r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

MacBook Pro bez zbytecznych interfejsów? Konserwatyści już płaczą, ale w końcu przywykną

Strona główna AktualnościSPRZĘT

Możliwość spoglądania na postęp techniczny w komputeryzacji z perspektywy człowieka, którego pierwszym komputerem był ZX Spectrum jest całkiem miła: może to nie jest perspektywa wieczności, ale i tak pozwala zachować dystans, uodpornić na bieżące histerie. Tych ataków histerii miałem okazję naoglądać się już trochę, a teraz przeglądając nagłówki branżowych mediów (szczególnie tych związanych z Apple), widzę kolejny. Oswojeni już nieco z utratą gniazda minijack w iPhonie 7 redaktorzy wzięli się za wałkowanie kolejnego strasznego posunięcia Apple. Oto nowe MacBooki Pro miałyby zostać pozbawione większości portów. Co za czasy, co za obyczaje, jak żyć bez tych wszystkich otworów w naszych laptopach dla profesjonalistów?

Panika wzięła się z ankiety podobno rozesłanej przez Apple do niektórych swoich użytkowników, w której firma z Cupertino pyta o to, czy chcą wciąż mieć w MacBookach Pro gniazdo słuchawkowe i jak przenoszą na komputer zdjęcia z aparatów fotograficznych. Na pierwszym miejscu odpowiedź najbardziej pożądana, tj. bezprzewodowo. Wnioski wyciągnięto łatwo: oto Apple w MacBooku Pro chce zrobić to samo, co w swoim 12-calowym MacBooku, tj. pozostawić jedno złącze USB Type-C, które powinno wystarczyć każdemu (do czasu, aż się wymyśli dobre indukcyjne ładowanie baterii, wtedy i ono zniknie).

r   e   k   l   a   m   a

Pewnie właśnie coś takiego stanie się właśnie tej jesieni, przy okazji premiery MacBooka Pro czwartej generacji. Już teraz pojawiły się opinie, że Apple strzela sobie w stopę, a nawet że wręcz to koniec Jabłka w segmencie laptopów premium, bo pozbywając się większości interfejsów (niech przypomnę, MacBook Pro 3. generacji ma dwa złącza Thunderbolt 2, dwa złącza USB 3.1, wyjście HDMI, slot kart SDXC oraz analogowe złącze audio), stanie się „bezwartościowy” dla profesjonalistów. Profesjonaliści zaś nie łykną tak łatwo propagandy „emejzingu”, jak użytkownicy iPhone’a 7, widząc wykastrowanego ze złącza nowego MacBooka Pro krzykną zbiorowo – dość tego!

I co dalej?

Kupią sobie laptopa z Windowsem? Podobno są takie modele, które uważane są za lepsze od MacBooków Pro. Może i są lepsze, ale na czym ta lepszość polega? Czy aby nie na tym samym, co „lepszość” niektórych androidowych flagowców, które porównuje się z iPhonem parametr do paramertru? Mój Android ma 10 rdzeni, twój iPhone ma ich tylko cztery. Mój Android ma 4 GB RAM, twój iPhone ma tylko 3 GB RAM. Świetnie. Zupełnie jak na forach militarnych, gdzie ekscytujemy się kalibrami armat czołgów, jakby zapominając, że porównywanie czołgu do czołgu w warunkach realnej wojny jest kompletnie bez sensu.

MacBook Pro jest po prostu finalnym produktem, a nie jakimś komputerem osobistym, na którego wgrano OEM-ową wersję Windows. MacOS jest bardziej rozszerzonym firmware tego produktu, niż systemem operacyjnym stworzonym przez ludzi, którzy z samym komputerem niewiele mieli wspólnego. I ta różnica właśnie sprawia, że ludzie nie mający ochoty na potyczki ze sprzętem, systemem, oprogramowaniem, wybierają produkty Apple, by zrobić to co mieli zrobić. A gdy Apple stwierdza, że teraz będzie się to robiło trochę inaczej, to chrząkając i narzekając, w końcu się uginają. Bo jaką mają alternatywę?

Tak, prawda, niedawno Microsoft poszedł w ślady Apple, zobaczyliśmy te całkiem fajne i dopracowane urządzenia Surface, jakość prima sort, cena należycie wysoka, zapewne też Windows 10 i Microsoft Office działają na tym świetnie. Ale jak na Surface działa Logic Pro, Garage Band czy Final Cut Pro? Jak Windows 10 komunikuje się z iPhonem? Jak wyglądają zmagania z Cygwinem, Node.js czy gemami Ruby na Windowsie? Inny świat, zupełnie inne (zwykle gorzej zoptymalizowane) narzędzia, makowy czy uniksowy zaawansowany użytkownik w świecie Windowsa długo będzie raczkował, a idiosynkrazje „okienek” szczególnie tych najnowszych, przyprawią go o palpitacje serca.

Dla kogoś, kto pracował jakiś czas z Makiem łatwej drogi na Windowsa po prostu nie ma, a głównym konkurentem produktów Apple są inne produkty Apple. Nawet jeśli ceną pozostania z nimi będzie konieczność zmiany niektórych przyzwyczajeń. To co Apple przedstawia na swoich prezentach jako zachwycającą, magiczną wizję przyszłości, z czasem staje się codziennością dla wszystkich, także na PC. Kompleks MacBooka Air, na jaki zachorowali praktycznie wszyscy producenci pecetów, pokazał to ostatnio bardzo wyraźnie, ale tak było wcześniej.

Pecetowe OEM-y nigdy bowiem nie miały odwagi, by porzucić starsze rozwiązania. Gdyby nie Apple, wciąż byśmy mieli na rynku tylko grube laptopy z mnóstwem złączy, napędem optycznym, złączem RS-232C, Firewire i innymi atrakcjami. A tak? Gdy w 1998 roku pojawił się pierwszy iMac bez stacji dysków (notabene stacji dysków, do której upowszechnienia Apple przyczyniło się w 1978 roku), branża była w szoku, też mówiono o tym, że gadaniem o „emejzingu” Apple chce zasłonić bezsensowną decyzję – bo jak będziemy przenosili pliki? Gdy w 2012 Apple uznało napęd optyczny za zbędny, kompletnie rezygnując z jego montowania w swoich komputerach, słychać było płacze, co to za życie bez możliwości odtwarzania płyt DVD – jak będziemy oglądali filmy, jak instalowali oprogramowanie?

Teraz, gdy z iPhone’a 7 zniknęło złącze słuchawkowe minijack, setki tysięcy ludzi podpisało petycję #SaveJack, bo przecież elektroniczne śmieci, Apple nie dba o środowisko, a nasze stare słuchawki (stare dyskietki) wciąż są dobre. Może i dobre, ale lepsze wrogiem dobrego. Przyzwyczaicie się.

Tak samo przyzwyczaicie się do świata niemal całkowicie bezprzewodowych interfejsów i nowego MacBooka Pro. Za chwilę bowiem nie będzie innych pecetowych laptopów, nie będzie na co się przesiadać. OEM-y nie są zdolne do kreatywnego myślenia na większą skalę, zobaczymy więc wysyp tych wszystkich *booków (Elite, Ultra, Zen, Hyper, Surface i co tam jeszcze – bo nawet w nazwie nie potrafią być oryginalni), które będą miały pewnie co najwyżej ze dwa złącza USB Type-C, i to może bez wbudowanego Thunderbolta. Nie wierzycie? Specyfikacja HDMI po USB 3.1 już opracowana. Najwyżej kupicie przejściówkę do starego monitora.

Reasumując, nie, Apple nie strzeliło sobie nigdy w stopę. Ktoś musi w tej branży być innowacyjny, a że konserwatyści będą cierpieć, to tym lepiej, generowany przez nich szum medialny tylko napędza zainteresowanie produktem.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.