Jedna przeglądarka – która?

Zastanawiałem się ostatnio, czy możliwe jest posiadanie w systemie jednej tylko przeglądarki, a jeżeli tak, to która by to miała być? Oczywiście mam na myśli użytkowników nieco bardziej rozgarniętych, niż moja ciocia, która nawet nie wie, jaką przeglądarką się posługuje i której zdolność do korzystania, na przykład ze Skype, polega na realizacji instrukcji zapisanej na kartce:
a) kliknąć dwa razy na obrazek telefonu (taką ikonę jej wykombinowałem dla Skype),
b) kliknąć dwa razy na napis „Zdzisław” (obok jego zdjęcia) i jak się zgłosi – mówić.

A jak wygląda to u mnie?
Był taki czas, w którym namiętnie pisałem strony internetowe – wtedy niezbędne było podglądanie wyników pracy w 4-5 przynajmniej przeglądarkach. Ale pisanie stron interesuje mnie już coraz mniej, a może i wcale – ograniczam się tylko do modyfikowania treści już istniejących oraz prowadzenia bloga – a i przeglądarki w sposób jako tako zbliżony wyświetlają strony www, więc…

I tak doszedłem do wniosku, że po reinstalacji systemu, nie będę już potrzebował czterech czy pięciu przeglądarek i chętnie ograniczyłbym się do jednej.

Lubię Operę!

Tanie wina są dobre, bo są dobre i tanie – głosi stara prawda ludowa, a ja lubię Operę, bo mi się podoba.
Jestem dziwakiem (ostatecznie nick zobowiązuje) – w odróżnieniu od większości Polaków czytam wszelkie instrukcje obsługi i podręczniki, dzięki którym mogę się dowiedzieć, w jaki sposób mam zrobić dobrze to, co chcę, albo muszę, zrobić. Lubię też konfigurować, dostosowywać do swoich potrzeb, modyfikować, ale tych, którzy w tym momencie zechcieliby spytać mnie, czemu w takim razie nie zainteresuję się bliżej Linuksem informuję, że jest jednak pewna różnica pomiędzy hobby, czy nawet nieszkodliwym dziwactwem, a patologią i opętaniem, a więc… Opera – tak, Linuksy – nie.

Wygląd Opery to kwestia skórki, a że są ich pewnie tysiące, to i każdy coś stosownego dla siebie znaleźć może. Moja ulubiona wygląda tak:

I dalej nie mogę pojąć, czemu skórek nie ma do IE i czemu nadal Microsoft uważa za najładniejszy kolor bladoniebieskoglutowy, ale mniejsza z tym.

O Operze często mówi się i pisze, że jest lekka i szybka. Dają się też słyszeć głosy, że obrasta w jakieś dziwne, nikomu do niczego niepotrzebne moduły.

HTML 5 – i żyli sobie długo i szczęśliwie…

Moim niezwykle skromnym zdaniem 5 nie było i nie jest lekiem na całe zło, podobnie jak X. XHTML miało być cudownym rozwiązaniem wszystkich bolączek Internetu, webmasterów, internautów itp. Tak się nie stało. Prawdopodobnie burza w szklance wody w przypadku HTML 5, potrwa nieco dłużej, ale na jakieś cuda (oczekiwane, prorokowane, wymarzone) raczej bym nie liczył. HTML 5 nie zawiera już żadnych elementów prezentacyjnych – zła wiadomość dla tych, którzy jeszcze nie opanowali tajników kaskadowych arkuszy stylów (Cascading Style Sheets, CSS).

HTML 5 ma być kompatybilny wstecz, co oznacza, że ujednolicone zostaną wreszcie sposoby i metody wyświetlania stron zawierających błędy. Oczywiście przez przeglądarki, które w pełni HTML 5 obsługiwać będą. Bo z czasem pewnie okaże się, że obsługują wszystkie, ale nie do końca, albo trochę po swojemu. Rozliczne problemy z porozumieniem producentów wiodących przeglądarek, np. odnośnie HTML 5 Canvas, a dokładniej użycia i zastosowania tych samych kodeków, dają pewien przedsmak tego, co nas czeka.

Trudna sztuka komunikacji

Ktoś tam, gdzieś tam, zapytał, czy czymś tam czuję się urażony, a dzięki temu zrozumiałem, że różnice sięgają daleko głębiej, niż mi się wydawało. Przypomniałem też sobie spektakl teatralny, który oglądałem kiedyś w towarzystwie pewnego obcokrajowca, który po polsku nie rozumiał ani jednego słowa – obaj widzieliśmy to samo, obaj słyszeliśmy to samo, ale…

Ale od początku. Komunikacja nie jest – wbrew pozorom – umiejętnością wygłaszania komunikatów, ale zdolnością do przekazywania i odbierania informacji w bezpośrednim kontakcie z drugą osobą. I jest to stosunkowo proste pod warunkiem, że osoby te są dojrzałe. Rzecz jasna nie chodzi tu o wiek metrykalny, lecz o wyzbycie się cech i postaw typowo dziecinnych, a zwłaszcza egocentryzmu. Egocentryk to człowiek oceniający wszystko z własnego punktu widzenia. Egocentrykami małe dzieci są w sposób naturalny i niejako automatycznie.

Firefox, czyli… Czarne jest białe! A jeśli w to nie wierzysz…

Pamiętam obrazek, który kiedyś, dawno temu widziałem na demotach, opatrzony podpisem: Islam. Jesteśmy religią pełną miłości i spokoju. Jeśli w to nie wierzy... . Tylko czemu przypomniał mi się on teraz, kiedy chciałem napisać o przeglądarce?

Pojawiła się nowa wersja przeglądarki Mozilli, opatrzona numerem 9.0. Oczywiście lepsza, szybsza, bardziej wydajna, z poprawkami, bla, bla, bla, a więc postanowiłem wypróbować. I po raz drugi czuję się, jak człowiek, którego traktują jak idiotę, próbując wmówić mu, że czarne jest białe. Po raz drugi, bo pierwszy raz miał miejsce dość dawno temu – pewien wyznawca starał się mnie przekonać, że Windows XP, który zajmował na moim dysku (razem z pakietem Office) ok. 1,5 GB jest dużo większy, niż jakiś Linux, który po instalacji zajmował 5,4 GB. I nie chodziło bynajmniej o jądro systemu.

A wracając do Firefoxa, to może warto zapytać: jeśli jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? Bo pleść androny można sobie do upadłego, ale wyniki pomiarów (pamięć i procesor) wyglądają jak niżej.

TuneUp Utilities – najlepszy z najlepszych

Hasło „komputer” zawsze kojarzyło mi się z czymś logicznym, sensownie zorganizowanym i uporządkowanym. Kiedy jednak dostałem swój pierwszy PC (czasy Windows 95 i 98) przekonałem się, jak bardzo się myliłem. Okazało się, że pliki, które wyobrażałem sobie poukładane równiutko, jak książki w bibliotece, przypominają raczej garść błota, którą ktoś z całej siły cisnął o mur, czyli rozpryski w każdą możliwą stronę. Tak to było po instalacji, bo z czasem, na skutek normalnego użytkowania komputera, było coraz gorzej.

Stosunkowo szybko zorientowałem się też, że nie zawsze pasują mi rozwiązania Microsoftu i czasem chcę mieć coś inaczej, po swojemu. Wtedy zacząłem używać Tweak UI – niewielkiego narzędzia, które jest także częścią zastawu Microsoft Power Toys.

Z czasem zmieniałem maszyny na coraz lepsze i nowocześniejsze, rosły też moje wymagania i potrzeby dostosowywania, usprawniania, sprzątania i optymalizowania systemu Windows.

Boże! Kim ja jestem???

O utracie tożsamości w Internecie Meszuge rozmawia z Nomen Nescio.

Nomen Nescio – Na Boga! Człowieku, powiedz mi, kim ja jestem?! Wszystko mi się już pomieszało…

Meszuge – Skąd mam wiedzieć, kim jesteś? Nie znam cię. Ale opowiedz może, co się stało, bo na razie nie wiem, jak miałbym ci pomóc.

NN – Kiedy zacząłem udzielać rad na temat diety w połogu, wszystko jeszcze było OK…

M – Jesteś zatem położnikiem?

NN – Nie, nie! To wtedy, kiedy byłem kobietą.

M – Co takiego? Zmieniłeś płeć?

NN – Ale tylko na chwilę, bo później pisałem z jakimś gościem o powiększaniu…

M – Stop! Ja się już w tym gubię. Zacznij może od samego początku i opowiadaj po kolei.

NN – Kiedy podłączyli mi laptopa do Internetu, kilku znajomych przestrzegało, żebym nigdy i nigdzie nie podawał swoich prawdziwych danych. No, chyba, że inaczej się nie da, na przykład na stronie banku. Bo podawanie prawdziwych informacji o sobie podobno nie jest ani roztropne, ani bezpieczne. W porządku, tak zrobiłem.

Logitech G300 i wstępni krewni

Nazwa „mysz” (z ang. mouse) po raz pierwszy pojawiła się – jeśli się nie mylę – w 1965 roku, w publikacji Billa Englisha „Computer-Aided Display Control”, jednak idea urządzenia narodziła się nieco wcześniej. Za jej ojca uznaje się Douglasa C. Engelbarta, amerykańskiego naukowca i wynalazcę norweskiego pochodzenia, który we wczesnych latach sześćdziesiątych, kiedy to związany był z Stanford Research Institute, otrzymał kontrakt z Biura Badań Naukowych Sił Powietrznych na szeroko zakrojone badania nad możliwościami zwiększenia intelektu człowieka oraz wykorzystania potencjału komputerów w procesach decyzyjnych. Urządzenie wskazujące było rzecz jasna tylko niewielkim elementem tego przedsięwzięcia. Pierwsza mysz miała jeden przycisk (później trzy), a wykonano ją po prostu, z drewnianego klocka.

Engelbart uzyskał patent na swoje urządzenie w roku 1967, albo 1970 – różne źródła podają różne informacje na ten temat; w każdym razie nigdy nie otrzymał z tego tytułu żadnych tantiem. Engelbart twierdził, że „wskaźnik pozycji X-Y w systemach wyświetlania” (na taką nazwę opiewał patent) nazwano myszą

Nihil novi...

… czyli: jak znana, szanowana firma spaprała sobie opinię.

Określenie stary portfel usłyszałem po raz pierwszy od babci, jeszcze za tak zwanej komuny. Wyjaśniła mi, że chodzi o typową arogancję komunistycznej władzy i przekonanie jej decydentów, że ze starymi ludźmi nie potrzeba się liczyć w żaden sposób – można im dać głodowe renty i emerytury, a i tak nie podskoczą – nie dysponują przecież żadną realną siłą ekonomiczną, czy polityczną.
Kolejny etap – wyższe pensje dla nowo przyjmowanych pracowników, niż dla tych ze stażem i doświadczeniem – obserwowałem już sam. Pamiętam też bezczelny i drwiący rechot kadrowca i jego słowa: jak wam się nie podoba, to się pozwalniajcie!

Czasy się zmieniły, komuny nie ma od ponad dwudziestu lat, firmy prowadzą zupełnie inną politykę, przynajmniej jeśli chodzi o podejście do klienta, bo nawet Orange (ich stronę uważam za najgorszą z tych, z których muszę korzystać) oferuje starym

Znajomi nieznajomi

- Dokąd idziecie, gdzie się wybieracie? – pytałem wychodzących z domu rodziców.
- Do znajomych, na kawę – padała często odpowiedź – na brydża do znajomych.

Za moich czasów (cokolwiek to znaczy) nie było problemów ze sprecyzowaniem, kto znajomym jest, a kto nie. I jaki to jest poziom znajomości. Oczywiście nie ulegało wątpliwości, że znajomych się zna (teraz to chyba nie jest takie oczywiste) oraz utrzymuje z nimi osobiste kontakty. Zwykle w miarę regularne.

Znajomi, to ludzie, których odwiedzaliśmy (a oni nas) na zaproszenie. Bliscy znajomi mogli wpadać „na kawę” bez zaproszenia. Dalecy znajomi to tacy, których spotykaliśmy u znajomych ale (jeszcze) u nich nie bywaliśmy. Zdarzali się ponadto byli znajomi – ludzie, z którymi kiedyś utrzymywaliśmy kontakty, ale teraz, od dawna już nie. Z dowolnego powodu, choćby ze względu na „pewien niesmak”*, albo dlatego, że wyprowadzili się do innego miasta/państwa i kontakt się urwał.
Przyjaciel to był ktoś, kto mógł przyjść w środku nocy i poprosić o przenocowanie, bo się z żoną pokłócił.