Słowem wstępu
Choć jestem (po części z konieczności) użytkownikiem Windowsa, a ściślej 64-bitowej Visty, idee wolnych, otwartych systemów operacyjnych (czy też raczej cały nurt wolnego oprogramowania) zawsze były bliskie mojemu sercu. Gdy co jakiś czas wychodziły kolejne dystrybucje Linuksa, testowałem je i obserwowałem, co się zmieniło. Dawno temu zainstalowałem Mandrivę (być może była wtedy dostępna pod inną nazwą) i niestety nie spełniła moich oczekiwań. Potem testowałem Ubuntu, wersję 8 i 9 nawet dość dokładnie, lecz i tu coś zawsze było nie tak.
Od Linuksa oczekiwałem zasadniczo kilku rzeczy - bezproblemowej instalacji i konfiguracji, dostępu do wszystkich opcji poprzez GUI i współpracy ze wszystkim, co mam podłączone do komputera. Stwierdziłem, że będę mógł polecić Ubuntu innym, gdy sam nie napotkam na żaden problem. Gdy Ubuntu 10.04 ujrzał światło dzienne, kilka dni po premierze pobrałem ISO, wypaliłem i zacząłem męczyć w VirtualBoxie działającym na dość mocnym desktopie.