Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Otwarte źródła, zwykły user i popularność Linuksa

Powiem szczerze, że chciałem napisać artykuł o czymś innym. Dzięki komentarzowi @KyRola, natrafiłem jednak na artykuł wydrukowany na łamach Chip.pl, który wydał mi się na tyle związany z tematem, co poruszył kilka dodatkowych kwestii, które wypisałem w tytule.

Sam artykuł to stek bzdur. Zresztą komentujący wystarczającą zgnębili autora, żeby teraz po pół roku znowu warto było poruszać tę sprawę. Zaciekawił mnie jednak komentarz red. Gajewskiego, który brzmiał:

Kłamstwo? OK, więc co mi szkodzi pobrać kod źródłowy, na przykład, Firefoxa, dorzucić tam coś "od siebie", skompilować i wrzucić w Sieć jako FirefoxSetup.exe?

Pytanie do red. Gajewskiego: Od kiedy kompilacja jest jakimkolwiek zabezpieczeniem przed dostępem do źródeł? Kłam temu twierdzeniu zadają liczne kopie gier i komercyjnego oprogramowania krążące po sieci ze zmodyfikowanymi plikami .exe. Kluczem do opóźnienia pirackiej wersji nad oryginałem jest zabezpieczenie przed kopiowaniem, które do tej pory mogło skutecznie utrudnić uzyskanie idealnie sklonowanego pliku .exe. Sama kompilację można skutecznie poddać inżynierii odwrotnej. W takim przypadku dla Javy jest to bezproblemowa operacja, dla innych języków jest trudniej, choć nie jest to niemożliwe.

W każdym razie otwieranie źródeł to ochrona prawa autorskiego, a nie kwestia zabezpieczeń. Otwarte źródła mogą pomóc w skutecznym wyegzekwowaniu przez system kwestii bezpieczeństwa. System po prostu może łatwiej w ten sposób sprawdzić, czy program nie jest podróbką, a jego deweloperzy skontrolować, czy program nie wykorzystuje luk w systemie w niecnych celach. Dotyczy to także Windowsa. W przypadku zamkniętych źródeł Windows takich gwarancji nie ma, dopóki nie wyegzekwuje ich odgórnie od dewelopera, grożąc wykluczeniem z oficjalnych źródeł dostępności oprogramowania. Mniejsza jednak o to, w każdym razie ściągniecie przez użytkownika sugerowanego przez dewelopera Gajewskiego programu jest równoznaczne ze ściągnięciem programu zamkniętego, niezależnie od tego co stanowiło podstawę tego programu. Jest to więc program piracki, dopóki Pan Redaktor nie opublikuje źródeł swoich modyfikacji.

User, a źródła

Oczywiście, że takie źródła nie zainteresują zwykłego usera, który i tak potraktuje rzeczoną instalkę tak samo jak piracką grę (czyli mam gdzieś bezpieczeństwo). Nie sądzę aby jednak trudno było, nawet dla osób nie grzebiących w kodzie, porównanie źródeł i kompilacji jaką uzyskuje się z tego kodu z plikiem przedstawionym do pobrania przez redaktora. I potem sprawdzenie tej samej sumy kontrolnej z oficjalnym pakietem na stronie Mozilly. Powtórzę: może to zrobić każdy, bez znajomości programowania.

No chyba, że redaktor celowo zrobi forka zmodyfikowanego w stosunku do oryginału i udostępni go publicznie ze źródłami (bo to wymóg bez którego program nie może być nadal traktowany jako Open Source). I na co liczy wtedy redaktor - że nikt z Mozilly nie zainteresuje się dlaczego ktoś zmodyfikował ich wersję?! Oczywiste jest, że w takim przypadku Redaktor będzie musiał skutecznie ukrywać swoją wersję przed deweloperami oryginału jak i przed potencjalnymi użytkownikami. W takim przypadku cała robota to sztuka dla sztuki i radość z zarażenia szkodliwym kodem kilku naiwnych.

Dlatego twórcy szkodliwego oprogramowania wybierają zamknięte programy. Prawdziwy powód to fakt, że musieliby ponieść koszty promocji otwartego programu tworzonego niezależnie od źródeł oprogramowania oryginału, czyli w efekcie namówić użytkowników, dlaczego nasza darmowa wersja jest lepsza od darmowej wersji oryginału. W przypadku zamkniętej gry mamy więc na to większe szanse. Program jest wypromowany i wypromowane są kwestie olewania bezpieczeństwa. I tak samo są małe szanse na to, że nawet zaawansowani userzy będą grzebać w zmodyfikowanym kodzie, skoro nawet grzebanie w oryginale jest dla nich bezsensu (a także nielegalne i nieopłacalne).

Komu więc opłaca się grzebać w kodzie?

Powiem szczerze - według mnie rola zwykłych userów w kwestii promocji Open Source i Linuksa to jeden z wielu mitów tego środowiska. W ogóle bardzo trudno policzyć użytkowników Linuksa, a co dopiero na podstawie tych statystyk określić granicę pomiędzy kimś zaawansowanym. W większości przypadków definicja zwykłego użytkownika jest więc równoznaczna z pojęciem klienta, który nie ma wpływu na proces produkcyjny. Taki wpływ mają dopiero statystyki, ale one nie są w interesie klienta. Klientowi powinno zależeć na wspieraniu konkurencji, gdyż determinuje ona lepszą jakość następnych produktów. O zgubnym wpływie monopolu na jakość wiedzą zapewne zarówno klienci Microsoftu, jak i PKP.

Definicja "zwykłego usera" odnosi się więc do osób, które są dla deweloperów open source niewidoczne. Nie przesyłasz błędów, nie angażujesz się w promocję, nie wpłacasz dotacji - nikt cię nie widzi i nikt nie widzi twoich potrzeb. Parafrazując znany film: "W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku". Taka jest brutalna prawda. Jeśli chcesz mieć jakiś wpływ na rozwój Linuksa MUSISZ się zaangażować. Pieniądze w takim przypadku są wiec miej skuteczne niż osobisty udział. Chociaż Wolne Oprogramowanie umożliwia nam finansowanie konkretnych gałęzi rozwoju, dzięki czemu nasze wpłaty mogą być skutecznie dostarczane w te sektory, które są w naszym interesie.

W przypadku Otwartego Oprogramowania jest inaczej, tu klient ma nieograniczony wybór i na bazie tych wyborów dyktuje producentom kierunek rozwoju. Nawet, gdy jesteśmy ograniczeni w ramach dystrybucji do jakiegoś domyślnego zestawu, to zawsze pozostaje nam swobodny wybór w ramach otwartych źródeł, dzięki czemu użytkownik może mieć w zasobach Ubuntu to samo co użytkownik Fedory. Jedyną granicą pozostaje więc swobodny dostęp do źródeł, a nie sam fakt bycia programem "for Linux".

Przypomniała mi się ostatnia afera związana z Mirem, kiedy deweloper KWin, odmówił udostępnienia raportu o nieprawidłowym działaniu KWin pod kontrolą XMir. Powód: Bo to nie jest w jego interesie! Taka jest niestety brutalna prawda. Canonical ma rzeszę zwykłych userów za sobą, ale wśród nich nie ma deweloperów KWin, którzy zauważyliby nieprawidłowe działanie tego programu, tak jak Martin, gołym okiem na podstawie filmu podglądowego. W przypadku Martina jest to jednak błąd nie do odtworzenia. Nie pracuje on na Mir tylko X-ach i Waylandzie, gdzie taki błąd nie występuje. Instalacja Mira, XMira poznanie ich dokumentacji i źródeł to jednocześnie czas stracony na pracę nad Waylandem, za którą deweloper otrzymuje wypłatę od Blue Systems. Krótko mówiąc: to nie jest w jego interesie i nie jest w interesie użytkowników jego programu. Dlatego wybór Waylanda przez Kubuntu był ważniejszy od spodziewanej popularności pod skrzydłami Canonical.

Po co nam ta popularność?

Pojawia się czasem kolejny mit: "Jeśli Linux stanie się popularny to i pojawią się na niego zagrożenia". Fajne założenie tylko nierealne. Powiedzmy sobie szczerze, Linux nigdy nie będzie popularny. To tylko slogan mający za zadanie odwrócić uwagę od innego problemu. Linux to tylko jeden z komponentów Otwartego Oprogramowania. Choćby znajdował się na milionach tabletów, telewizorów i lodówek to nigdy nie będzie popularny. Tak samo jak GIMP i Apache, które to projekty są także bardzo popularne, ale mimo to Linux ma cały czas te 1,5% w statystykach. Nawet milion sprzedanych komputerów z Ubuntu nadal da Linuksowi te półtora procenta. Dlaczego?

Jakiś czas temu, ktoś nagle powiedział, że Open Source jest złe, Wolne Oprogramowanie jest złe. Linux jest dobry - Linuksa można promować, ale o Open Source będziemy mówili źle, a o Stallmanie, że to demon, który chce zagłady Linuksa. W ten sposób wszystkie dobre rzeczy, które powstały pod banderą GPL dziś określamy jako linuksowe, a wszystko co wymaga czegoś więcej od użytkownika to są "złe otwarte źródła". Demonizuję, wiem, ale taka jest mentalność nowych użytkowników Linuksa. Ktoś wymyślił teorię, że programy linuksowe rozwijają się przez ich używanie. Z matematycznego wykresu wyszło mu, że milion używających rozwija ten program. Bzdura! Żaden z deweloperów tego programu nie zauważy nawet ilu ma on użytkowników, dopóki oni sami mu tego nie oznajmią choćby zwykłym raportem o błędach, albo propozycją zmian.

Z takimi poglądami ani Linux, ani żaden inny wartościowy projekt nie będzie popularny. Podstawą jest promocja otwartych źródeł i Wolnego Oprogramowania. Bez tych rzeczy nie ma szans na udział użytkowników w jakichkolwiek statystykach. Użytkownicy powinni być świadomi tego czego używają i dlaczego akurat tego używają, a nie oprogramowania zamkniętego. I stać się jednocześnie świadomi warunków bezpiecznego użytkowania otwartych programów.

Zwykły user

Tzw. zwykły użytkownik to mit. Zwolennicy zamkniętego oprogramowanie cały czas chcą przemycić pod tym płaszczykiem pojęcie klienta, tyle że jako klient taka osoba byłaby w Open Source na straconej pozycji. Na potrzeby takich zwykłych użytkowników tworzy się więc wirtualny rynek komercyjny w ramach Open Source, razem z takimi rzeczami jak marketing, czy konkurencja.

Powstają więc także teorie jak ta powyżej, że tacy ludzie nie są zainteresowani bezpieczeństwem, więc po co tworzyć dla nich narzędzia bezpieczeństwa. Nie wiem tylko dlaczego ci użytkownicy są aż tak bardzo obciążani i dlaczego sugeruje się, że oprogramowanie ma do nich trafiać bezpośrednie. Tym bardziej, że już nawet w Windows powstają powoli podstawy do dostarczania programów pośrednio. 

linux bezpieczeństwo inne

Komentarze

0 nowych
NRN   9 #1 14.07.2013 17:11

"Powiedzmy sobie szczerze, Linux nigdy nie będzie popularny."
To zdanie mnie zabiło xD

xm2   3 #2 14.07.2013 17:53

Ciekawy temat, ale nie ze wszystkimi wnioskami mogę się zgodzić.
Przykładowo - znaczenie zwykłych użytkowników w świecie O.S.S. IMHO mają oni bardzo duże znaczenie, jeżeli nie powiedzieć kluczowe. To właśnie oni kształtują popularność danego softu, a zarazem jego znaczenie względem innego softu.
Przykładowo - Firefox, jeden z najbardziej popularnych projektów O.S.S. dla "zwykłego użytkownika". Gdyby nie zyskał u nich popularności, to nie miałby szans na konkurowanie, a często wygrywanie, z produktami komercyjnymi, zamkniętymi i za którymi stoją największe korporacje. Owszem - Firefox i jego comunity to jest pewien fenomen w świecie O.S.S., ale patrząc na mniejsze projekty da się zauważyć pewne podobieństwa.
Małe projekty z dwoma aktywnymi developerami, kilku gości, którzy za darmo dostarczają tłumaczeń, użytkownicy, którzy przesyłają raporty z awarii (często zautomatyzowane), a nawet osoby, które zgłaszają błędy na bug-trackerach.
I na tym O.S.S. polega - każdy użytkownik może mieć swój wkład. Nie każdy musi klepać kod, tłumaczyć teksty, zgłaszać błędy. Wystarczy nawet o takim oprogramowaniu mówić i w ten sposób go promować. Wraz ze wzrostem znaczenia projektu oraz liczby jego użytkowników wzrasta prawdopodobieństwo tego, że znajdzie się kolejna osoba, która coś zrobi pożytecznego, np wpis na poczytnym forum o O.S.S. korzystając z Ubuntu i Firefox'a ;)

Autor edytował komentarz.
Chemical Attack   4 #3 14.07.2013 17:55

Nie ma nad czym się rozwodzić Greg.. Autor artykułu w komentarzach jako źródło do dla rozwinięcia słowa Haker przywołuje Wikipedię.. zapewne sporo wiedzy stamtąd nabył. A jak każdy średnio inteligentny człowiek wie Wikipedia sporo błędów ma. Stąd też nie można się na nią powoływać pisząc chociażby prace licencjackie czy inne opracowania naukowe. Artykuł pracą naukową co prawda nie jest, ale aspiracje opiniotwórcze ma, więc trzeba się było bardziej postarać.

FadeMind   7 #4 14.07.2013 18:23

@GregKoval

Chip.pl publikuje artykuły na poziomie tabloidu (jedynie rankingi są w miarę czytelne). Czasami zdarzy się perełka, ale to taka igła w stogu siana ;) Linux nigdy nie trafi pod strzechy bo po pierwsze jest na tym podwórku dużo dzieci (dystrybucji) i każdy chce mieć swoje miejsce w piaskownicy. Zapaleńcy poirytowani rozwiązaniami w dystrybucji X wykupują domenę, miejsce na serwerze i szukają ochotników, by w wolnym czasie (po szkole, uczelni, pracy) pracować nad nową "lepszą" dystrybucją. Przykład: Ubuntu > Mint.

Przy zakupie nowego komputera konsument oczekuje, że "wszystko będzie działać", zatem sklep sprzedaje dodatkowo komercyjny system operacyjny i antywirus, bo oczywiście w Internecie są same zagrożenia... Jeżeli jest problem w działaniu to zaczynają się wydatki - przeważnie koszt reinstalacji systemu operacyjnego oscyluje w okolicach kilkunastu złotych.

W szkole uczą obsługi pakietu MS Office, podstaw Corela, Photoshopa, kilka osób słyszało o LibreOffice, mało kto słyszał o Linuxie, ktoś kojarzy słowo "Ubuntu". Jest PROBLEM jak ktoś przyniesie dokument na dysku USB w formacie ODT.

Niestety popularne polskie serwisy piszące na temat technologii piszą to co ludzie chcą czytać, czyli jak rozwiązać problem w Windowsie oraz przekaz pod progowy, że kolejna wersja Windowsa, jest przełomowa w porównaniu do poprzedniej.

Czasami zdarzy się artykuł, że znaleziono lukę w jakimś programie OpenSource. Jednakże deweloperzy sprawnie i szybko wydają aktualizację dostępną dla wszystkich dystrybucji. Jest pełna transparentność. W oficjalnych repozytoriach dystrybucji wykorzystuje się podpisy GPG identyfikujące dewelopera. W przypadku zamkniętych systemów operacyjnych i zamkniętego kodu, to nigdy nie wiesz co czeka pod przysłowiowym Firefox.exe, dlatego w Windowsie niestety wymagany jest antywirus.

Po za tym moim zdaniem użytkownicy Linuxa mają większą świadomość kontroli nad systemem operacyjnym. W przypadku zamkniętych systemów operacyjnych (MacOS, Windows) nigdy nie mamy pewności jakie dane są kolekcjonowane przez producenta oprogramowania.

Temat rzeka...

  #5 14.07.2013 18:44

- Wymyślam i opisuję teorię
- Piszę jakieś bzdury
- Twierdzę, że bzdury udowadniają teorię
- ...?
- Profit!

Shaki81 MODERATOR BLOGA  37 #6 14.07.2013 19:13

Przecież zwykły użytkownik Linuxa pobierze oprogramowanie z zaufanych stron czy ze strony producenta, a nie będzie szukał programu "gdzieś tam" tak więc nie kapuje jak sens ma modyfikowanie owych instalek i puszczania ich do sieci.

Frankfurterium   9 #7 14.07.2013 19:29

@xm2
"Firefox, jeden z najbardziej popularnych projektów O.S.S. dla "zwykłego użytkownika". Gdyby nie zyskał u nich popularności, to nie miałby szans na konkurowanie, a często wygrywanie, z produktami komercyjnymi, zamkniętymi i za którymi stoją największe korporacje."

Niby dlaczego? Firefox jest dobry nie dla tego, że jest popularny i wygrywa konkursy, tylko wygrywa konkursy i jest popularny, bo jest dobry. Zabierz mu 100 tys. szarych userów i nic wielkiego się nie stanie. Zabranie mu parunastu głównych developerów na pewno mocno odbiłoby się na jakości.

Inny przykład - Chrome/Chromium ma paręnaście forków, z których kilka jest w swoich kategoriach uważanych za dużo lepsze od oryginału, chociaż mało który ma więcej niż parę procent userów "tatusia".


[edit]

@Shaki81
Każda większa dystrybucja ma jakąś formę nieoficjalnych repozytoriów typu AUR, ppa itp. W systemach ubuntowych, sądząc po blogach i forach, instalacja różnych rzeczy z PPA to właściwie norma, więc jeżeli upchniemy tam jakiś crap, nietrudno będzie zwabić ofiary.

Autor edytował komentarz.
  #8 14.07.2013 21:57

ach chip :P

od dawna na tą strone nie wchodze.

skrzypek   12 #9 14.07.2013 22:29

@Shaki81
Niby tak, ale podam Ci przykład Windows XP. Niejednokrotnie ludzi przynosili mi laptopy, komputery z windows xp black edition, super edition, pro exlusive edition itp itp. No i skąd oni to biorą? Bo na pewno nie ze strony MS. Ktoś napisze, że to jest lepsze i Kowalski czy Nowak pobierze tą "lepszą" wersje systemu. Dla nas to oczywiste dla innych nie bardzo.

xm2   3 #10 15.07.2013 03:14

@Frankfurterium
"Firefox jest dobry nie dla tego, że jest popularny i wygrywa konkursy, tylko wygrywa konkursy i jest popularny, bo jest dobry."

Nie o to mi chodziło, czy projekt jest dobry, bo jest popularny, czy popularny, bo jest dobry. Zresztą - popularność nie zawsze jest wyznacznikiem jakości. Tym bardziej nie kwestionuję roli developerów.
Mówię o tym, że gdyby nie był popularny, nie znaczyłby wiele na rynku przeglądarek, a byłby tylko kolejnym świetnym projektem używanym przez wąskie grono użytkowników, w większości zaawansowanych. A czasem tylko przez developerów danego projektu ;)

  #11 15.07.2013 10:46

"Powiem szczerze" - bardzo nadużywane ostatnio sformułowanie. Tak jakby nie wypowiadające tego rozmówca nie mówił szczerze? :)

GregKoval   8 #12 15.07.2013 11:09

@xm2
>>"a byłby tylko kolejnym świetnym projektem używanym przez wąskie grono użytkowników, w większości zaawansowanych. A czasem tylko przez developerów danego projektu ;)"

Więc rola zwykłego użytkownika w tym wypadku ogranicza się tylko do nadania splendoru projektowi, co w przypadku open source jest bez znaczenia, bo projekt nie zarabia na tym, że ma więcej użytkowników, którzy dają mu więcej pieniędzy. W rzeczywistości obecny los Firefoksa jest zależny od finansowania Google, której to firmy nie można zaliczyć do grona zwykłych użytkowników.

>>"użytkownicy, którzy przesyłają raporty z awarii (często zautomatyzowane), a nawet osoby, które zgłaszają błędy na bug-trackerach."

Trochę przekraczasz granicę pomiędzy zwykłymi użytkownikami, a zaangażowanymi użytkownikami. Ktoś inny powie ci zapewne, że także jest zwykłym użytkownikiem, chociaż na swoim blogu pisze artykuły o ulubionej dystrybucji. Nie ma idealnej definicji zwykłego użytkownika odróżniającej go od użytkownika zaangażowanego. Należy przyjąć więc zasadę, że albo są użytkownicy niezaangażowani, którzy nie mają żadnego wpływu na rozwój systemu, choćby ich było miliony. Albo są użytkownicy w jakimś stopniu zaangażowani. W takim przypadku jedna osoba zaangażowana jest bardziej wartościowa od miliona nie wnoszących nic osób.

>>" Wraz ze wzrostem znaczenia projektu oraz liczby jego użytkowników wzrasta prawdopodobieństwo tego, że znajdzie się kolejna osoba, która coś zrobi pożytecznego"

Pamiętaj także, ze wraz ze wzrostem ilości użytkowników wzrasta lista ich potrzeb od danego oprogramowania. Oczywiste jest, że w takim przypadku liczba deweloperów nie jest w stanie sprostać tym wymaganiom. W efekcie użytkownicy tacy czują się oszukani i będą wypisywać na forach same krytyczne uwagi pod adresem tego programu do którego nic nie wnieśli. Niestety, jak można zaobserwować na obecnej scenie open source, krytyce poddawane są już projekty, które jeszcze nawet nie zostały wydane. Jest to oczywista reakcja obronna, użytkownicy obawiają się zaangażowania deweloperów w inny projekt, podczas gdy ich ulubiony będzie w takim przypadku znów 100 lat za Murzynami.

>>"

  #13 15.07.2013 11:23

Ważny artykuł. Nie należy być zadufanym w bezpieczeństwo Linuksa, lekceważyć zwyczjnych użytkowników i wierzyć reklamom: http://tandemwindows-ubuntu-lem.blogspot.com/2013/07/otwarte-zroda-i-zwyky-user-...

GregKoval   8 #14 15.07.2013 11:28

@FadeMind
>>"W przypadku zamkniętych systemów operacyjnych (MacOS, Windows) nigdy nie mamy pewności jakie dane są kolekcjonowane przez producenta oprogramowania. "

W zasadzie to jakie jest znaczenie instalacji otwartego oprogramowania na zamkniętym systemie, skoro ten nie posiada żadnych mechanizmów kontroli bezpieczeństwa, które mógłby zastosować w takim przypadku bezproblemowo i wykorzystać w 100% otwarty kod? Czyli tak jak w Linuksie. Czy to jest więc wina niebezpieczeństwa ze strony otwartych źródeł, czy braku zabezpieczeń w systemie?

>>"Zapaleńcy poirytowani rozwiązaniami w dystrybucji X wykupują domenę, miejsce na serwerze i szukają ochotników, by w wolnym czasie (po szkole, uczelni, pracy) pracować nad nową "lepszą" dystrybucją. Przykład: Ubuntu > Mint. "

Z tym się akurat nie zgodzę, bo wcześniej tacy sami zapaleńcy zrobili tak samo z Debianem i utworzyli Ubuntu. Nie masz prawa sugerować, że następny projekt nie będzie lepszy od pierwowzoru i sądzić, że osoby w niego zaangażowane cokolwiek zrobią dla pierwowzoru jeśli nie zajęliby się tym projektem. W każdym takim przypadku mamy do czynienia z sytuacją zwycięstwo-zwycięstwo. Mint i Ubuntu to w 100% takie same systemy. Różnią się tylko wystawą sklepową, bo w środku jest to samo.

@Frankfurterium
>>"Każda większa dystrybucja ma jakąś formę nieoficjalnych repozytoriów typu AUR, ppa itp. W systemach ubuntowych, sądząc po blogach i forach, instalacja różnych rzeczy z PPA to właściwie norma, więc jeżeli upchniemy tam jakiś crap, nietrudno będzie zwabić ofiary."

I jak widzisz ataków z tej strony raczej się jednak nie doświadcza, za to jeśli komuś się to udało to głównie z repo głównego. Dlaczego? Powód jest prosty - bo nie jest to opłacalne. To znaczy zainfekujesz góra kilka osób, a musisz się zaangażować w promocję tych źródeł (i często ponieść koszta). Standardowo więc crackerzy wybierają już popularne programy i reklamują je jako lepsza wersja od oryginału (np. darmowe granie w płatną grę) głównie po to, aby plik z crackiem rozszedł się po różnych pirackich witrynach w sieci i w ten sposób ogarnął jak największą ilość osób. Centralny magazyn, który ma być firmowany nazwiskiem crackera nie jest najlepszym sposobem na osiągniecie tego celu. W przypadku PPA i AUR istnieje jeszcze wymóg publikacji źródeł, co zwiększa ryzyko zduszenia zagrożenia w zarodku. W przypadku gier crack zazwyczaj po krótkim czasie żyje już własnym życiem.

eimi REDAKCJA  16 #15 15.07.2013 11:36

Fajny wpis, ciekawe wnioski.

Od siebie dodam, że rozwiązania opensource słabo się fetyszyzują w świetle marksowskiej teorii alienacji/fałszywej świadomości, więc trudno oczekiwać, by mogły upowszechnić się wśród końcowych użytkowników w takim ustroju, w jakim żyjemy. Linux (desktopowy) nigdy nie będzie popularny, póki obecny system nie upadnie. A nie upadnie, bo jako pierwszy osiągnął stadium totalności.

GregKoval   8 #16 15.07.2013 12:23

@eimi

Ja w takich przypadkach bardziej lubię porównania do rozwoju religii. Nie ulega faktom, że chrześcijaństwo ewoluowało do naszych czasów. Zapewne apostołowie jakby pojawili się w dzisiejszych czasach to złapaliby się za głowę z powodu "wypaczenia" tradycji wartości w jakich oni żyli. W każdym razie obecnie nasza kultura bardziej jest oparta na tradycji starożytno-rzymiańskiej niż Żydowskiej. Jezus natomiast był Żydem i był obrzezany. Konflikt o obrzezanie znajdziemy jeszcze w Dziejach Apostolskich, gdzie głównym zwolennikiem obrzezywania był św. Piotr. Także Święto Zmarłych inaczej ewoluowało w we wschodniej Europie, a inaczej w Ameryce południowej. Przykłady takie można mnożyć w nieskończoność.

Większość przykładów wadliwości Open Source polega jednak na zaciągnięciu otwartych źródeł do modelu dystrybucji komercyjnej i pokazaniu, ze tam to się nie sprawdza. Także kwestia popularności jest budowana na modelu popularności komercyjnej i w takim przypadku także to się nie sprawdzi, choćby Linux był zainstalowany na miliardzie urządzeń. Fakt będzie wtedy popularny tyle, ze nie będzie można wykazać wpływu tej popularności na wzrost jego rozwoju. I tym samym, z punktu widzenia komercyjnego, nie można na tej podstawie zaplanować jakiejkolwiek polityki biznesowej. Dlatego m.in. wartość Androida określa na podstawie sprzedaży oprogramowania komercyjnego, a nie faktu użytkowania otwartego jądra przez jego użytkowników.

Wracając więc do religijnego porównania - może to i będzie popularne oprogramowanie, ale nie oprogramowanie, którego ja obecnie używam. Tak samo jak i obecne wartości chrześcijańskie zapewne w większości nie będą wartościami prekursorów tej religii, którzy w tamtych czasach uważali, że wszystko co rzymskie nie jest wartościowe.

eimi REDAKCJA  16 #17 15.07.2013 16:16

@GregKoval: jest jedna fundamentalna różnica między naszą kulturą, a kulturą klasyczną, rzymską, i to różnica żywcem wyciągnięta z judaizmu. To stosunek do męskiej seksualności. W tradycji klasycznej nie było żadnym problemem to, co mężczyzna robił ze swoim penisem, czy jego odbiorcą była kobieta, chłopiec czy koza, w dowolnych konfiguracjach. Co najwyżej złośliwe graffiti się na murach pojawiało. Honor tracił mężczyzna tylko wtedy, gdy stawał się pasywną stroną homoseksualnej relacji, nie bez powodu stosunki między brodatymi mężczyznami w niektórych greckich polis karano śmiercią.

Judaizm narobił tu ostrego zamieszania, które trwa do dzisiaj - nagle mężczyźnie zakazano kopulować z tym, z czym miał ochotę, z perspektywy społecznej ograniczono go do legalnej małżonki. Samą religię odseksualizowano - przecież praktycznie wszyscy pogańscy bogowie mocno dawali radę, sam Zeus/Jupiter najlepszym tego przykładem.

Wracając do kwestii opensource - dla mnie to jak openlove :). Ta swoboda korzystania zgodnie z własnym upodobaniem i potrzebami, bez ograniczeń. Na to w naszej współczesnej kulturze nie ma zgody, i sądząc po reakcjach większości, nawet zapotrzebowania (niedawno czytałem art. o wyznaniach wdowy po pewnym słynnym francuskim pisarzu, która u kresu życia ujawniła pikantne szczegóły ich sadomasochistycznego, orgiastycznego związku - to zdecydowana większość komentujących była oburzona&obrzydzona, ktoś sugerował, żeby "zboczeńce się na Syberię wynosiły, a nie w inteligenckiej Francji żyły" (tak jakby prosty prawosławny syberyjski lud miał coś wspólnego ze "zboczeniami" :-) )).

Chyba jedyne, co mogłoby zmienić podejście ludzi, to jakiś metaforyczny odpowiednik wydarzenia na miarę ostatniej sceny "Pachnidła" Suskinda. Wydarzenie, które wstrząsnęłoby normalnym porządkiem tak, że nie byłoby już powrotu do stanu wcześniejszego. Ale dziś - wydarzenia są zakazane. A Android jest przykładem skutecznej internalizacji rewolucji przez system, tak by rewolucja nie była już możliwa.

GregKoval   8 #18 15.07.2013 16:46

@eimi

Nie wiem czy jest sens cokolwiek zmieniać. Jak dla mnie licencja GPL przyniosła światu sporo świetnych projektów. Rozwój Linuksa był tylko dlatego możliwy, że twórca zgodził się udostępnić jego źródła i nawet stworzył system kontroli wersji, który to świetnie realizował. Jesli więc mi ktos prubuje udowodnić, że coś tak wartościowego mogłoby powstać inną drogą to niech udowodni to tworząc takiego analogicznego Linuksa. Jeśli więc ktoś chce jakiejś rewolucji to niech dokona tego czynami, a nie dziwnymi teoriami "co by było gdybyśmy to my zrobili ...".

Jak dla mnie w świecie open source jest miejsce na każdą rewolucję. Tłumaczenie, ze inne projekty przeszkadzają jest bez sensu. Pokazuje to jednak, ze ludzie wybierają przede wszystkim projekty wartościowe, a nie te które są tylko przez innych tak okrzyczane.

mikolaj_s   13 #19 15.07.2013 18:11

"Linux (desktopowy) nigdy nie będzie popularny, póki obecny system nie upadnie. A nie upadnie, bo jako pierwszy osiągnął stadium totalności."

Dużo w tym prawdy. Jednak nie do końca jest to pewne. Może się kiedyś okazać, że zaczną dominować rozwiązania typu ChromeOS czy nawet Android wchodzący na desktop.
A co będzie jak większość ludzi przestanie używać tradycyjnego laptopa i desktopa i będzie korzystać z tabletów i smart TV, a tylko profesjonaliści pozostaną przy tradycyjnym komputerze i to część będzie wybierać Ubuntu? Microsoft dobrze to rozumie i dlatego na wszelkie możliwe sposoby próbuje wciskać ludziom wersję tabletowo-desktopową. Mieli przecież zadowolonych klientów Windows 7 wystarczyło tylko trochę podrasować system, dodać parę nic nie znaczących szczegółów i pchnąć jako super rewolucje. ;)
A jednak wolą iść pod górkę. Widocznie nie są tak pewni jak Ty swojego sukcesu.

  #20 15.07.2013 19:49

@GregKoval
"Więc rola zwykłego użytkownika w tym wypadku ogranicza się tylko do nadania splendoru projektowi, co w przypadku open source jest bez znaczenia, bo projekt nie zarabia na tym, że ma więcej użytkowników, którzy dają mu więcej pieniędzy. W rzeczywistości obecny los Firefoksa jest zależny od finansowania Google, której to firmy nie można zaliczyć do grona zwykłych użytkowników. "

Czy Google zainteresowałby się Firefoxem, gdyby nie miał dużej ilości zwykłych użytkowników?
Właśnie po to są potrzebni zwykli użytkownicy, aby swoją ilością przyciągnąć inwestorów. I zdobyć fundusze na rozwój nowych funkcji.

GregKoval   8 #21 16.07.2013 11:07

@prawie.anonimowy

Jedyny powód utrzymania sponsoringu Google nad Firefoksem to fakt, że upadek tej przeglądarki spowodowałby zwiększenie znaczenia wśród użytkowników przeglądarek opartych na webkicie, czyli bezpośredniej konkurencji Chrome. W tej chwili marketing Google oparty jest tylko i wyłącznie na wykazaniu, że Chrome jest lepsze od Firefoksa w czym bardzo pomaga mu obecny status quo na rynku przeglądarek. Czy to jest wkład użytkowników w rozwój Firefoksa, ja widzę że jest przeciwnie.

xm2   3 #23 19.07.2013 13:57

@GregKoval
Co do wniosków to nie mogę się z Tobą zgodzić. Owszem - większość funduszy fundacji Mozilla pochodzi od Google, ale to nie są darowizny. Nie wiem, czy wiesz na czym to finansowanie polega, ale Google, podobnie jak inne firmy oferujące wyszukiwarki (Yahoo, Bing, eBay, Amazon) i mające z Mozillą podpisane umowy - płacą za wykorzystanie funkcjonalność silników wyszukiwania. Google dodatkowo za to, że jej silnik jest w Firefox domyślny.
Ale - jak samo Google, czy MS mówią - to nie są datki, a opłaca im się to, głównie z powodu ciągle wysokiej Popularności Firefox'a. Stąd - są użytkownicy, jest popularność, jest kasa - inaczej z wyszukiwarek w Firefox zysków by nie było, dla obu stron.
Przenieś zwykłych użytkowników z Firefox do Chrome (powiedzmy 80%), Firefox będzie w statystykach użycia niszowy, a fundusze od firm stojącymi za wyszukiwarkami zniknął (odsyłam do Googla, który tłumaczył, czemu "wspiera" Mozillę mając przeglądarkę o zbliżonej popularności).

Co do raportów i zwykłych użytkowników. Czy przekraczam granicę zwykłych użytkowników? Znowu przykład Firefox'a (jak już jest na tapecie) - zwykły użytkownik nic nie musi robić obecnie (Health Report). Więcej użytkowników, więcej raportów - zupełnie gratis. Wiele innych projektów ma podobne funkcjonalności, mniej lub bardziej wymagających od użytkownika (bardzo często jedynie zgody na przesłanie informacji po awarii).

Dlatego uważam, że rola zwykłych użytkowników jest ogromna. Pada argument o większych wymaganiach funkcjonalnych wraz ze wzrostem ilości użytkowników. Racja, 100% racji. Ale - z własnego doświadczenia wiem, projektu który stworzyłem na własne potrzeby, a następnie udostępniłem innym osobom - że oprócz wymagań, pojawiają się sugestie, często bardzo cenne i poprawiające użyteczność jak i ergonomię projektu. A każda informacja o błędzie, niedoróbce, literówce - jest bardzo cenna, zwłaszcza jeżeli nie opłacasz działu QA. I niech będzie to tylko 2ch użytkowników z 30, albo i 50ciu.

We wnioskach posunę się jeszcze dalej - to często zwykli użytkownicy są motorem napędowym dalszego rozwoju projektów O.S.S.. Wiele jest projektów, które dochodzą do wydania stabilnego, przysłowiowego 1.0.0, następnie poprawionego powiedzmy 1.1.0 i przechodzą w stan obniżonej aktywności. Owszem są drobne błędy, ale nie opłaca się ich poprawiać, bo większości zapaleńców, którzy z tego korzystają, to absolutnie nie przeszkadza. Owszem, brakuje kilku "ficzerów", ale również szkoda naszego czasu na ich dodanie, zwłaszcza, że większość osób poradzi sobie bez tego.
Ile jest takich projektów na Sourceforge? A ile po kilku miesiącach, a nawet latach stagnacji, nagle ożywają, ponieważ jest na to zapotrzebowanie? Można to zobaczyć również w ilości forków projektów, które przestały być rozwijane.

Ciekawym przykładem jest tutaj Thunderbird - Mozilla od dawna mówi, że nie po drodze jej z tym projektem i przynajmniej dwa razy starała się go już odstawić. Nadal jednak jest w jakiś sposób utrzymywany (poprawki, bezpieczeństwo), a że projekt jest funkcjonalnie dojrzały, to mało kto się burzy. Zresztą, jeżeli będzie taka potrzeba - projekt przejdzie w ręce społeczności i dalej będzie rozwijany, ponieważ nadal jest na niego zapotrzebowanie (nawet w erze webowego dostępu do maili).

Autor edytował komentarz.
GregKoval   8 #24 20.07.2013 11:07

W zasadzie nie istnieje jasna odpowiedź na te twierdzenie. Posługujesz się dość niejasnymi argumentami, które nie mają żadnego wymiaru w statystykach i trudno je uzasadnić. Główne założenie jest więc takie, że to dobrze jak jest dużo ludzi, bo wśród nich można znaleźć jakąś grupę zaangażowanych, wyróżniających się z tłumu "pasożytów". W moim rozumowaniu można także skierować projekt do konkretnej grupy ludzi zaangażowanych, tak jak to robią deweloperzy open source.

Tu takie rozumowanie nie istnieje. Open Source (i Mozzilla w efekcie także) rozwijane jest na zasadzie merytokracji, która nie przewiduje profitów dla osób niezaangażowanych. Będąc klientem jakiegoś programu o zamkniętych źródłach masz na niego realny wpływ, ponieważ możesz nie zapłacić za jego aktualizację, jeśli to co kupiłeś nie spełnia twoich oczekiwań. Oczywiście w przypadku programów płatnych, darmowe to już inna historia. W przypadku Open Source to twoje zaangażowanie w projekt jest zapłatą i jednocześnie wyznacza kierunek w którym ma ten projekt podążać. W takim przypadku raport o błędzie jest zaangażowanym sposobem wpłynięcia na poprawę tego co chcemy ulepszyć.

W takim przypadku Ubuntu może sobie być tą wielką grupą użytkowników, tylko, że w takim przypadku dlaczego Canonical ciągle obcina fundusze na alternatywne rozwiązania? W idealnym świecie te alternatywy powinny być utrzymywane siłą społeczności i to dość sporej społeczności i powinny być w lepszym stanie niż wersje w Archu, czy Gentoo, tudzież w Debianie. Tymczasem w tych, nazwijmy to niszowych dystrybucjach, bo nie nastawionych na popularność tylko wyławianie ludzi gotowych się zaangażować, nie ma problemu z dostarczaniem użytkownikowi jakichkolwiek rozwiązań open source, bez potrzeby tłumaczenia się słowami "to nie jest w naszym interesie".

Chciałbym tu powiedzieć, że nie ma świata idealnego. Powyższy artykuł pokazuje tylko, że są pewne projekty, które kierują się klarownymi zasadami otwartymi dla każdego kto chce się w taki projekt zaangażować. I to tyle. Różnica pomiędzy otwartym projektem, a zamkniętym jest więc taka, że nawet jeśli spora grupa osób nie jest zaangażowana całkowicie to i tak otrzymuje narzędzia, które pozwalają jej na te zaangażowanie. W przypadku zamkniętego projektu użytkownicy, nawet gdyby ich była cała masa, takich praw nie otrzymają, a więc środki jakimi mogą wpłynąć na rozwój takiego projektu są ograniczone. To co jednak na pewno zostanie wykorzystane to fakt, że producent może się pochwalić tą sporą grupą userów i wykorzystać te statystyki do własnych celów niekoniecznie wspólnych z celami użytkowników.

Dla mnie to temat-rzeka, można napisać podręcznik o konflikcie interesów pomiędzy producentem, a użytkownikiem. Użytkownik zawsze będzie w tym konflikcie na straconej pozycji, a na pewno taki, który nic do projektu nie wnosi.

koneton   6 #25 26.07.2013 09:54

@GregKoval argumenty jakie podałeś nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Twierdzisz, że płacąc za programy o zamkniętych źródłach masz na nie wpływ. Niestety, tak nie jest. Nie masz żadnego wpływu. A jeżeli już wejdziesz w takie oprogramowanie, to szybko się okaże, że za aktualizacje płacić musisz bo nie masz możliwości zmiany oprogramowania - właśnie dlatego, że jest zamknięte i nie masz jak przenieść danych do alternatywnego rozwiązania. Chodzi o to, by na początku przywiązać do siebie klienta, a potem można go doić w nieskończoność. Tak wygląda polityka większości firm produkujących oprogramowanie.

GregKoval   8 #26 26.07.2013 10:21

@koneton
To znaczy z czego będą go doić jak nie będzie płacić? Dla mnie to to jest jasne, płacisz to znaczy jesteś przywiązany, nie płacisz nie jesteś przywiązany. No chyba, ze uważasz, że samo używanie pirackiej gry wpływa na rozwój tej gry?