w port USB w routerze. Opcjonalnie możemy też podłączyć „stacjonarny Internet” do portu WAN (100 Mbit/s). Wówczas router oferuje interesującą możliwość preferowania jednego połączenia przed drugim (na przykład traktowania 3G jako łącze zapasowe albo odwrotnie). To jednak jeszcze nie wszystko. Przesuwając przełącznik na obudowie routera możemy skonfigurować go w trybie WISP: urządzenie staje się klientem Wi-Fi i udostępnia sieć bezprzewodową na porcie RJ-45 (który z portu WAN zamienia się wówczas w port LAN). Ostatnim trybem pracy jest zwyczajny punkt dostępu.

Konfiguracja routera do pracy w trybie 3G jest bezproblemowa i niemal błyskawiczna. Wkładamy modem 3G do portu USB i z komputera, tabletu czy innego urządzenia łączymy się z routerem bezprzewodowo (domyślnie rozgłaszana jest sieć bez hasła). Ustawieniami sieci komórkowej nie musimy się w ogóle martwić, bo konfiguracja czterech największych polskich operatorów jest już zapisana w urządzeniu — wystarczy wybrać właściwego. Pozostaje więc ustawić parametry sieci Wi-Fi (najważniejsze: zabezpieczyć ją hasłem) i można zaczynać zabawę. Router może być zasilany albo z komputera przez kabel USB, albo z gniazdka 230V przez niewielki zasilacz przypominający ładowarkę do telefonu. TP-Link obsługuje przy tym szereg popularnych dla routerów funkcji, w tym DHCP z rezerwacjami i filtrowaniem adresów, DMZ, UPnP, podstawowy QoS, a nawet kontrolę rodzicielską i reguły dostępu do Internetu.

Gdyby tylko można było włożyć do środka kartę SIM i nie nosić modemu USB, byłoby idealnie. Poza tym urządzenie nie posiada akumulatora, więc tak całkowicie przenośne nie jest. Można ten problem obejść dzięki zasilaniu z USB, ale wtedy odrobinę krócej popracujemy na notebooku, do którego równie dobrze moglibyśmy włożyć przecież ten sam modem USB, który wkładamy do TP-Linka... Reasumując: testowany TP-Link sprawdzi się w domu jako podstawowe urządzenie rozprowadzające dostęp do Internetu i w podróży jako router, który można szybko uruchomić np. w hotelu i równie szybko spakować. Cena wydaje się przy tym dość przystępna. Do tytułowego namiotu lepiej jednak zabrać coś z wbudowanym modemem 3G i własnym źródłem zasilania — na przykład... smartfon z funkcją hotspota.

Avatar
stig78 (niezalogowany) | 20.02.2012 10:33

Jest super mam go od dwóch tyg.Mam wrażenie że stronki szybciej sie otwierają niż na gołym modemie 4G.

Avatar
stig78 (niezalogowany) | 20.02.2012 10:35

Menu po angielsku.Ale instalacja bardzo prosta wybieramy kraj następnie operatora i hula,dla takiego laika jak ja idealny.

Avatar
MrFaUst | 21.02.2012 21:36

Hmmm do namiotu chyba lepiej jakieś MiFi - np Huawei albo ZTE - router i modem w jednym

avatarGembird Dash Cam — minikamera samochodowa15.02.2012 16:09, Autor: Wojciech Kowasz (Docent)

Dużą popularnością ostatnio cieszył się filmik z kamery w pojeździe egzaminacyjnym, który prezentował jazdę pewnej kursantki z Częstochowy po placu manewrowym. Jazda skończyła się na drodze publicznej, ale bynajmniej nie dlatego, że „plac” został zaliczony wzorowo. Dzięki urządzeniu Gembird Dash Cam każdy może taki filmik nagrać samodzielnie... chociaż może lepiej, by akurat nasz film miał nieco inne zakończenie.

Gembird Dash Cam to niewielka kamera, którą możemy umieścić na szybie samochodu dzięki przyssawce. Najlepszym do tego miejscem jest chyba przestrzeń tuż za lusterkiem, wtedy nie ogranicza ona widoczności i nie rzuca się tak w oczy z samochodu poprzedzającego — chyba że chcemy bawić się w tajnych policjantów, wtedy przyda się jeszcze czapka rzucona na deskę rozdzielczą. Jeśli nie naładujemy wbudowanego akumulatora, to będziemy musieli podłączyć kabel zasilający do gniazda zapalniczki. Ten jest jednak na tyle długi, że z powodzeniem możemy pokusić się o poprowadzenie go w taki sposób, aby nie przeszkadzał w normalnym użytkowaniu samochodu. Oprócz kabla, uchwytu z przyssawką oraz samej kamerki w zestawie znajdziemy jeszcze tylko kabel USB, dzięki któremu możemy kopiować nagrania pomiędzy urządzeniem i komputerem. Znacznie wygodniej jest jednak wyciągnąć kartę SDHC (lub MMC) z kamery i skorzystać z czytnika kart, o ile oczywiście mamy taki do dyspozycji np. w notebooku. Urządzenie ogranicza długość jednego klipu wideo do maksymalnie 15 minut (po przekroczeniu limitu nagrywanie jest kontynuowane w następnym pliku), a klip taki zajmuje do 1 GB w maksymalnej rozdzielczości.

No to jedziemy. Kamera obsługuje trzy formaty obrazu: 640x480px, 720x480px i 1280x980px. Niech jednak nie zmylą Was piksele. Ustawienie najwyższej jakości, w tym przypadku wyższej niż HD 720p, będzie w praktyce skutkować jedynie powiększeniem tego samego obrazu do wyższej rozdzielczości, zwanym też „upscalingiem”. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie — jakość nagrania pozostawia wiele do życzenia. Jeśli oglądamy go w mniejszym oknie bądź też posłużymy się niższymi rozdzielczościami nagrania, jakość jest akceptowalna i na poziomie, jakiego można spodziewać się po sprzęcie tej klasy. Warto natomiast jeszcze zauważyć, że kamerka nagrywa nie tylko obraz, ale także dźwięk i robi to dość dobrze — jeśli nie słuchamy hard rocka i nie jedziemy 150 km/h, na ogół daje się wyraźnie usłyszeć rozmowę kierowcy z pasażerem z przedniego siedzenia.

Pomimo pewnych wad, kamera jak na urządzenie za niecałe 200 złotych dobrze spełnia swoje zadanie, chyba że zapragniemy uwiecznić przejażdżkę wieczorem, gdy nie ma naturalnego światła. Urządzenie nie nagrywa w podczerwieni, przez co skazani jesteśmy na oświetlenie światłami samochodu lub w najlepszym przypadku przydrożne lampy. W efekcie na obrazie momentalnie pojawiają się ogromne szumy i rozbłyski, widoczność jest bardzo kiepska. W mieście, na doświetlonej drodze, nadal nie powinno być jednak większych problemów z ocenieniem, czy to my wymusiliśmy pierwszeństwo, czy też jadący z naprzeciwka nie przykładał się na kursie prawa jazdy. Nagranie może czasem okazać się pomocne — w końcu „przecież wszystko było dobrze”...

Zainteresowanym umożliwiamy pobranie oryginalnego pliku AVI nagranego przez nas testowaną kamerą. Niestety MJPEG, który teoretycznie stanowi zawartość tego pliku AVI, nie daje się poddać obróbce ani konwersji w żadnym sensownym oprogramowaniu do edycji wideo...

Avatar
Zbigniew2003 | 15.02.2012 16:59

Dosyć przydatne urządzenie, cena nie zrujnuje budżetu nabywcy, warto mieć coś takiego, aby uwiecznić ułańską fantazję najlepszych kierowców świata, którzy męczą się na najgorszych drogach w UE ;)

Avatar
sla17 | 16.02.2012 20:49

Z tymi drogami nie jest źle - są złe odcinki, ale sytuacja zdecydowanie się poprawiła w porównaniu ze stanem sprzed kilku lat. Główne drogi są porobione lub się robią, ekspresowe, krajowe, powstają autostrady. Kuleją w szczególności drogi miejskie, ale tutaj trzeba mieć pretensje do władz miasta/powiatu. Gadżet rzeczywiście tani - gdybym jeździł za kółkiem to bym sobie sprawił, niestety jeszcze nie ten czas, póki co dla mnie tylko fotel pasażera ;

Avatar
DjLeo | 17.02.2012 0:35

Ciekawy gadżet, jednak praktycznie nie ma możliwości odczytania numeru rejestracyjnego co czasami mogło by się przydać. Wciąż lepszym rozwiązaniem jest zwykły aparat kompaktowy z nagrywaniem wideo, kamera lub komórka z nagrywaniem HD. Problemem jest tylko mocowanie. Ale efekt dużo lepszy. Jednak ceny tych urządzeń są nieporównywalnie większe niż tego gadżetu. No ale coś za coś.

A pierwsze co mi przyszło do głowy po obejrzeniu tego filmiku to to, że ABS (1:09) w samochodzie całkiem dobrze się sprawuje :)

avatarIBOX Elise Pro Kit — zestaw z dziurawą klawiaturą10.02.2012 19:45, Autor: Marcin Wilk (mWilQ)

Na moim biurku pojawił się nowy zestaw bezprzewodowych urządzeń wskazujących marki IBOX. Duet klawiatury o tradycyjnym układzie klawiszy z prostą myszką na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżnia. Co zatem może przykuć uwagę potencjalnych klientów IBOX Elise Pro Kit? Otóż jak się okazuje klawiatura jest odporna na zalanie wodą. Oczywiście specjalnie dla osób trzymających swojego wodolubnego kwiatka na półce znajdującej się nad klawiaturą nie omieszkam przetestować tego jakże ważnego szczegółu.

Po rozpakowaniu pudełka szukałem płytki z oprogramowaniem i odbiornika. Bez obaw klawiatura i myszka były na swoim miejscu, więc testu na pierwszych dwóch zdaniach nie zakończę. Oczywiście płytki nie ma, więc z góry przestałem liczyć na jakieś sensowne ustawienia zarówno myszki jak i klawiszy multimedialnych klawiatury. Za to odbiornik 2,4G został sprytnie schowany wewnątrz myszki co ułatwi ewentualny transport. Atrakcją jest guziczek obok slotu, który po wciśnięciu wystrzeliwuje w nas odbiornikiem. Sterowniki w Windows 7 zainstalowały się w kilka sekund. Zanim zdążyłem wyjść spod biurka mogłem jeździć kursorem po swoim pulpicie. Klawiatura zareagowałaby pewnie równie szybko, gdybym zasilił ją energią. No właśnie nie ma co szukać wejścia na paluszek pod obudową. Nawet inteligentnie połączyłem sobie ten fakt z wodoodpornością urządzenia. Jak nie pod spodem, to gdzie? Nad strzałkami kierunkowymi znajduje się wypukły element z logo firmy. Przyjrzawszy mu się z bliska dostrzegłem mały napis „open” z kierunkiem przesunięcia. Po wciśnięciu baterii klawisze od razu zaczęły działać.

Przejdźmy zatem do testu. Mamy klawiaturę o tradycyjnym układzie klawiszy z kilkoma przyciskami multimedialnymi. Od nich zaczniemy – znajdują się w górnym rzędzie, mają szary kolor, oznaczone są niebieskimi symbolami i podzielone są na trzy sekcje. Pierwsza od lewej obsługuje dostęp do świata zewnętrznego (uruchamia przeglądarkę internetową, klienta pocztowego, chyba folder ulubione, ale u mnie nie działa oraz wyszukiwarkę). Środkowa to typowe przyciski do obsługi odtwarzacza multimediów, zaś prawa to skrót do mojego komputera, start domyślnego playera plików muzycznych i kalkulator. Ze względu na umieszczenie górnego rzędu z klawiszami multimedialnymi kolejny rząd ucierpiał i został zwężony o połowę. Irytujące może być to w grach komputerowych, w których czasami posługujemy się przyciskami funkcyjnymi, a przynajmniej ja tak robiłem jak jeszcze grałem w Diablo. Dla maszynistek w układzie alfanumerycznym pojawił się duży enter, ale niestety zabrał miejsce pionowej kresce i ukośnikowi, które odwdzięczyły się tym samym na klawiszu cofania. Ten rozmiarów normalnej literki przypasuje jedynie osobom, które podczas pisania nie popełniają żadnych błędów.

Skoro mowa o błędach, to przyznam się, że na nowej klawiaturze, pogorszyłem sobie statystyki i zauważyłem sporą ilość zjadanych przeze mnie literek. Postanowiłem przyjrzeć się temu problemowi bliżej i szybko sam siebie rozgrzeszyłem. Zrobiłem test kliknięcia ze stałym naciskiem i sprawdzałem, które literki pojawiają mi się w notatniku. Alfabet mi się skurczył, niektóre znaki specjalne gdzieś się zapodziały – o co tu chodzi? Jak się okazuje mimo delikatnego kliku i cichej pracy klawiatura wymaga od piszącego konkretnego nacisku na klawisze – co najgorsze nie wszystkie. Dalej drążyłem temat i sprawdziłem jak miewają się gumki ukryte pod klawiszami. Standardowo diabeł tkwi w szczegółach. Niektóre z nich były poprzesuwane, a w jednym przypadku - pod literką „V” całkowicie schowane pod wewnętrzną część obudowy i było to ewidentnie czuć podczas wciskania klawisza. Szybko wyśrodkowałem wszystkie gumki i klawiatura zaczęła działać prawidłowo, a moje statystyki poprawiły się w ekstremalnym tempie.

Mimo zachwalanego przeze mnie tradycyjnego układu alfanumerycznego, nie mogło obejść się bez udziwnień. Klawisze w dolnych rzędach zostały umieszczone pod innym kątem, do takiego stopnia, że przy podniesionej klawiaturze na nóżkach, górne rzędy układają się pod skosem, a dolne są prostopadłe do blatu biurka. Ciężko mi powiedzieć, czy jest to wieloletni efekt pracy myślicieli laboratoryjnych nad ergonomią pisania, czy może zabieg ułatwiający przepływ wody przez obudowę. Jak kogoś nurtuje temat zalewania, to przy okazji opisu konstrukcji wyjaśniam, że klawiatura ma kilka punktów odpływowych, przez które ciecz wylewa się na zewnątrz obudowy. Przypuszczam jednak, że ich rozmiary nie poradzą sobie z małą czarną z gęstym fusem, więc kawoszy należy prosić o zachowanie ostrożności.

W temacie konstrukcji dodać muszę, że klawiatura jest kiepsko wyważona. Wbrew pozorom, nie jest tylko problem przy pisaniu z klawiaturą na kolanach. Każdorazowo, po położeniu rąk na klawiszach, następowało irytujące przesunięcie ku górze i to tylko z lewej strony. Myślałem, że to może problem braku gumek antypoślizgowych, ale nie trafiłem – obie są na swoim miejscu. Aby jeszcze lepiej zobrazować problem, proszę sobie wyobrazić środek klawiatury. Pchając go palcem zamiast równomiernie przesuwać sprzęt po biurku, zataczałem nim koło – prawie jak od cyrkla, bo prawy róg klawiatury trzyma się sztywno blatu. Na koniec kolejne smutne informacje. W klawiaturze oprócz symbolu z przekreśloną baterią, kompletnie nic się nie świeci. Nie ma diod informacyjnych o włączonym Caps Locku, Scroll Locku, czy Num Locku. Na początku tego nie zauważyłem, bo moja stara klawiatura leżała zaraz nad testowaną i przy wciskaniu klawiszy uaktywniały się światełka – problem tylko, że nie na tej klawiaturze co trzeba ;)

Przejdźmy do gryzonia. Często w zestawach z klawiaturą, myszka gra drugoplanową rolę. Nie inaczej jest w tym wypadku. Otrzymujemy prosty model myszki zasilany dwoma bateriami z minimalną ilością przycisków. Lewy z prawym, w zależności od ułożenia palców reagują na kliknięcie z różną siłą nacisku (począwszy od środka myszki aż po jej koniec). Na środku mamy ogromne kółko, które przy przeglądaniu stron działa przyjemnie, ale już przy kliknięciu trzeba się napocić. Zaraz nad kółkiem jest jeszcze mały przycisk DPI działający jak turbo w starych Pentiumach. Mój wzrok działa z płynnością podobną do tego u muchy, wiec mnie to nie kręci, ale graczy pewnie tak, więc miło ze strony IBOX, że taką funkcjonalność dodali.

Nadszedł koniec mojej recenzji. Z przykrością muszę powiadomić wszystkich zainteresowanych, że nie mamy szczęśliwego zakończenia. Polała się woda i wraz z nią z naszego urządzenia odpłynęło życie. Klawiaturka walczyła dzielnie, ale ostatecznie poległa. Kanały oddawały pochłoniętą wodę, ale tylko częściowo. Woda znajdująca się z narożnikach nie umiała dotrzeć do najbliższego otworu (zabrakło lejkowatej konstrukcji wnętrza). Niestety ciecz od wewnątrz dostała się również pod baterię i to był prawdopodobnie decydujący moment. Można zatem powiedzieć, że to co odróżniało od zwykłych zestawów model Elise Pro Kit, ostatecznie go połączyło. Sprzęt podobnie jak inne zalane ląduje na stercie złomu. Trzeba jednak podkreślić, że awaria pojawiła się dopiero przy prawdziwej powodzi, więc jest szansa, że mniejsze zachlapania przetrwa.

IBOX Elise Pro Kit jest mimo wszystko zestawem wartym rozważania. Za cenę około 65 zł otrzymujemy bowiem przyzwoitą klawiaturę i takąż myszkę, z wygodną łącznością bezprzewodową i przynajmniej minimalną odpornością na zalania. W kontekście niewygórowanej ceny wszelkie wady produktu bledną, zatem ogólnie rzecz biorąc go polecam.


Aktualizacja, 13.02.2012 13:30

Weekendowe suszenie sprzętu, przyniosło zamierzony efekt. Klawiatura po włożeniu baterii działa prawidłowo - nieprzerwanie od kilku godzin. Nasuwa się pytanie, czy sprzęt pozbawiony cech wodoszczelności, wysuszony po zalaniu, również by zadziałał? :D
Avatar
ttomas | 16.02.2012 20:08

Myszka wygląda jak zubożona Logitech VX Nano, może chociaż micro styki nie padają po 1,5 roku :/

Avatar
Karol1987 (niezalogowany) | 20.02.2012 15:46

Ja mam myszkę Beetle tej firmy i nie narzekam :) może to kwestia modelu, ta moja jest precyzyjna,nie zacina się, wygodnie leży w dłoni.

Avatar
mateo2558 (niezalogowany) | 20.02.2012 19:47

ta klawiatura to kopia Microsoft Wired Keyboard 600, tyle ze wlasnie mic ma na usb a tu bez przewodowa, sam posiadam taka klaw mic, i wlasnie sie zdziwilem ze po zalaniu napojem wszystko wycieklo dolem ;D co prawda troszke spacja na poczatku sie "kleila" ale jest ok;]

avatarHiFiMan HE-4 — słuchawki dla melomana08.02.2012 17:03, Autor: Krzysztof Fiedor (Kristov_pl)

Markę HiFiMan mieliście okazję poznać w niedawno publikowanej recenzji zewnętrznej karty dźwiękowej dla audiofili. Produkt świetny i przy tym niedrogi. W tamtej recenzji napomknąłem o słuchawkach tej firmy. Czy zastanawialiście się kiedyś skąd biorą się różnice w cenach między słuchawkami za 100, 200 czy 300 zł, a takimi za kilka lub nawet kilkanaście tysięcy? Mieliśmy okazję przez dość długi czas osłuchać się z modelem HifiMan HE-4. To dość innowacyjny produkt określany mianem słuchawek ortodynamicznych lub planarnych. Cóż to za technologia i czego można oczekiwać od słuchawek za — bagatela — 2000 zł?

Słuchawki ortodynamiczne lub inaczej zwane planarnymi swój początek znajdują w rozwiązaniach, które można znaleźć w kolumnach magnetostatycznych. W typowych słuchawkach dynamicznych cewka porusza membraną tylko na brzegach, co w efekcie może dać pewne zniekształcenia w środkowej części membrany. W słuchawkach ortodynamicznych rolę membrany pełni dość sporych rozmiarów kawałek foli wykonanej z mylaru, który jest pokryty cienką warstwą aluminium. Folia ta umieszczona jest pomiędzy dwoma rzędami magnesów. Dzięki takiej budowie, przetwornik (membrana) pracuje w całym swoim zakresie, co znacząco redukuje możliwość powstawania zniekształceń. Nie jest to autorskie rozwiązanie HiFiMana, podobne rozwiązania można znaleźć u innych producentów, jednak są w mniejszości lub nawet w całkowitym odwrocie. Natomiast u HiFiMana przeżywają one renesans i stanowią znaczną część oferty.

Budową słuchawki HE-4 przywodzą na myśl rozwiązania studyjne, gdzie pewna surowość (aluminiowe pałąki) przeplata się z bardzo wyrafinowanym wykończeniem (welurowe lub skórkowe muszle, opaska nagłowna z prawdziwej skóry). Kable łączące słuchawki ze źródłem są pozłacane i przykręcane do każdej ze słuchawek z osobna. W komplecie otrzymujemy bardzo długi kabel (3,2 m) z wtykiem jack 6,3 mm — gruby, dobrze ekranowany z materiałowym oplotem, a także krótszy (1,5 m) kabel z wtykiem mini-jack 3,5 mm dedykowany odtwarzaczom przenośnym. Dodatkowo producent dołączył do słuchawek zestaw wymiennych muszli z obiciem skórkowym oraz cztery końcówki wkręcane do zarobienia osobnych kabli, gdyby się okazało, że te, dołączone przez producenta nie spełniają oczekiwań słuchającego. Całość jest zapakowana w odporne, duże etui gdzie z powodzeniem mieszczą się słuchawki w komorze wyściełanej welurem oraz oba kable. Muszle słuchawek regulowane są w obu płaszczyznach co przełoży się na bardzo dobre dopasowanie do słuchającego. Jak na słuchawki, są one dość ciężkie, ich waga oscyluje w okolicach 350 gramów. Jest to podyktowane w głównej mierze zastosowanymi magnesami. Choć są zauważalnie cięższe niż dotychczas przez nas testowane słuchawki nie wpływa to jednak negatywnie na obcowanie z nimi.

Odsłuch odbywał się na dwóch wzmacniaczach, Fatman iTube MKII i Pioneer VSX-521K. Utworów przesłuchanych przeze mnie nie sposób zliczyć, ze słuchawkami spędziłem ponad miesiąc męcząc je praktycznie każdym gatunkiem muzycznym od soulu, RMB i popu przez rock, metal, na ariach operowych i symfoniach kończąc. Słuchawki sprawdziły się w 100% w każdym z nich, choć dosłownie w kilku momentach brakowało basu, który był świetnie widoczny na kolumnach podłogowych. Jako miłośnik klimatów rockowych i klasycznych gitar spróbuję nakreślić swoje odczucia na próbce kilku ulubionych utworów. Opis oczywiście nie jest w stanie oddać dokładnie wszystkich wrażeń jakich doświadczyłem podczas odsłuchu, dlatego gorąco zachęcam do sprawdzenia organoleptycznie co oferuje model HE-4.

W utworze Adele Hiding My Heart gitara brzmi świetnie, słychać szelest ubrania i przesuwanie się palców po gryfie gitary. Takich smaczków próżno szukać w czasie słuchania na zwykłych słuchawkach. Następny w kolejce to Chris Rea z albumem Auberge. Przejrzystość jest niebywała, każdy instrument z osoba jest wyraźnie słyszalny, z odpowiednim naciskiem do jego wagi muzycznej. Intro w tytułowym utworze zwala z nóg, kiedy po kolei wchodzą poszczególne instrumenty, w tle słychać kroki i pogwizdywanie. Wszystko jest wyjątkowo czyste i wyraźne. Wokal jest jakby przed instrumentami, jedno nie zagłusza drugiego. W przypadku tanich typowych słuchawek całość zlewa się w jedną masę, z której ciężko wyróżnić wokal, nie mówiąc o poszczególnych instrumentach. Z kolei płyta Nirvany – Unplugged, to po prostu miód na uszy i to w pozytywnym znaczeniu :) Transparentność przekazu jest powalająca, słychać poszczególne gitary bardzo czysto, a wokal Kurta brzmi fenomenalnie. Ma się wrażenie bycia tuż obok sceny. Pokusiłem się też na odtworzenie kilku utworów z tak zwanej wysokiej klasyki. Choć nie jestem miłośnikiem tego typu utworów, arie i symfonie brzmiały dla mnie wręcz tak jak bym słuchał ich na żywo. Duże sprzęty grające są wyśmienicie odwzorowane i rzuca się w uszy ich ciężar muzyczny (kontrabas jest cięższy od innych instrumentów szarpanych, fortepian czy organy są cięższe muzycznie niż pozostałe instrumenty).

Słuchawki HiFiMan HE-4 to produkt z naprawdę wysokiej półki. Poza świetnym wykonaniem i całkiem użytecznymi dodatkami (etui, kabel słuchawkowy mini-jack 3,5 mm, kabel słuchawkowy jack 6,3 mm, wymienne muszle, wtyki do zarobienia dodatkowych kabli) oczarują słuchaczy wyśmienitym dźwiękiem. Precyzja, przejrzystość i szczegółowość to atrybuty naprawdę dobrych słuchawek. Te właśnie odkryjemy w modelu HE-4. Nie dziwi zatem fakt, że marka podbiła uszy najpierw amerykańskich audiofili, a teraz z powodzeniem poszerza grono zadowolonych słuchaczy.

Cena oscylująca w granicy 2000 zł na pierwszy rzut oka może wydawać się horrendalna, jednak po przeanalizowaniu cen konkurencji w tym segmencie okaże się że nie jest tak źle. Dobry sprzęt do grania i słuchania wymaga odpowiednich zasobów gotówkowych. Słuchawki HiFiMan HE-4 to zdecydowanie najlepszy sprzęt z którym miałem do czynienia, nie wyobrażam sobie nawet jak mogą grać droższe słuchawki tej firmy, które z założenia mają być jeszcze lepsze :)

Avatar
aa.bb | 13.02.2012 18:27

Nie wiem po co, ale fajnie że jest tu taki "test". Szkoda że nie ma pomiarów, bo bez nich ten tekst jest właściwie bezużyteczny...

Avatar
zx (niezalogowany) | 21.02.2012 11:58

komponenty 20 zł cena 2000 zł, ludzie to wiedzą jak zarabiać kase

Avatar
Ruzby | 21.02.2012 17:00

To że ty używasz słuchawek zbudowanych z komponentów za 20 zł. to nie znaczy że każdy musi.... Zdanie rozpoczynamy wielką literą, po zł. dajemy kropkę a kase = kasę?