r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Obowiązkowa nauka programowania w szkołach: kto chce śnić koszmary o Pythonie w Minecrafcie?

Strona główna AktualnościBLOG

Co rusz pojawiają się w ostatnich latach pomysły na edukacyjną reformę, w której główną rolę odgrywałoby nauczanie programowania już w szkołach podstawowych. Zwolennicy tego pomysłu uważają, że to wyjście naprzeciw realiom współczesności. Utrzymują, że podstawowa znajomość języków programowania z czasem stanie się niezbędna, by radzić sobie w życiu zawodowym, a nawet że nauczanie programowania miałoby w jakiś szczególny sposób sprzyjać ogólnemu rozwojowi umysłowemu dzieci. Do tego coraz głośniejszego i coraz bardziej wpływowego grona dołączył ostatnio sam szef Apple’a, Tim Cook, który podczas Startup Fest Europe w Amsterdamie porównał programowanie do nauki języka i stwierdził, że powinno się tego uczyć dzieci wraz z alfabetem. Czy jednak faktycznie dzieci potrzebują nauki programowania, czy też jest to potrzebne przede wszystkim samym firmom IT, które do takich działań namawiają?

Na pozór wszystko brzmi pięknie. Podczas rozmowy z byłą komisarz europejską, panią Neelie Kroes, która poświęcona była przemysłowi software’owemu, gospodarce aplikacjami i związkom między medycyną a informatyką, Tim Cook stwierdził, że szkodzimy swoim dzieciom, nie ucząc ich programowania, ponieważ programowanie jest wchłaniane przez wszystko każdą inną dziedzinę – i szkoły powinny współpracować z firmami, by pomóc rozwinąć uczniom niezbędne w przyszłości umiejętności zawodowe. Wcześniej szef Apple’a dał się poznać ze stwierdzeń, że programowanie powinno być przedmiotem obowiązkowym w szkołach, na równi z językiem angielskim i matematyką. Nauka szkolna, zamiast zaś polegać na nudnych wykładach, miałaby przynieść zaangażowanie, współpracę i ekscytację – tak samo, jak to jest w miejscach pracy. W klasie przyszłości nie byłoby miejsca na uczenie się na pamięć, lecz na rozwiązywanie problemów i poznawanie sposobów na wyrażenie siebie.

Kto potrzebuje armii programistów?

Cook nie jest w tym odosobniony. U nas też słyszy się bardzo podobne deklaracje, można powiedzieć, że to wręcz globalne zjawisko. Niedawno otrzymaliśmy od firmy SMT Software Services wiadomość prasową poświęconą „edukacji zaprogramowanej”, w której przekonywano, że warto uczyć dzieci języków kodowania. Mogliśmy tam przeczytać m.in.:

r   e   k   l   a   m   a
Programowanie to wiedza łatwo przyswajalna. Wbrew powszechnemu przekonaniu – jego podstaw może nauczyć się każdy. To nie hermetyczna dziedzina, dostępna jedynie dla „ścisłowców”, a nieosiągalna dla „humanistów”. Tego typu sztuczne podziały nie mają żadnego znaczenia. Każdy może nauczyć się prostych języków kodowania i zrozumieć podstawy ich działania. Wszystko zależy od tego, jak przekazywana jest wiedza. Kolejne etapy edukacji dostosowywane są do wieku ucznia. W przypadku najmłodszych dzieci – pierwszoklasistów, czy nawet przedszkolaków – nauka programowania sprowadza się przeważnie do wykształcenia pewnego sposobu myślenia o językach kodowania jako ścieżce do celu i sposobie wyciągania logicznych wniosków.

Potem jednak niestety niewiele było o psychologii kognitywnej. Więcej o obecnych potrzebach firm:

Programowanie to wiedza, której znaczenie będzie wzrastało w przyszłości. Wraz z rozwojem technologii zapotrzebowanie na pracowników o specjalistycznych kompetencjach będzie coraz większe. Osoby zaznajomione z językami programowania o wiele lepiej poradzą sobie na rynku pracy. Jak podaje portal pulsHR.pl, w ubiegłym roku aż 21,2% ofert pochodzących od pracodawców dotyczyło obszaru programowania i IT. Liczba tych ogłoszeń wzrosła o 5,7 % w stosunku do roku 2014. Dlatego, jak twierdzi Piotr Anioła, VP Software Development w SMT Software Services, nauka programowania w młodym wieku może w przyszłości otworzyć drzwi do kariery w branży IT. – Cały czas poszukujemy zdolnych programistów, a osób o takich kompetencjach niestety wciąż jest zbyt za mało. To dynamicznie rozwijająca się branża, w dodatku oferująca atrakcyjne wynagrodzenie i liczne ścieżki rozwoju. Nauka programowania dla dzieci to z pewnością dobra inwestycja, która zaowocuje w przyszłości. W ten sposób dajemy dzieciom narzędzia, które kiedyś pozwolą na stabilizację materialną – komentuje Anioła. Jak dodaje, zapotrzebowanie na programistów z pewnością będzie rosło wraz z rozwojem technologii. – Kto wie – nasze dzieci mogą w pracować w zawodach, których jeszcze nie znamy.

Tak naprawdę, to chcemy szybszych koni

Jeden z ojców motoryzacji, Henry Ford, powiedział swego czasu – jeśli pytałbym ludzi, czego chcą, to powiedzieliby że chcą szybszych koni. I to chyba najtrafniejsze podsumowanie obecnego problemu. Firmy informatycznie nie znają niczego prócz teraźniejszości, a teraźniejszość została rzeczywiście przesiąknięta oprogramowaniem. Aplikacje mobilne wprowadziły kod na dobre do codziennego życia zarówno ludzi, jak i całych społeczeństw, w dziedzinach bardzo mało mających wspólnego z techniką czy nauką.

I tak wczoraj dowiedziałem się, że zamiast korzystać z papierowej karty klubowej sklepu Społem (która nieustannie gdzieś się gubi) powinienem zainstalować sobie ich aplikację na telefonie. Swoje aplikacje mają dziś muzea i jednostki straży pożarnej, aptekarze i miłośnicy psów. Oprogramowanie nie działa już tylko na komputerach osobistych czy smartfonach, ale też na niezliczonych urządzeniach gospodarstwa domowego, w samochodach czy przemysłowych kontrolerach. Dziedziny gospodarki, które istniały sobie spokojnie przez setki lat, nagle uległy gwałtownej transformacji – i zapotrzebowanie na oprogramowanie dla nich stało się większe niż kiedykolwiek wcześniej.

Temu nijak nie są w stanie sprostać istniejące firmy programistyczne, stąd też koncepcja, że każdy miałby stać się programistą w swojej dziedzinie, że księgowy pisałby sobie aplikacje finansowe, a lekarz narzędzia do wspomagania diagnozowania. Oczywiście dziś księgowy i lekarz nie potrafią programować, nikt ich tego nie uczył, ale ludzie pokroju Tima Cooka najwyraźniej wierzą, że jeśli nowe pokolenie zacznie naukę programowania odpowiednio wcześnie, to za kilkanaście lat rynek wypełni się takimi zaradnymi programistami, budującymi aplikacje na zawołanie.

Słowo-klucz to tutaj „zaradnymi”. To prawda, programowanie tak, jak przedstawiają to apologeci upowszechniania jego nauki, na początku nie jest trudne. I nie chodzi wcale o osobliwy podział na „łatwe i trudniejsze języki programowania” (te trudniejsze to oczywiście Malbolge). Podstawowe założenia opanować może praktycznie każdy uczeń, uczący się podstaw JavaScriptu z Codeacademy.com. Tak samo uważano, że podstawowe założenia gry na flecie prostym jest w stanie opanować każdy uczeń – i dzieci w podstawówkach były katowane wieloletnią nauką grania drętwych melodyjek na plastikowych fletach. Wielu ta przymusowa nauka gry na flecie obrzydziła granie na instrumentach na dobre – i śmiem sądzić, że tak samo będzie z przymusową nauką programowania, podczas której z konieczności trzeba będzie uczyć się rzeczy porównywalnych stopniem złożoności do tego, czego uczono na przymusowej muzyce.

Ilu z tych wyszkolonych na plastikowym flecie zostało później zawodowymi muzykami? Ilu z przyjemnością w wieku dorosłym wyciągnie flety (powiedzmy już jakieś porządniejsze, poprzeczne), by wraz z rodziną pomuzykować? Co każe nam sądzić, że przymuszony do nauki banalnych zadań programistycznych uczeń, który w dorosłym życiu został lekarzem, wykorzysta wyuczone umiejętności do pisania oprogramowania diagnostycznego? I czemu mielibyśmy sądzić, by to oprogramowanie miało się nadawać do czegokolwiek? W końcu powiedzmy sobie szczerze – rzępolenia dziatwy na fletach słuchać się nie dało.

Futurologia matką naiwnych

Doszliśmy zatem do dość dziwnego punktu. Aby rozwiązać problemy współczesności (niedobór programistów, zapotrzebowanie na aplikacje), proponuje się by rozpocząć intensywne kształcenie dzieci i młodzieży w dziedzinie, która pomoże im rozwiązać problemy… przeszłości. Zanim przecież nasze przedszkolaki i dzieci z podstawówek wejdą na rynek pracy, minie kilkanaście lat. Przekonanie, że w tak szybko zmieniającym się świecie nabyte dziś konkretne techniczne umiejętności będą do czegoś przydatne wydaje się dość naiwne. A właśnie to możemy przeczytać we wspomnianej wiadomości prasowej o edukacji zaprogramowanej:

Trudno nie dostrzec korzyści, jakie niesie ze sobą nauczanie programowania, a edukacja najmłodszych wydaje się być logicznym i słusznym kierunkiem. Wszak to właśnie za młodu uczą się najwięcej. I choć w najbliższym czasie programowanie nie zdominuje szkolnych harmonogramów, w przyszłości może stać się przedmiotem równie istotnym, co matematyka czy języki obce. To krzepiące, że żyjemy w czasach, gdy mamy możliwość przygotowania naszych pociech na świat, w którym będą żyli jako dorośli.

Czy aby na pewno mamy, szczególnie dziś, gdy Bill Gates otwarcie mówi, że poczyniliśmy tak wielki postęp w dziedzinie rozwoju sztucznej inteligencji, że zbudowanie maszyn o sprawności mentalnej wyższej niż ludzka znajduje się w zasięgu ręki? Czy ktokolwiek może być jeszcze pewien, że za te kilkanaście lat oprogramowanie będzie powstawało za sprawą człowieka, a nie będzie generowane przez AI? Że nauczone dziś metody i techniki programistyczne będą miały jakiekolwiek zastosowanie w przyszłości?

Dlatego jak sądzę, szkoły powinny skupić się w ramach obowiązkowego kształcenia na absolutnych podstawach, tj. logice, matematyce, literaturze, historii, filozofii, elementach nauk przyrodniczych, wiedzy o społeczeństwie – a pozostałe dziedziny, w tym plastykę, programowanie, muzykę, pracę-technikę, czy co tam jeszcze – oferować jako przedmioty fakultatywne, wyłącznie dla zainteresowanych, być może nawet bez ocen. Dzięki temu unikniemy sytuacji, w której dzieciom będą śniły się koszmary o klasówce z programowania Minecrafta w Pythonie. Niech skupią się w swojej nauce na tym, co je uszczęśliwia.

Argumenty ad hominem są uważane za błąd logiczny, ale w tej sytuacji trudno o tym jednym nie wspomnieć. Tim Cook nie ma dzieci i zapewne nigdy ich mieć nie będzie. Jego wezwanie do umasowienia nauki programowania w szkołach dotyczy więc cudzych dzieci – które dla niego w przyszłości mogą być co najwyżej pracownikami Apple. Co więcej, sam Tim Cook nie jest programistą. Na pewno nie uczył się programowania w podstawówce, najpewniej też nie uczył się tego na studiach (skończył inżynierię przemysłową, a potem studia MBA). Jakie to zadziwiające – nie był programistą, nie uczył się programowania, a zdołał osiągnąć tak wiele, zostać szefem jednej z największych firm tej planety. Czy gdyby wyuczono go programowania, powtórzyłby ten sukces?

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.