r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

„Mamy tylko kilka sztuk”, czyli jak Apple śmieje się Polakom w twarz

Strona główna AktualnościBIZNES

Karimaty koczujących pod sklepami, handel miejscami w kolejkach, masowa histeria i fotki pierwszych szczęśliwych posiadaczy. Tak wyglądają premiery Apple na świecie. W Polsce sprzedawcy starają się wywołać podobne zainteresowanie – spieszcie się, bo inaczej znajomi już będą mieli, a wy zostaniecie na lodzie. Twitter iSpota dokumentuje, że cała Warszawka przebiera nogami od północy, bo lans w stolicy to sprawa śmiertelnie poważna. My z prowincji też wybraliśmy się dziś z rana do salonu w ścisłym centrum Wrocławia, żeby poczuć się jak w wielkim świecie. Podejście było normalne, znaczy jak się uda – kupimy, chętnie kilka sztuk. Jak nie, będą zdjęcia i temat na newsa. Jak to wyglądało?

Tłum, jak widać na zdjęciu. Sprzętu brak, zainteresowanie zerowe, wziąłem więc kawę (nie ze Starbucksa, do najbliższego w taką pogodę było za zimno) i siadłem obok. Myślę sobie, zobaczymy co się będzie działo. Nie działo się nic, więc zacząłem dzwonić po innych sklepach. Może w tym szarańcza zjadła już wszystko i bladym świtem przeniosła się w inne miejsca. Zrezygnowany sprzedawca w innym salonie po chwili luźnej rozmowy (też nie wyglądało, jakby z powodu premiery był zarobiony po łokcie) przepraszając przyznał, że dostali tylko kilka sztuk i nie starczy nawet dla tych, co zamówili w przedsprzedaży. Konspiracyjnie dodał, że może jak nie odbiorą do końca dnia, będzie mógł sprzedać spod lady. Totalna umieralnia, widać nawet tym, co kupili online, nie bardzo spieszyło się odebrać zamówienia.

Jaki z tego wniosek? Widać, że na prowincji entuzjazm przeciętny. Nieliczni, co mają konkretną intencję zakupową, mimo braku kolejek i tak sprzętu kupić nie mogą, bo go nie ma. Pojedyncze sztuki jak na spore miasto Wrocław to ponury żart. Żart producenta z klientów w kraju za oceanem, których potraktował jak w ZOO. Rzucił kilka okruszków na kopiec i patrzy, jak głupie mrówki walczą o pierwszeństwo. Rozumiem regułę niedostępności, którą Apple kieruje się w marketingu produktów. Jeśli jednak przy kompletnych pustkach w sklepie nie możemy kupić ani jednej sztuki, znaczy że coś tu śmierdzi.

r   e   k   l   a   m   a

Wygląda to na rzeczywistość równoległą. Galeria pełna ludzi, widać weekendowy luz (w końcu piątek przed południem, co we Wrocławiu oznacza już fajrant), okoliczne butiki pełne gwaru, a w dzień dużej premiery sklep z produktami Apple raczej pusty. Nie widać fanów, nie widać klientów wychodzących co chwilę z pudełkami i bananem na twarzy. Ogólnie smutno, kawa się skończyła, więc zostało wrócić do redakcji i przedyskutować sprawę.

Teorii pojawiło się oczywiście kilka. Nasz redakcyjny fanboy uznał, że każdy prawdziwy miłośnik wie, że w dniu premiery i tak nie uda się niczego kupić, więc zamawia online bezpośrednio w Apple. Brak tłumów kompletnie go nie zdziwił, bo przecież wiadomo, że skoro premiera, to sprzętu nie będzie i tylko naiwni pójdą do sklepów. A że naiwnych we Wrocławiu mniej niż w Warszawie, to widok ze zdjęcia nie dziwi. Wszystko proste i logiczne, prawda?

Moja teoria jest jednak taka, że Apple działa u nas jak Microsoft przed laty. Zamerykanizowane korpodrony wywożą walizki z dolarami za ocean i co jakiś czas przeliczają, czy stosunek współczynnika lansu do siły nabywczej narodu zmienił się już na tyle, żeby zadzwonić do centrali po posiłki. W międzyczasie klientów traktuje się jak bydło i wmawia się, że dlatego ciężko kupić, bo skoro każdy Kowalski chce mieć przed Malinowskim, to dla wszystkich nie starcza. A co wy sądzicie?

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.