r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Mark Shuttleworth: nie ma miejsca dla malkontentów w społeczności Ubuntu. Nie podoba się? Odejdźcie

Strona główna Aktualności

Dawno już nie było tak głośno wokół Ubuntu i Canonicala. Wydanie wersji systemu skrojonej na urządzenia mobilne, debaty nad przejściem na model wydawniczy rolling-release (czyli taki, w którym systemowe oprogramowanie jest aktualizowane na bieżąco), a wreszcie decyzja o porzuceniu serwera wyświetlania X.org, jak i kandydata na jego następcę – Waylanda (by rozwijać własny projekt o nazwie Mir) sprawiły, że w światku FLOSS huczy. I nie są to dźwięki przyjazne dla szefa Canonicala, Marka Shuttlewortha.

Przyparty do muru Shuttleworth wziął działania swojej firmy w obronę. Opublikował w tym tygodniu na swoim blogu kilka wpisów, które wyjaśniają politykę Canonicala, zarazem pokazując, że Ubuntu to Ubuntu – i nie ma co mierzyć go miarkami innych, hobbystycznych dystrybucji.

Przede wszystkim szef Canonicala radzi wszystkim krytykom, niezadowolonym z tego, co się dzieje z Ubuntu, by sobie znaleźli inny system. Nikt im nie każe korzystać z tego systemu, nie muszą też zatruwać atmosfery dyskusji swoim jadem. Ubuntu nie jest projektem sterowanym przez społeczność, taki model rozwoju zdaniem Shuttlewortha nie sprawdza się bowiem w projektach tak ambitnych jak jego system operacyjny. Istnieje wiele czysto społecznościowych dystrybucji. No i patrzcie, są one pełne politykierstwa, złośliwości, frustracji, przekupstwa i rozczarowań – napisał.

Samego siebie Shuttleworth postrzega jako przywódcę, który w 2009 roku podjął się zadania, którego żadna z istniejących opensource'owych społeczności podjąć nie mogła – rzucenia wyzwania firmom produkującym własnościowe oprogramowanie. Takie zadanie wymaga dalekosiężnego spojrzenia, i choć szef Canonicala przyznaje, że zdaje sobie sprawę z tego, że wprowadził rozłamowe zmiany do świata Linuksa, to miał do tego dobre powody – chciał stworzyć opensource'owy system operacyjny, który będzie liderem zarówno na rynku klienta indywidualnego jak i klienta biznesowego. To nie jest system dla informatycznych hipsterów, za wszelką cenę pragnących być innymi niż reszta: najgłupszą rzeczą, jaką bystra osoba może powiedzieć jest – Linux powinien być trudny, aby być niedostępnym. Shuttleworth chce, by wolne oprogramowanie stało się normą, a nie wyjątkiem.

Dostało się też zwolennikom przekształcenia Ubuntu w dystrybucję rolling release. Dla Shuttlewortha takie wydania nie są prawdziwymi wydaniami, nie są więc czymś, z czego Ubuntu mogłoby korzystać. Możliwe jest jednak przyspieszenie cyklu wydawniczego, tak jak kiedyś Mozilla przyspieszyła wydawanie Firefoksa, na pewno też będzie kontynuowana praktyka aktualizowania wydań LTS, tak by wprowadzać do nich nowe sterowniki i oprogramowanie.

Finalnie Shuttleworth wypowiedział się w sprawie pozostałych odmian *buntu, które w obecnej sytuacji wydają się być pozostawiane na lodzie. Zapewnił, że odmiany te są dla rodziny Ubuntu bardzo ważne, że przynoszą różnorodność i czynią system bardziej interesującym – mogąc przy tym korzystać ze skoncentrowanego, intensywnego rozwoju głównej platformy, przeznaczonej do masowego odbiorcy. Przykładem efektów takiego skoncentrowanego rozwoju ma być właśnie nowy serwer wyświetlania Mir, na którym według szefa Canonicala świetnie powinien działać KWin – menedżer okien środowiska KDE.

Deklaracje Shuttlewortha mogą jednak w tym wypadku nie mieć żadnego pokrycia. Kwestię zgodności KWin/KDE z Mirem podjął na swoim blogu opiekun tego menedżera, Martin Gräßlin. Napisał on, że żadnego wsparcia dla Mira w KWin nie będzie, ponieważ byłoby to niezgodne z polityką KDE – nie są przyjmowane żadne łatki zawierające kod specyficzny dla jednej dystrybucji czy systemu. Może kiedyś, jeśli Mir stanie się dostępny na innych dystrybucjach, Gräßlin wycofa swoje weto. Na to jednak się nie zanosi, sądząc po oszałamiającym sukcesie Unity na innych niż Ubuntu dystrybucjach. W praktyce to bardzo zła wiadomość dla Kubuntu, oznacza ona, że twórcy tej zorientowanej na KDE dystrybucji będą musieli w przyszłości samodzielnie przenosić pakiety X.org z Debiana, gdyż z Mira przecież nie skorzystają.

Przywódca więc czy megaloman? Na pewno Shuttlewortha nie jest łatwo jednoznacznie sklasyfikować. Bez względu na Waszą, naszą i linuksowej społeczności opinię o nim, robi on jednak coś, czego nie robi nikt inny – i choćby z tego powodu warto mu dobrze życzyć. W końcu nie jest tak, że deweloperzy Mira to ludzie, którzy wcześniej pisali X.org czy Waylanda, a teraz pod lufą karabinu zostali zmuszeni do niewolniczej pracy w Canonicalu. Ci ludzie robią to, co lubią – nawet jeśli nie podoba się to linuksowemu mainstreamowi.

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.