Boże! Kim ja jestem???

O utracie tożsamości w Internecie Meszuge rozmawia z Nomen Nescio.

Nomen Nescio – Na Boga! Człowieku, powiedz mi, kim ja jestem?! Wszystko mi się już pomieszało…

Meszuge – Skąd mam wiedzieć, kim jesteś? Nie znam cię. Ale opowiedz może, co się stało, bo na razie nie wiem, jak miałbym ci pomóc.

NN – Kiedy zacząłem udzielać rad na temat diety w połogu, wszystko jeszcze było OK…

M – Jesteś zatem położnikiem?

NN – Nie, nie! To wtedy, kiedy byłem kobietą.

M – Co takiego? Zmieniłeś płeć?

NN – Ale tylko na chwilę, bo później pisałem z jakimś gościem o powiększaniu…

M – Stop! Ja się już w tym gubię. Zacznij może od samego początku i opowiadaj po kolei.

NN – Kiedy podłączyli mi laptopa do Internetu, kilku znajomych przestrzegało, żebym nigdy i nigdzie nie podawał swoich prawdziwych danych. No, chyba, że inaczej się nie da, na przykład na stronie banku. Bo podawanie prawdziwych informacji o sobie podobno nie jest ani roztropne, ani bezpieczne. W porządku, tak zrobiłem.

Logitech G300 i wstępni krewni

Nazwa „mysz” (z ang. mouse) po raz pierwszy pojawiła się – jeśli się nie mylę – w 1965 roku, w publikacji Billa Englisha „Computer-Aided Display Control”, jednak idea urządzenia narodziła się nieco wcześniej. Za jej ojca uznaje się Douglasa C. Engelbarta, amerykańskiego naukowca i wynalazcę norweskiego pochodzenia, który we wczesnych latach sześćdziesiątych, kiedy to związany był z Stanford Research Institute, otrzymał kontrakt z Biura Badań Naukowych Sił Powietrznych na szeroko zakrojone badania nad możliwościami zwiększenia intelektu człowieka oraz wykorzystania potencjału komputerów w procesach decyzyjnych. Urządzenie wskazujące było rzecz jasna tylko niewielkim elementem tego przedsięwzięcia. Pierwsza mysz miała jeden przycisk (później trzy), a wykonano ją po prostu, z drewnianego klocka.

Engelbart uzyskał patent na swoje urządzenie w roku 1967, albo 1970 – różne źródła podają różne informacje na ten temat; w każdym razie nigdy nie otrzymał z tego tytułu żadnych tantiem. Engelbart twierdził, że „wskaźnik pozycji X-Y w systemach wyświetlania” (na taką nazwę opiewał patent) nazwano myszą

Nihil novi...

… czyli: jak znana, szanowana firma spaprała sobie opinię.

Określenie stary portfel usłyszałem po raz pierwszy od babci, jeszcze za tak zwanej komuny. Wyjaśniła mi, że chodzi o typową arogancję komunistycznej władzy i przekonanie jej decydentów, że ze starymi ludźmi nie potrzeba się liczyć w żaden sposób – można im dać głodowe renty i emerytury, a i tak nie podskoczą – nie dysponują przecież żadną realną siłą ekonomiczną, czy polityczną.
Kolejny etap – wyższe pensje dla nowo przyjmowanych pracowników, niż dla tych ze stażem i doświadczeniem – obserwowałem już sam. Pamiętam też bezczelny i drwiący rechot kadrowca i jego słowa: jak wam się nie podoba, to się pozwalniajcie!

Czasy się zmieniły, komuny nie ma od ponad dwudziestu lat, firmy prowadzą zupełnie inną politykę, przynajmniej jeśli chodzi o podejście do klienta, bo nawet Orange (ich stronę uważam za najgorszą z tych, z których muszę korzystać) oferuje starym

Znajomi nieznajomi

- Dokąd idziecie, gdzie się wybieracie? – pytałem wychodzących z domu rodziców.
- Do znajomych, na kawę – padała często odpowiedź – na brydża do znajomych.

Za moich czasów (cokolwiek to znaczy) nie było problemów ze sprecyzowaniem, kto znajomym jest, a kto nie. I jaki to jest poziom znajomości. Oczywiście nie ulegało wątpliwości, że znajomych się zna (teraz to chyba nie jest takie oczywiste) oraz utrzymuje z nimi osobiste kontakty. Zwykle w miarę regularne.

Znajomi, to ludzie, których odwiedzaliśmy (a oni nas) na zaproszenie. Bliscy znajomi mogli wpadać „na kawę” bez zaproszenia. Dalecy znajomi to tacy, których spotykaliśmy u znajomych ale (jeszcze) u nich nie bywaliśmy. Zdarzali się ponadto byli znajomi – ludzie, z którymi kiedyś utrzymywaliśmy kontakty, ale teraz, od dawna już nie. Z dowolnego powodu, choćby ze względu na „pewien niesmak”*, albo dlatego, że wyprowadzili się do innego miasta/państwa i kontakt się urwał.
Przyjaciel to był ktoś, kto mógł przyjść w środku nocy i poprosić o przenocowanie, bo się z żoną pokłócił.

O trudnej sztuce dokonywania wyborów

I znowu zbliżają się wybory i znowu wiele osób pyta mnie, na kogo będę głosował? Sama idea wydaje mi się z lekka durnowata, bo wynika z absurdalnego założenia, że większość obywateli jest rozsądna, ale mniejsza z tym…
A głosował będę na mniejszość niemiecką. Uprzedzając kolejne pytanie odpowiadam, że nie, nie jestem Niemcem, ale doszedłem do wniosku, że jeżeli wygrają ci z mniejszości niemieckiej, to przynajmniej o swoich będą się troszczyć, natomiast jak wygrają nasi, polscy politycy, to – jak zawsze – troszczyć się będą wyłącznie o siebie.
Poza tym… jest pewna szansa, że mniejszość niemiecka będzie popierała Stowarzyszenie Obrońców Monte Cassino z przekonania, a nie z powodu żenujących luk w wykształceniu na poziomie podstawowym. 

Koszmarny sen miałem…

Koszmarny sen miałem ubiegłej nocy... I - wbrew pozorom - wcale nie śnił mi się znakomity program Firefox, ale wręcz przeciwnie, IE9. Na ekranie monitora kolejny raz pojawił się widoczny na zdjęciu komunikat: Na skutek problemu z tą stroną sieci Web karta została zamknięta i ponownie otwarta.

Ze wszystkich stron, które odwiedzam, w ten sposób Internet Explorer 9 reaguje tylko i wyłącznie na vortalu DP, a mnie się przyśniło, że także i na innych stronach www, a więc że znowu nie ma dla mnie żadnej bezproblemowo działającej przeglądarki.
 

Pokonaj ograniczenia ekranu, a niemożliwe stanie się możliwe!

Urodziłem się w czasach, w których na podłączenie telefonu (oczywiście stacjonarnego – żadnych innych nie było, więc wtedy nawet nikt nie nazywał ich stacjonarnymi, bo i po co?) czekało się kilkanaście lat w mieście wojewódzkim, ale bywały miejscowości, w których nie przyjmowano zgłoszeń na żaden określony termin. Terminy te skracały się sukcesywnie w miarę upływu czasu, a kiedy zbliżyły się do lat pięciu, pewnego razu stwierdziłem, że jeszcze się doczekam, aż będą chodzić po domach i prosić się, żebym zechciał telefon – uznano mnie wtedy za szaleńca. Kila lat później, może kilkanaście, doczekałem się.
Doczekałem się telefonów komórkowych, które można kupić w spożywczym supermarkecie, o których mówiono, że są i pozostaną narzędziem wielkiego biznesu, a w codziennej praktyce nie mają racji bytu.
Doczekałem się też komputerów i Internetu…

Mój pierwszy komputer (Commodore C64) nie był podłączony do Internetu – pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku Internet w Polsce nie istniał w żadnej formie.

Windows 8? Chyba jednak niekoniecznie…

Windows Developer Preview English, 64-bit (x64). Obraz (3,6 GB) ściągał się prawie pół godziny. Instalacja trwała 13:40 min. Niezbędne okazało się podanie adresu e-mail w usłudze Windows Live, lub zalogowania w tej usłudze w jakiś inny sposób (Live ID). Być może dało się to jakoś obejść, ale zbyt namiętnie nie szukałem. Po instalacji system zajmuje 15,5 BG.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to ekran z klockami, czy kafelkami (ang. tiles), czyli sławetny interfejs Metro:

Ale uwaga! To nie jest pulpit. Pulpit można włączyć klikając stosowny klocek (kafel). Menu Start (na obrazku rozwinięte, ale normalnie takie nie jest) nie jest właściwie Menu Start w tym znaczeniu, do którego przyzwyczaili się użytkownicy systemów Windows. Wygląda na to, że jego głównym zadaniem jest przełączanie ekranu z klockami (kafelkami) na pulpit i odwrotnie.

Kiedy wyświetlany jest pulpit, komputer zachowuje się w sposób zbliżony do wersji poprzednich. Na ekranie z klockami i po ich kliknięciu przydaje się bardzo PPM, bo często menu tego, co jest wyświetlane, pojawia się tylko po prawokliku.

Laptop? Dziękuję – nie! Ale może kiedyś…

Użytkownicy systemów operacyjnych opartych o jądro Linux, a dokładniej to chyba tylko niewielki ich odsetek (tak zakładam i taką mam nadzieję), bo chodzi mi o tych nachalnych, agresywnych, aroganckich, usiłujących swoimi preferencjami uszczęśliwić na siłę i bez przebierania w środkach całą resztę świata – wbrew jej woli zresztą – swoją postawą zniechęcili do tych systemów tak wiele korzystających z komputerów osób i tak niesamowicie skutecznie, że największy wróg Linusa Torvaldsa nie zrobiłby tego lepiej. Po raz kolejny w życiu, ale może pierwszy raz na taką skalę w branży IT, zadziałała stara zasada: przymus i wciskanie komuś czegoś nieomalże „na silę” zawsze rodzi opór, bunt i niechęć. Kilka dni temu dokładnie tak się poczułem odwiedzając sklepy komputerowe.

Znajoma planująca zakup komputera poprosiła mnie o rozpoznanie sytuacji w tym temacie.

The Bat! - mój ulubiony klient poczty elektronicznej

The Bat! (Nietoperz!) jest komercyjnym, płatnym, klientem poczty elektronicznej produkcji mołdawskiej firmy RitLabs, a głównie dwóch programistów Stefana Tanurkowa i Maksima Masiutina, którzy napisali go w Delphi dla platformy Windows. Pierwsze w pełni stabilne wydanie (1.00 build 1310) pojawiło się w marcu 1998 roku, choć beta dostępna była już rok wcześniej.

W chwili obecnej program występuje w trzech wersjach: Home, Professional i Voyager. Dwie ostatnie mają możliwość szyfrowania bazy danych „w locie”, której nie znalazłem dotąd w żadnym innym kliencie. Professional może szyfrować bazę z wykorzystaniem tokenów kryptograficznych oraz zaawansowanych technik autoryzacji połączeń klient-serwer.

Całymi latami używałem Outlook Express (eksperymentując w międzyczasie z innymi klientami), a kiedy jego czas się skończył, Pocztę Systemu Windows, ale ta niespecjalnie mi się podobała, więc nie trwało to długo.