Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Pograjmy razem - spojlery i narzekania

Pomysł na ten wpis pojawił się bardzo dawno, początkowa wersja była jednak jedynie sumą narzekań na ubóstwo rynku gier nastawionych na współpracę oraz pochwałami dotyczącymi „trybików”. Wraz z biegiem wolnego czasu i dzięki poznaniu strony Co-Optimus poznałem inne całkiem ciekawe gry, które po części usunęły pierwszy powód do jęczenia. Nadal, oczywiście, gier, które mam na myśli jest na pecety niewiele, ale liczba istniejących pozwala już na całkiem sporą dozę rozrywki.

Zatem: o jakiej współpracy chcę napisać?

W czasach pradawnych miłą rozrywką było odpalenie Quake'a i wybijanie wszystkich dookoła lub niszczenie drużyny przeciwnej. Czasami ciekawie było powalczyć o flagę czy też zainstalować moda i gonić kurczaki. Nieco później wysłużony Action Quake zastąpiłem grą Urban Terror i zabawa trwała nadal. Niestety, trafianie na graczy o nadludzkich możliwościach powodowało frustrację, a słabsi zaczęli wyrzucać z serwerów za domniemany wallhacking. Dodatkowo masa „dzieci” skutecznie zaczęła psuć rozrywkę trolując na lewo i prawo. Samo trolowanie nie jest jeszcze aż tak złe, ale tylko w małych ilościach. Zabawnie jest powygłupiać się ze znajomymi, natomiast jeśli zdarza się to kilkukrotnie podczas jednej sesji - traci to sens.

Przez krótką chwilę próbowałem się bawić w przeróżne MMORPG, czy też namiastki gier w stylu Ogame. Test ten jednak oblałem. Gry tego typu wymagają niemalże całkowitego wyzbycia się prawdziwego życia, a tego poziomu nie chciałbym osiągać. Tak, wiem, że w zmian mogę mieć nieskończoną liczbę wirtualnych żyć.

Ostatecznie zdecydowałem się na poszukiwanie gier nastawionych na współpracę nieco nietypową w Internecie, ale częściej spotykaną przeze mnie w normalnym świecie, czyli co-op dwuosobowy, w który można pograć z przyjacielem/bratem/dziewczyną w dowolnym czasie, bez obcego griefingu oraz postępów zależnych od czasu serwera. Dodatkowym plusem jest możliwość grania w sieci LAN.

Z góry zaznaczam, że poza tandetną podróbką NESa (Battle Tanks & Contra FTW) nie posiadam żadnej konsoli i wiem, że zdobycie owej zaspokoiłoby moje potrzeby.

Zatem, pamiętając o tym, że inni gracze sucks, a flagi to tylko kijki z kawałkiem szmaty, postarałem się zebrać gry dla dwojga, na które warto rzucić okiem. Kolejność wpisów dyktowana Weną.

Narzekania czas rozpocząć

1. Gears of Wars vel. trybiki

Gra Microsoftu, wydana głównie z myślą o konsoli X-Box, szybko stała się przykładem udanej gry będącej wyznacznikiem dla wszystkich pozostałych. Świetna fabuła, przystępne sterowanie i możliwość gry w kilku graczy. Produkt niemalże doskonały. „Niemalże”, bowiem jedynie pierwsza część doczekała się przepisania na PC. Cudowna konwersja z nowatorskim systemem osłon. Gra warta spędzenia wielu godzin pomimo boleśnie liniowej rozgrywki. Zdaję sobie sprawę z tego, ze grałem w nią dawno temu i mogę zbytnio idealizować, jednakże jej niedostępność w sklepach nie pozwala mi na ponowną i ostateczną weryfikację osądu. Osoba z którą grałem ma już swoje „dorosłe życie”, a ceny na eBayu odstraszają od chęci kupna drugiej kopii (w formie prezentu dla kogoś innego). Niestety, przegapiłem też ponad rok temu możliwość kupna edycji przecenionej (20zł).

2. Left 4 Dead 1 & 2

Koniec świata. Zaraza pozamieniała ludzi w zombie, które polują na garstkę wybranych. Pomimo tego, że fabuła nie grzeszy super oryginalnością, wystarczy do wspólnego biegania pomiędzy schronami.

Cztery wyraziste postaci do wyboru w każdej z części gry, ciekawy (choć skromny) wachlarz broni oraz mnóstwo dodatkowych kampanii szybko się nie nudzą. Chociaż granie online straciło na atrakcyjności z powodów wymienionych we wstępie, od czasu do czasu warto i tego spróbować. Jeszcze nigdy przelewanie flaków nie było tak zabawne (nie dotyczy Australii i Niemiec - bebechów brak).

3. Borderlands

Dziwne RPG, które okazuje się monotonne przy dłuższym graniu i nawet gra w kilka osób tego nie zmienia. Coś jednak trzyma przy tym tytule i nie pozwala z niego tak łatwo zrezygnować. Na pewno nie jest tym czymś denne zakończenie oraz niedawne wydanie kontynuacji. Mocne skojarzenia świata gry z niejednym anime (Trigun? Photon?) robią też swoje. Ponadto wybór postaci (znowu 4), nietypowy humor towarzyszący tej produkcji oraz „miljatr pukawek” i sterowalne samochody są jej mocnymi stronami. Najprawdopodobniej jednak gra ta oferuje coś, co niewielu wydawców jest skorych promować: elementy RPG w multi.

Istnieje, oczywiście, wiele gier typu hack'n'slash lub pozwalających na podniecanie się statystykami, ale od czasu Obliviona i Fallouta 3 marzyły mi się gry bardziej do nich zbliżone lecz - powtarzam - dla wielu graczy. Nie zależy mi na MMORPG, które po prostu albo nudzą, albo zniesmaczają narzuconym towarzystwem. Ewentualnie sprowadzają się do tłuczenia pieńków lub ubijania niskopoziomowych istot. Pragnę rozrywki, która nie będzie mnie stresować i na której przebieg mam jakiś wpływ. Borderlands spełnia sporą część tych wymagań. Pokazuje również, że inni gracze mają podobne potrzeby.

A propos: do gry wyszło kilka dodatków, które można obecnie nabyć w wersji GOTY. Wśród nich znajdzie się również coś dla miłośników nieumarłych (The Zombie Island of Dr. Ned).

4. Civilization 4

Rozpocznę od tego, że NIE LUBIĘ GIER STRATEGICZNYCH, a przyczyna jest wyjątkowo prosta: przegrywam.

Cywilizacja pomimo bycia strategią zasługuje na kilka pozytywnych uwag. To co u innych odstrasza, czyli mnogość jednostek i operacji z nimi związanych, tutaj zostało sensownie zorganizowane i uproszczone na tyle, że nie mam problemów z odpaleniem CIV parę razy do roku. Nie ma w tej grze niczego (nawet brak fabuły jako takiej) co by psuło zabawę polegającą na wspólnym niszczeniu jednostek wroga. Nie zauważyłem też problemów z przełączaniem się na pulpit, które jest bolączką wielu innych produkcji. W niektórych grach kombinacja Alt+Tab nie powinna zatrzymywać akcji. Od tego są tury, by przeciwnik wykonywał swoje ruchy, podczas gdy ja czekam cierpliwie lub… okazuję zupełny brak szacunku i sprawdzam pocztę.

Warto nadmienić, że do gry wyszły dwa rozszerzenia wzbogacające zabawę o nowe jednostki, misje i wiele innych. Chciałbym również zwrócić uwagę na jeden z modów skierowanych ku fanom RPG: Fall from Heaven II. Oferuje on świat mrocznego fantasy z magią, bohaterami zdobywającymi punkty doświadczenia i potworami.

5. Conflict: Denied Ops

Jako członek elitarnej jednostki do zadań specjalnych podróżuję sobie po świecie strzelając do niedobrych panów (nigdy nie można strzelać do kobiet - gdzie tu równouprawnienie?). Całkiem niezła grafika i znośna historia sprawiają wrażenie niezłego tytułu na samotne wieczory. Przez kilka pierwszych godzin gra ta zapewnia dobrą zabawę, by zaprzepaścić wszystko chwilę później. Niedoróbki i brak przemyślenia pewnych komponentów gry nasilają się czyniąc z niej nie lada męczarnię. Wysypywanie się w określonych lokacjach i konieczność powtarzania CAŁYCH misji sprawiają, że porzucam rozrywkę i do niej nie wracam. Niby misji do wyboru jest zawsze kilka, ale brak respawnów i/lub checkpoitów zabija rozgrywkę.

Trudne gry nie są problemem, o ile zawierają momenty odpoczynku. Ciężko, chwila spokoju, ciężko i znowu odsapnięcie. W CDO mamy z tym do czynienia jedynie w początkowych etapach gry, późniejsze nie pozwalają na obijanie się. Gra pozostała po dziś dzień nieukończona.

6. Damnation

Gamespot: 3.5/10; Metacritic: 41/100. Prawdopodobnie najniżej oceniana z gier, w które grałem do tej pory. Bezmyślna młócka, liczne błędy, słabe AI, słabe bronie, słaba gra aktorska… no i wiele elementów zerżniętych z GoW.

Po przeczytaniu wielu opinii i artykułów na ten temat myślałem, że wyrzucam pieniądze w błoto decydując się na kupno. Będąc jednak na głodzie co-opów zdecydowałem się na zakup dwóch kopii (jedna dla brata by w razie czego nie narzekał, że zmarnował pieniądze na szajs).

Po przejściu całości z przykrością stwierdzam, że wszystkie zarzuty są prawdziwe. Kilkukrotnie zdarzyło mi się przelecieć przez mapę lub zaciąć w jakimś kącie, przeciwnicy potrafią być „głupi niczym Niemcy w filmach wojennych”, a głosy postaci pozostawiają wiele do życzenia. Zestaw broni czy nawet sam silnik graficzny zdają się być jedną wielką imitacją trybików. Chwilami chciałoby się nazwać tę grę Gears of Wars dla ubogich i nigdy więcej o niej nie wspominać.

Jest jednak w tej grze coś wciągającego. Coś, co mnie urzekło i sprawiło, że pomimo wielu niedoskonałości, chcę do niej wracać. Może to właśnie podobieństwa do GOW dają odrobinę radości, a może rzecz, o którą niełatwo w jakiejkolwiek innej grze: wyjątkową atmosferę (1013,25 hPa).

Steampunk robi tutaj swoje. Westernowe podejście do świata pełnego kół zębatych, sterowców i motocykli parowych dają niewysłowione wrażenia. Jeżeli doliczymy do tego przeplatanie strzelanin z akrobacjami w stylu Lary Croft, to otrzymamy mieszankę niepowtarzalną. Wybaczam tej grze syf, który zawiera, bo w zamian otrzymuję GOW + Tomb Raider + Steampunk. Powtarzam się, ale jazda parowym motocyklem jest po prostu super.

7. Dead Island

Panom z Techlandu należy się solidny kop w krocze za wiele rzeczy związanych z tym tytułem, chociażby zwiastun zupełnie nie związany z grą (zrobiony przez zewnętrzne studio). Ogromna liczba błędów, z którymi miałem do czynienia w trybie multi byłaby do wybaczenia, gdyby nie fakt, że nie dotyczyła wyłącznie mojej wersji. Jakoś nie potrafię zrozumieć, iż dwie grające osoby mają znośną rozrywkę, ale dołączenie trzeciej (bez względu na kolejność uruchamiania) powoduje wysyp gry u wszystkich. Czasami zdarzało się nawet tracić profile postaci, tudzież informacje o postępie zadań. Rozumiem, ze wiele błędów zostało załatanych, jednak spowodowały one, że o ile grę udało mi się ukończyć, to jednak nie w całości - musiałem pominąć spore kawałki fabuły z racji znużenia wykonywaniem ich po raz kolejny.

Goryczy dodaje wrażenie pospieszenia się z tą produkcją. Zadania bywają głupie i nieprzemyślane (koniec świata, a Ty chcesz szampana?), zdolności mało przydatne, a klimat znika bardzo szybko (zombie w promieniach słońca są mało przerażające). Pojawiające się tu i ówdzie easter eggs przestają bawić, gdy po raz wtóry muszę naprawić gazrurkę. OK. Nóż może się stępić, pałka roztrzaskać, a w broni zabraknąć naboi, ale jak można zepsuć kawałek STALOWEJ rury!? Czy głowa ludzka zrobiona jest z adamantium, czy też rury z amelinium?

DI oferuje obszerne połacie terenu, piękną grafikę, ogrom broni, latające bebechy i wiele, wiele więcej. Niejednego gracza może zachwycić całkiem solidnym wykonaniem (po kilku miesiącach i poprawkach oczywiście), a u niektórych wzbudzić patriotyczne uniesienie. Ja jednak nadal uważam, że za pierwsze miesiące od pojawienia się gry Techland powinien dostać w krocze.

8. Dead Rising 2

Ech, kolejna dawka nieumarłych. Tym razem w wersji dla osób całkowicie pozbawionych dobrego smaku i empatii. Trzeba być bowiem niezłym świrem, by bawić się DR2. Należy się również wyzuć z uczuć wszelakich, które autorzy starają się wzbudzać fabułą by w pełni cieszyć się grą. Jako zatroskany o losy córki ojciec przemierzamy centrum handlowe w poszukiwaniu leku zapobiegającego przemianie w krwiożercze monstrum, jednocześnie starając się rozwikłać zagadkę szalejących zombie. Jesteśmy bowiem oskarżeni o ich wypuszczenie, należy więc oczyścić swoje imię… Pozwolę sobie zacytować znakomitego komika (Jerzego Carlina): „Bullshit!”

Wątek główny przeszkadza rozgrywce. Poprzez wymuszanie ram czasowych, nie pozwala ani skupić się na rzezi, której jesteśmy twórcami ani podziwiać przedstawionej flory, fauny i architektury. Do wyboru mamy dziesiątki sposobów neutralizacji hordy przeciwników: począwszy od użycia własnych pięści, poprzez przygody z nożami/pałkami/piłą łańcuchową, na granatach nawet nie kończąc. Możemy również - niczym Adam Słodowy - budować własne, przemyślane zabawki: może pistolet na wodę wypełniony benzyną nie jest najbardziej oryginalną konstrukcją, ale wiadro z przymocowanymi wiertarkami (zakładane na głowę) z pewnością jest objawem kreatywności. Ba, nie trzeba nawet używać skomplikowanych narzędzi by być wyjątkowo zabójczym. Miecz rozcinający zombie na dwoje potrafi urzec, a solidny kopniak bywa pomocny.

Zabawa na długie godziny, miejscami nawet śmieszna, ale należy zaprzestać, gdy przy kolejnej wizycie w sklepie zaczynasz się zastanawiać, ilu denatów może zniwelować mrożone salami. Chociaż, z drugiej strony, ci najbardziej normalni i mili zawsze giną w pierwszej fali.

9. Dungeon Siege III

Po odkryciu tej gry, będąc fanem gier RPG, szybko się na nią napaliłem i z tym samym tempem zniechęciłem. Próbowałem podejść do wszystkich części z jednakową dozą sympatii i każda z nich mnie zawiodła.

Trzeciej części serii dałem najwięcej czasu myśląc, że jako najnowsza zaoferuje najwięcej, ale po prostu nie dałem rady. O ile fabuła zapowiadała się ciekawie, o tyle jej liniowość była wręcz horrendalna i nawet chwilami nie zapominałem, że jestem prowadzony za rękę. Ładną grafikę natomiast psuje ograniczenie aktywnego obszaru poruszania się graczy do jednego ekranu. Niewidzialna ściana jest wszechobecna nawet w trybie online. Wielki minus, który postaram się wypomnieć w przypadku innego tytułu.

Staram się znaleźć cokolwiek, co by pozwalało na polecenie tej gry, ale 22 pliki w katalogu ze zrzutami ekranu przypominają mi o tej porażce (dla porównania: CDO - 146; DI - 260).

10. Fable 3

Rok 2005 przyniósł światu Fable - niepowtarzalną grę RPG, w której (chyba po raz pierwszy) decyzje podejmowane przez graczy miały wpływ na fizyczność postaci. Dobrzy bohaterowie promienieli w słońcu, a nad ich głowami kształtowały się aureole. Źli - cierpieli na bruzdy na ciele, rogi i wszechobecne muchy. Również wiek naszej postaci zmieniał się wraz z kolejnymi poziomami co powodowało pojawianie się zmarszczek. Druga część serii ominęła pecety, by po sześciu latach oczekiwań powróciła trójka.

O ile granie samemu przez większość czasu sprawiało radość, było jednak znakiem czasów i czegoś, co można nazwać konsolizacją. Uproszczeniu uległo wiele elementów rozgrywki, czyniąc ją produktem dla niedzielnych graczy. Wzbogacono akcję kosztem części RPG, ciekawe i oryginalne zadania ustąpiły powtarzalnym i prostym do bólu odpowiednikom niepowiązanym z główną fabułą (ile razy można szukać zbiegłych więźniów i prowadzać ich, dosłownie, za rączkę?). W pierwszej części zawarcie związku małżeńskiego dawało frajdę, w trzeciej - nudziło. Rozumiem, że z biegiem czasu pojawiła się możliwość związków tej samej płci, ale degrengolada moralna rozpleniła się nawet bardziej. Nasz bohater zakochuje się, żeni, uprawia seks i podróżuje ratując świat. Wraca do domu i poznaje własne afroamerykańskie dzieci, a na domiar złego łapie chorobę weneryczną.

Tryb co-op ponad dodatkowe osiągnięcia - których i tak mi nie chce odblokować - nie oferuje niczego, co by mogło przyciągnąć na dłużej. Po przejściu gry samemu, nie miałem najmniejszej ochoty zasiąść do niej ponownie. Gra nie dość, że nie zwiększa skali wyzwań (już w singlu jest zbyt łatwa), to jeszcze raczy nas pojawianiem się tych samych wrogów po ponownym wczytaniu mapy. Dodatkowo częste zrywanie połączenia dobija. Samemu - ujdzie, we dwoje - szkoda czasu.

11. F.E.A.R. 3

Wreszcie gra, którą ciężko zbesztać. Jedynym powodem może być jej długość i fakt, że za pierwszym podejściem przegrałem (fabuła zmusza obu graczy do walki ze sobą). Nie jest też tak strasznie, jak w jedynce, ale nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z porządną produkcją.

Sam tytuł daje nam odpowiednio wyważone postacie z odrębnymi zestawami umiejętności, które nie tylko sprawdzają się w trybie Rambo, ale i doskonale uzupełniają przy współpracy. Ubijanie przeciwników w zwolnionym tempie, jak i rozrywanie ich od środka (Zdaje się Krzysiu, że to ja pękłem twój balonik. - On nie jest pęknięty. Jest tylko rozwiązany) dają niezły ubaw. Grafika, płynność gry i sterowanie na medal.

Dobra, ponarzekam: w pewnym momencie gra po prostu zaczęła się wyłączać, kiedy to jeden z graczy umiera. Rozwiązanie problemu - na szczęście - jest proste: nie umierać :)

12. Ghost Recon 2

Nudno, brak kampanii z prawdziwego zdarzenia, irytujące boty i… magiczna dziura, która resetuje grę (obrazek nr 3). Pomimo całkiem niedawnego grania (maj), nie zapadła zbytnio w pamięci.

13. GTA IV

Gier z tzw. sandboxem jest wiele, ale za ich najlepszy przykład śmiało można uznać serię gier GTA.

Pomimo posiadania wszystkich części przyznam, że nie spędziłem nad nimi zbyt wiele czasu. Tryb dla samotnego gracza ze swym pseudo-realizmem zupełnie mi nie podchodzi. Problemy ze znikającymi serwerami oraz brak kampanii przypominają o zmarnowaniu pieniędzy ilekroć spoglądam na listę gier ze Steama. Nawet filmiki Crikena nie pomagają. Zabawnie jest pośmiać się z nich w wolnych chwilach, ale sama gra jest dla mnie źródłem białej gorączki.

Główną przyczyną odrzucenia tego tytułu jest brak kampanii dla wielu graczy, ale to nie jedyny minus. System sterowania pojazdami jest na tyle pokraczny, że odbiera mi chęć zabawy. Nie jest „denny”, ale wciąż spoczywa w grubej warstwie mułu. Brakuje mi również czegoś, co by przyciągało na dłużej. GTA to jeden wątek główny, bez jakichkolwiek motywujących dodatków. Może i osiągnięcia bywają głupie w wielu produkcjach, ale zawsze zwiększają prawdopodobieństwo wydłużenia spędzonego czasu. Tutaj ich, niestety, brak.

14. Hunted: Demon's Forge

Interesujący, ładny i zjawiskowy. Ciekawe i interesujące postaci, przemyślane zagadki, niezgorszy wybór sztuk walki i broni. Gra majstersztyk. Poza z*****m ostatnim bossem. Całość zabawy godna polecenia, POZA OSTATNIM BOSSEM. Serio. Jednym uderzeniem potrafi on uśmiercić dobrą zabawę. Najbardziej stresujący element gry.

Drugą niedoróbką jest system awansowania. Okazuje się, że jedyne zdolności warte inwestowania zdobytych punktów są jednymi z pierwszych w ogóle. Reszta wydaje się być zupełnie bezużyteczna. Jednakże pomimo tego, przyznam szczerze, Bethesda odwaliła kawałek dobrej roboty. Z niby oklepanego tematu chodzonego RPG stworzyła produkt godny polecenia. Po zepsuciu serii Fallout, było to miłe zaskoczenie.

Wisienką na torcie jest edytor map dodający kolejne godziny do marnotrawienia.

15. Icewind Dale 2

Baldur's Gate 1&2, jak i Icewind Dale posiadają toporny i irytujący tryb multi. ID2 nie odstaje od tego schematu, ale pozwala na większą dozę wyrozumiałości dzięki zastosowaniu nowszych zasad D&D. One to sprawiają, że z rzadka można powrócić do tej klasyki gatunku RPG. Trudno jednak przemilczeć fakt, że to, co świadczy o potędze wymienionych tytułów przy grze w pojedynkę, jest ich klęską, gdy chcemy by ktoś do nas dołączył.

W grach strategicznych system turowy jest doskonałym sposobem rozgrywki. Wszelkie działania wymagają gruntownego przemyślenia swoich poczynań i wpływają na ostateczny wynik. W przypadku RPG zawodzi to strasznie, bowiem tylko część akcji dzieje się naprzemiennie. Bardzo szybko denerwuje, że „przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę”. Moi wojownicy są na miejscu! To drugi gracz musi ją zebrać!

16. Loki

Bardzo ciekawe połączenie aż czterech mitologii zostało w niemalże artystyczny sposób sknocone żenująco słabą grafiką, problemami ze sterowaniem oraz długimi czasami ładowania. Tak leciwy tytuł nie powinien mieć najmniejszych problemów z uruchamianiem na nowszych maszynach. Interesujący wątek główny jest nad wyraz miałki, a zmiana boga, z którego domeny pragniemy korzystać polega na szperaniu w Internecie w poszukiwaniu informacji.

Po przygodach z Damnation spodziewałem się miłego zaskoczenia uruchamiając Lokiego, ale nie ma on w sobie za grosz zabawy. Wspomniane Damnation jest mocno niedorobione, ale… motory na parę wymiatają. Loki ma masę błędów i nic ponad to.

17. Lost Planet 2

Windows Live Microsoftu uważam za najgorszą platformę rozrywki cyfrowej dla PC: problemy z wydajnością, zrywanie połączeń i utracone jedno z kont. Zdawałoby się, że trudno będzie znaleźć jakiś pozytyw dla tej usługi. Po dość długim czasie jednak się udało. Tym plusem jest dzieło Capcomu, w którym rozrywka online (oparta o dziecko MS) działa bezbłędnie. LP2 ciężko ocenić negatywnie, bowiem tak dobrego tytułu dawno nie widziałem. Gra ukończona niejednokrotnie, za każdym razem zachęca by odpalić raz jeszcze.

Biegamy sobie wojownikami, prując do wszelakiej maści potworów pośród terenów delikatnie przypominających te z Damnation. Walka zdaje nigdy się nie kończyć, ale pomimo ciągłych fal przeciwników mamy czas by zregenerować siły (w odróżnieniu od C:DO). Spory zasób broni, zabawy na linach i walki mechami nie pozwalają się nudzić. Ponadto fabuła pozwala nam na zwiedzanie wielu nietypowych lokacji, w tym stacji orbitalnej, z której przyjdzie nam spaść na ziemię.

Satysfakcję potęguje duża płynność samej gry oraz niepowtarzalna grafika. Co jak co, ale ogromny czerw goniący za pociągiem na długo pozostaje w pamięci.

Ponarzekać mogę jedynie na mocno konsolowe sterowanie, które wymaga przyzwyczajenia się. Nieco łatwiej się gra gdy pamiętamy, by pierwszą opcją do wyłączenia było wspomaganie celowania.

18. Neverwinter Nights

NN rozwinęło temat klasycznych RPG dodając tryb mutli, który w końcu działa jak należy. Chociaż zlikwidowanie tur przy braku ostrożności może zakończyć się przeskakiwaniem zadań, reszta jest doskonała. Wspólne ratowanie świata, ubijanie wiosek (po zaliczeniu zadań), awansowanie. To wszystko w pełni oddaje prawdziwy klimat D&D: wciągająca historia i wiarygodni bohaterowie (głupi Ork prawdziwie nie potrafi się wysłowić!) pozwalają zanurzyć się w świat fantazji.

Z racji wieku, problemy z wydajnością nie występują, grafika wciąż znośna (są mody) i kamera, na którą nie mogę narzekać. Zdaję sobie sprawę, że w Internecie znaleźć można wiele krytyki na jej temat, ale dla mnie jest idealna.

Minusy tej gry są zarazem jej plusami. Wspólny system reputacji czasami ogranicza rozgrywkę, ale i nadaje realizmu. Skoro gramy w jednej drużynie, to normalne, że niecne występki mojego złodziejaszka wpływają na postrzeganie wędrującego obok druida.

19. Neverwinter Nights 2

Nowszy tytuł, który przebiłby pierwszą część, gdyby nie niedoróbki fabuły związane z dodatkami (o ile dobrze pamiętam ostatni nawet nie pojawił się w Polsce). W NN niezależnie od widoku, ciężko się było dopatrzeć sufitu w jakiejkolwiek lokacji. Za to pod koniec NN2 nagle się on pojawia i spada bohaterom na głowę. Czy można było wymyśleć głupsze zakończenie? Drużyna bohaterów zabija smoki, ratuje białogłowe, powstrzymuje zagładę świata i przegrywa ze stertą cegieł.

Maska Zdrajcy (jedyny dodatek, który rozpocząłem) nie chroni przed brakiem spójności fabuły. O ile byłbym w stanie wybaczyć amnezję rodem z telenoweli i zapomnienie wszelkich umiejętności przez moją drużynę, o tyle wydłużenie gry przez drastyczne podniesienie poziomu przeciwników woła o pomstę do nieba. Byle wieśniak obraca mój zastęp w perzynę.

Zagadka: wątek Maski zakłada, że nasi bohaterowie zostali przerzuceni w miejsce oddalone dwa/trzy miesiące drogi od wydarzeń z podstawki. Od początku NN2 wiemy, że do zagłady mamy kilka miesięcy. Wiemy też, że „za granicą” byle patałach góry przenosi. Pytanie: jaki poziom inteligencji prezentują bohaterowie podstawki nie wysyłając żadnych delegacji po pomoc?

Dwójka nie jest zła. Jeśli za bardzo nie wnikamy w szczegóły opowieści, to jest ona zdecydowanie lepszym kąskiem od jedynki. Ja jednak jestem osobą czepialską i preferuję NN1.

20. Payday: The Heist

Pomysł nader ciekawy: 4 graczy napada na bank i musi się z niego wydostać. Dorzućmy do tego ładną grafikę i system specjalizacji/awansowania. Wynik: mizerny. Jakkolwiek by nie patrzeć na tę grę, im więcej czasu przy niej spędzam, tym bardziej przypomina ona L4D i nie o sam silnik się tutaj rozchodzi.

Hordy przeciwników w L4D są elementem, w który łatwo można uwierzyć. Skoro jako jedyni przeżywamy apokalipsę, nic dziwnego w tym, że reszta świata chce nas dopaść. W PtH rzesze policji po prostu zniechęcają windując poziom trudności do granic absurdu. Bez względu na liczbę graczy zawsze się ma wrażenie, że jest o jednego za mało, a gra i tak ma obniżony poziom trudności wobec pierwotnie zamierzanego. Przestać jęczeć i grać? Próbowałem, ale bieganie za amunicją pośród niekończących się fal nie ma najmniejszego sensu. Specjalizacje postaci są równie bezużyteczne, co zdolności do odblokowania, gdyż w ogóle nie wpływają na przebieg rozgrywki. Do tej pory - przeklinając - przeszedłem jedynie dwie misje po wielu, wielu godzinach grania. Nie warto sobie więcej szarpać nerwów.

21. Portal 2

Czy dobrą grę logiczną można ulepszyć trybem co-op? Zdecydowanie tak! Dodanie możliwości współpracy to strzał w dziesiątkę. Po raz drugi przychodzi nam się zmierzyć ze złośliwościami GLADOS. Operując zabawnymi robotami rozwiązujemy 6 zestawów map z humorystycznym i lekko głupkowatym zakończeniem. Przyjemny smaczek, a takich tu wiele: od wielobarwnych glutów, aż po osobliwe gesty.

Grze zarzucić można jedynie to, że jest zdecydowanie za krótka. No i Steam DRM. Jakimś dziwnym trafem, gra na platformie Steam, wydana przez Valve nie działa na moim komputerze domowym. Zrozumiałbym, gdyby dotyczyło to jakiejkolwiek firmy zewnętrznej, ale Valve? Jakim cudem komputer roboczy z masą oprogramowania szpiegującego nie ma żadnych problemów (choć potrafi czasami zamulić nawet głupiego Notepada), a domowy PC - ma? Po co w ogóle zabezpieczenia, skoro sama gra jest przypisana do konkretnego konta, bez którego jej nie uruchomimy? Jakoś piraci nie mają problemów z takimi udogodnieniami.

22. Rainbow Six: Vegas

W odróżnieniu od poprzednich gier serii R6, w tej mam większą kontrolę nad członkami zespołu (czyt. potrafię w nią grać). Aż czterech (!) graczy walczy z terrorystami wykorzystując całkiem spory arsenał broni zarówno w trybie kampanii jak i pojedynczych wyzwań. Do przyjemnych elementów gry należą również zabawy na linie, głową w dół i… granaty zapalające. Chory umysł gracza pozwala na krzywy uśmiech, kiedy to przeciwnicy cierpią w płomieniach. Zabawnym jest również mocno ograniczone tłumaczenie gry, z którego dowiadujemy się, że typowy terrorysta to tonący w długach pendejo o imieniu Marcell. Oczywiście, jak i w innych produkcjach Ubisoftu, inteligencja komputerowego przeciwnika potrafi nie raz zadziwić i zabicie 2 z 3 stojących obok siebie wrogów, nie oznacza zaalarmowania ostatniego z nich.

Drobne błędy można jednak wybaczyć, bowiem tytuł ten spisuje się znakomicie pod kątem rozrywki. Wygląda też bardzo ładnie i nie ma problemów z wydajnością.

23. Rainbow Six: Vegas 2

Podobnie do oryginału i tutaj mile spędziłem wiele godzin prując do przeciwników ile wlezie. Jednak - w odróżnieniu od jedynki - kampania pozwala na wspólną grę jedynie dwójce graczy. Ciężko przemilczeć głupotę takiego rozwiązania, skoro i tak podążają za nami dodatkowi towarzysze sterowani przez komputer. Dziwnym trafem, tryb wyzwań nie ma tego problemu. Rozumiem, że Ubi chciało, by dwójka bohaterów była bardziej związana z fabułą, ale obowiązkowi komputerowi gracze zdają się temu zaprzeczać. Tym bardziej, że przez większość czasu są irytujący i najlepszym sposobem zarządzania nimi jest wysłanie ich jak najdalej od siebie, by po prostu nie przeszkadzali. Z równie niemiłym zaskoczeniem odkryłem, że od czasu do czasu gra przycina niesamowicie w najmniej spodziewanych momentach. Ogromną wadą tej części jest coś, co przypomina mi o porażce Hidden&Dangerous 2: sokoli wzrok wrogów. Nie ważne czy to noc, czy mgła, czy deszcz. Jeśli przeciwnik jest skierowany w Twoją stronę: na 100% ciebie widzi i trafia, o ile mu magazynek pozwala.

Odrzucając narzekanie w kąt przyznaję, że ciężko przeoczyć ulepszenia systemu walki zaimplementowane przez programistów. Nie tylko dodano upragnioną możliwość biegania, ale i rozszerzono opcję związaną z wychylaniem się zza węgła: kamera nie pozwala już na zbyt mocne spoglądanie zza rogów, co czyni ją nieco bardziej realistyczną. Wprowadzono też punkty doświadczenia, które odblokowują dodatkowe elementy wyposażenia, co pozytywnie motywuje do powtarzania etapów gry. Do osobistych porażek zaliczę nieodblokowanie rewolweru Raging Bull, co też nie pozwala mi na kompletne zmiany ekwipunku (znalazłem jeden egzemplarz i nie chcę go stracić).

24. Sacred

Przebrzydła grafika i powtarzalność tej produkcji nie powinny zwieść nikogo: godziny zabawy gwarantowane. Faktem jest, że Sacred wydaje się ogromną zrzyną z Diablo. Ba! Sami autorzy byli tego na tyle świadomi, że w świecie gry umieścili wieś o nazwie Tristram. Zatem, co wyjątkowego ma do zaoferowania?

Świat przedstawiony w tej produkcji jest jednym z największych, jakie spotkałem, nawet bez dodatków rozgrywanych w obrębie tej samej mapy. W ciągu ostatnich kilku lat spędziłem wiele godzin z Sacred i do tej pory nie odkryłem 100%. Same dodatki oferują akcję w naturalnie niedostępnych lokacjach (np. góry), co buduje klimat gry. Warto to docenić, gdyż nie wszystkie RPG dostępne na rynku czynią to w tak płynny sposób (np. taki Fallout: New Vegas pluł mi w twarz niewidzialnymi ścianami, w zbyt wielu miejscach, by to zignorować). Plusem jest również udane łączenie magii z niektórymi zdobyczami techniki (krasnoludy z armatami). Nader oryginalne Arcanum zawodziło z tym na całej linii. No i nie zapominajmy o wierzchowcach, które dane jest dosiąść.

Niestety, nie obyło się bez błędów, które nie pozwalają na ciągłą rozgrywkę. O ile jest ona przednia, należy podchodzić do niej okresowo. Zdarza się, że gra sypie błędami przy próbach zapisu (tylko multi) lub psuje sejwy postaci (zwłaszcza na Win7). Po takiej przygodzie, postaci tracą możliwość używania niektórych zdolności i jedynym, co pomaga jest użycie odpowiednich narzędzi, by stworzyć bohaterów od nowa, ale i tak jest to rozwiązanie krótkofalowe. Gwoździem do trumny jest też nużące odradzanie się przeciwników i pewna utrata kreatywności w dodatkach (ogromne muchy i dżdżownice? tylko na tyle was stać?).

25. Sacred 2

Za każdym razem, gdy spotykam się z kontynuacją dobrej gry, podstawowe pytanie, które sobie stawiam brzmi: „co tym razem zepsuli”? Fatalistyczne podejście pozwala czasami uniknąć niemiłych niespodzianek, jest też jednak złym znakiem czasu. Sacred 2 wyszedł twórcom tak nieudanie, że jedyną rzeczą, która może zachwycić jest oprawa wizualna czarów, reszta - boli.

Jedyne co mogę napisać to ostrzeżenie przez wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Jeśli masz trochę wolnego czasu, to kup cokolwiek innego z trybem multi. Tutaj zamula on całość przeraźliwie. Jeśli masz Windows 7 - zapomnij o rozgrywce (PhysX ją zawiesza). Nie tykać i zapomnieć - oto jedyny sposób na tę grę.

26. Saints Row 2 & 3

Ilekroć bym nie podchodził do trójki, za każdym razem znajduję w niej coś nowego, co przyspiesza mój proces starzenia i powoduje łysienie. Nie mogę bowiem uwierzyć, jak można było cudowną grę popsuć tak bardzo. Wiem, że druga część jest nieudanie przeportowaną kupą, ale czas nad nią spędzony ustępuje jedynie serii L4D. Wiele można zarzucić dwójce, od wydajności po dziwaczne sterowanie pojazdami, jednak wiele rzeczy w niej jest o niebo lepsze od następcy. Tym, co przyciągnęło mnie do SR2, była - w odróżnieniu od GTA - oferta pewnego braku realizmu w trybie sandbox. Wspomnę, że bardzo niechętnie podchodziłem do widma zakupu, ale w końcu stwierdziłem „20zł? A co mi tam!” i się nie zawiodłem, ani o jotę!

Podstawową zaletą jest to, że przebywając w świecie Świętych mamy wrażenie pełnej kontroli nad tym, co się dzieje. Przez chwilę możemy się poczuć jak Zły Hancock i siać pogrom w naszym mieście. Pozbawieni moralności i części ograniczeń fizycznych, z łatwością rzucamy przechodniami w powietrze i wyrywamy hydranty/znaki drogowe, którymi po chwili katujemy nieszczęśników ;) Wyższe poziomy trudności prawdziwie utrudniają zabawę (w SR3 godzinna jazda czołgiem to pestka), a same miasto zdaje się większe niż w 3. Każda z dzielnic oferowała też coś wyjątkowego. Pooglądać mogłem muzeum techniki, albo szkielety dinozaurów, tudzież pobiegać po planetarium. Trzecia część niby oferuje więcej treści, ale gdy oglądam filmiki na Youtube, dziwnym trafem rozpoznaję wszystkie prezentowane miejsca, pomimo tego, że nie grałem w nią zbyt wiele.

Wracając do fabuły gry: w obu częściach pniemy się na przestępczy szczyt realizując rozmaite misje, ale tutaj podobieństwa się kończą. Przede wszystkim: w dwójce mieliśmy do czynienia z czterema, całkowicie niezależnymi, gangami. W trójce - gangi niby 3, ale cały czas ze sobą współpracują. O ile w SR2 można było przestępców na siebie napuszczać, w 3 jest to niemożliwe. Jeśli ktoś ciebie goni, to są to wszyscy, łącznie z policją. Oczywiście, w 2 każdy gang miał własną linię fabularną, a kolejność ich wykonywania zależała od gracza. Miał też charakterystyczne dla siebie pojazdy i style walki. Dodatkowo trzeba było sobie poradzić z systemem reputacji, który wymagał od nas wykonywania misji pobocznych. To one przyznawały punkty niezbędne do odblokowania wątków misji głównych. W 3 wszystko jest „na telefon”. Wystarczy zadzwonić do wybranej osoby by pchnąć akcję do przodu. Spore ułatwienie, ale skutecznie niweluje potrzebę poznawania miasta. Brak przymuszenia teoretycznie daje większą swobodę, ale ostatecznie sprawia, że po prostu się nie chce zwiedzać. Musiano również zrezygnować z możliwości powtarzania misji. Czyżby dlatego, że w trójce nie bawią one tak samo? W SR2 warto było rozgrywać je wielokrotnie dla samych filmików. Misje poboczne były nie tylko źródłem uciechy (nielegalne walki, przekręty ubezpieczeniowe, bieganie nago…), odblokowywały również dodatkowe atrybuty, pojazdy i bronie. Teraz są po prostu nudne, bowiem wszystkie ulepszenia można kupić dzwoniąc pod wybrany numer. Gdzie się podziało hasło „więcej treści” tak obwieszczane przez producentów?

Oberwało się głównym bohaterom co niemiara. W SR2 nasz gangster był mizantropem bez skrupułów gotowym na wszystko. W 3 zmiękł on aż nadto. Postaciom dodatkowym nie brakowało oryginalności i swoim zachowaniem pasowały do świata gry. Gatt chociaż był psychopatą, to jednak wzbudzał sympatię z powodu zasad, którymi się kierował. Pierce był mięczakiem niezwykle przydatnym. Nawet Carlos tkwi w pamięci pomimo przedwczesnej śmierci. Ostatecznie Shandi z dredami (czasem głupia jak but) pasowała do całości. Każda z tych osób była idealnie przypisana do gangu przeciw któremu miała działać. SR3? Woda sodowa uderzyła do głowy Pierce'a. Shandi zmieniła się w Latino i stała się krnąbrna, a Gatt? Cóż. Studio Violition zdecydowało się Gatta zabić. Nie wiem, czym się kierowano przy wyborze tej decyzji, ale usunięcie tak ciekawej postaci jest objawem występowania przeciwko graczom. Przemilczę DLC ze zmartwychwstałą wersją. Szczerze: cieszyłaby mnie śmierć Shandi i nawet skłonny bym był się za nią mścić. Żałowałbym Pierce'a i przeprowadził niemałą vendettę. Ale GATT?

Dostosowywanie wyglądu gracza jest kolejną rzeczą świadczącą o wielkości tego tytułu. Od samego początku mamy do dyspozycji zaawansowany edytor postaci, który pozwala na zbudowanie własnego psychopaty pasującego do gustu gracza. Dziesiątki suwaków zmienia cechy anatomiczne, a przygotowane głosy dopełniają reszty. W dwójce mieliśmy do wyboru piękny akcent (Cockney?) rodem z filmów Guya Ritchiego (np. Przekręt, Porachunki). W Trójce chciano z niego zrezygnować na rzecz pojękiwań Zombie, ale na szczęście są oba. Podobno ulepszono sam edytor, ale nie potrafię tego dostrzec. Kogokolwiek bym nie stworzył, mam wrażenie, że występuje on/ona w trzech różnych wersjach: filmiki, edytor i sama gra. Może to placebo, ale ciągle mam wrażenie, że żadna z wersji nie jest tym, co buduję. W SR2 postaci były brzydkie, ale ta brzydota przenosiła się do świata gry. Czasami tworzyłem wirtualne byty odpowiadające rzeczywistym osobom i bywało to całkiem zabawne. W SR3 po prostu nie potrafię. Jakkolwiek się nie staram, zawsze otrzymuję nie to, do czego zmierzam. Dodatkowym utrapieniem są dziwnie analne fiksacje edytora. Rozumiem, ze silnik dwójki pozwalał jedynie na mniej lub bardziej męskie modele, ale obecne rozwiązanie jest gorsze: wszystkie „babki” mają przerażająco wielkie… zaokrąglenie ;) No i te kostiumy. Dwójka dawała system warstw dla ubioru, kostiumów i zestawów, co czasami potrafiło męczyć, ale poszukiwania wymarzonych skarpetek do naszych klapek i wędrówki po zróżnicowanych sklepach zachęcały do poznawania miasta. W trójce mamy jedną markę sklepu, z gotowymi kostiumami i nieistniejącą obsługą. Tak! W Saints Row The Turd w sklepach nie ma sprzedawców. W ten sposób unikam być może niepotrzebnych alarmów, ale i czuję, że coś mi zabrano. A propos alarmów. W drugiej części, by pozbyć się obławy, korzystamy ze stacji napraw samochodów tak, jak w pierwszych częściach GTA. W trzeciej odsłonie - po prostu wchodzimy do sklepu lub kryjówki. To tak gwoli upraszczania rozgrywki. Upraszczania, które zamiast sensownych gwiazdek i paska postępu pokazujących stopień nasilenia alarmu, pasek ten usuwa. Na 100% gra się łatwiej.

Tyle jadu wylewam i zastanawiam się, za co mógłbym SR3 pochwalić. Mam! Poprawiono sterowanie pojazdami. SR2 miał gorzej przeportowaną jazdę samochodami. Tak złą, że przyspieszanie zacinało grę. Tak złą, że najlepszym wyjściem było biegać lub latać helikopterem. Trójka naprawia ten problem i jazda autem staje się o wiele przyjemniejsza. Tzn. stawałaby gdyby nie kolejny, głupi element. W imię większego realizmu usunięto hamulec ręczny. Tego wynalazku po prostu brak. Violition w przypływie genialności stwierdziło najwidoczniej, że gracze są zbyt durni, by wykonać poślizg kontrolowany przy użyciu hamulca ręcznego. Teraz mamy awesome button, który za magicznym naciśnięciem pozwala na „driftowanie”. Sam już nie wiem, czy to ja jestem super mutantem o zręczności małpy potrafiącym wykonywać efektowne wślizgi w niemalże każdej grze, czy też ułatwianie przerosło granice absurdu. Nie chcę dożyć czasów, w których włączając grę zobaczymy Press A button to Win and Finish the game.

Historia zepsuta, tworzenie postaci zepsute, świat gry okrojony (DLC nie rozwiązuje sprawy: Genki, czy kosmos - oba znikają przy Glinach), a z zabawnego i momentami kontrowersyjnego sposobu gry pozostawiono jedynie to ostatnie (wielkie fioletowe dildo nie zastąpi wyrywania znaków i koszy na śmieci). Zamierzano powiększyć świat gry, a zaoferowano wielki zawód. Moje zaufanie do tak ciekawego produktu zostało zdeptane i wymieszane z błotem. Autorzy zamiast skupić się na zaletach poprzednich części, postawili na własną wizję, która jedynie w kawałkach pokrywa się z tym, do czego zdążyli mnie wcześniej przyzwyczaić. Nieładnie.

No i stacje benzynowe, motyla n*ga! Wybuchające dystrybutory paliwa były nad wyraz urokliwe. Teraz chowając się za jednym, mogę wysadzić w powietrze drugi i odejść sobie bez szwanku. Znów coś we mnie umarło.

27. Splinter Cell 3

Po krótkim i ciut nieudanym (klatkowanie) treningu dwójka agentów do zadań specjalnych rusza do akcji. W osłonach mroku, przy wzajemnej pomocy, eliminuje terrorystów realistycznym uzbrojeniem i cierpliwością. SC3 będąc skradanką wymaga niebotycznej cierpliwości, którą to kończy upragniona eliminacja wroga dająca dużo satysfakcji.

Tryb co-op wyszedł niemalże idealnie. Poza początkowymi sekwencjami trudno ponarzekać na płynność działania, a i sama grafika stoi na przyzwoitym poziomie. Ten tytuł mogę polecić każdemu. Zwłaszcza, że może go znaleźć gdzieniegdzie za grosze.

28. Splinter Cell Double Agent

Ponieważ wszystko, co dobre, ma tendencję do szybkiego kończenia się, Ubisoft postanowił spartaczyć część następną. Double Agent to porażka na całej linii. O ile historię w trybie single player można jakoś przełknąć, o tyle co-op nie istnieje. Obok pojedynczych misji w głupawych pseudo-lokacjach nie można przejść obojętnie: spalić i zakopać.

29. Splinter Cell Conviction

Od jakiegoś czasu Ubi wypina się na graczy i serwuje im szmirę wykorzystując wielkość niektórych tytułów. Nie znając osobiście problemów sieciowych serii Assasin Creed, zaskoczyłem się co niemiara. Naiwnie kupiłem wersję pre-order SC:C tylko po to, by borykać się z wyskakującymi okienkami zawierającymi informacje o braku połączenia sieciowego. Po szybkim wydaniu łatki sytuacja częściowo się poprawiła: mogłem w końcu grać samemu, ale o jakiejkolwiek współpracy przez Internet nie było mowy. W końcu po kilku miesiącach udało mi rozegrać sesję dla wielu graczy, tym razem wyłącznie dzięki sieci LAN.

Nie warto było czekać. Jako, że tendencja spadkowa jakości gier utrzymuje się, Ubi całkowicie straciło moje zaufanie. SC:C to gniot jakich mało i po dziś dzień pieniądze wydane na ten zakup traktuję jak wyrzucone w błoto.

Dlaczego? Przede wszystkim nie jest to już produkcja, do której przyzwyczaiłem się przed laty. Skradanie się przestało mieć znaczenie i całość można ukończyć bez zbytnich ekscytacji w trybie Rambo. Nie tego oczekiwałem. Chciałem kontynuacji zabaw z trójki, a wciśnięto mi miernotę. Tryb egzekucji, który miał być ciekawą atrakcją, można bez wysiłku oglądać tak często, że szybko staje się nudny. Jeśli ktoś na serio nie ma co z pieniędzmi zrobić, niech już lepiej kupi kilka kopii trzeciej części przygód Samuela Fishera.

30. The First Templar

Rycerze zakonni walczący z Inkwizycją i Muzułmanami budują ciekawy wątek historyczny, aczkolwiek poprawność polityczna tego tytułu leży i kwiczy. Świetnie! Postaci, którymi gramy pomimo reprezentowania chrześcijańskich obyczajów, momentami emanują czarnym humorem i fanatyzmem. Dzięki temu nie tylko wydają się bardziej ludzcy, ale i oddają charakter „tamtych czasów”. Grywalności nie zakłócają ani grafika (świetne lokacje: od Francji aż po Ziemię Świętą), ani system awansowania (choć głównie walczymy zwykłą bronią). Wszystko działa bardzo płynnie, a sama gra jest jednym z lepszych tytułów wydanych w ciągu ostatnich lat.

Jako minus przychodzi mi jedynie własna wybredność: nie wiedzieć czemu, ale wciąż zabieram się do drugiego przejścia. Pozycja świetna, ale jakoś mi „się nie chce”. Może liniowość fabuły ma tu coś do powiedzenia? A może łatwość zdobywania umiejętności?

31. Titan Quest: Immortal Throne

Można by pomyśleć, że chodzone RPG prędzej czy później muszą się w końcu przejeść, ale w moim przypadku apetyt jest wciąż niezaspokojony. Tytan jest kolejną rąbanką niekończących się fal wrogów z elementami magii, statystykami i drzewkami umiejętności. Grą, w której rozgrywka to w zasadzie hasło „za ikspeki” lub „o jeden mieczyk za daleko”.

Oryginalności dodaje jednak osadzenie wszystkiego w Greckiej mitologii, które wciąż jest całkiem świeżym kąskiem. Darmowe mody zwiększają również przygodę o setki broni, postaci, miejsc i umiejętności. Dodatki te są świetną wymówką do wielokrotnego przejścia TQ, bowiem wiele z nich całkowicie zmienia dostępność (lub istnienie) klas postaci.

Titan przestał jednak być wspierany przez producenta spory szmat czasu i potrafi sprawiać niemałe problemy pod Win7. Brat mój kiedyś podsumował TQ słowami: „Gra świetna, jak działa”.

32. Tomb Raider: Guardian of Light

Pierwsze dni Strażnika były niezłą wtopą. Gra przez długi czas zapowiadana jako przygody panny archeolog w zupełnie innym stylu, nastawionym na współpracę, w dniu premiery oferowała tylko tryb dla jednego gracza. Dopiero po kilku miesiącach udało się temu zaradzić i wypuścić na świat lekturę lekką i nader przyjemną.

Zgodnie z obietnicą, nie zobaczyłem pełni wygibasów szlachcianki, czy rekordowej liczby wielokątów. W zamian otrzymałem sporą dozę niedzielnej rozrywki, która okazała się w pełni satysfakcjonująca. Po prawdzie wszystko rozgrywa się na jednym ekranie, ale w żaden sposób nie psuje to zabawy. Tym co ogranicza frajdę jest jedynie implementacja badziewnego DRM, przez które mój PC odmawia współpracy. Na szczęście, mam dostęp do lapka, który się nie obraża z byle powodu.

33. Torchlight 2

Ekipie z Runic Games udało się dokonać czegoś niebywałego. Stworzyli oni tytuł niemalże idealny, który to psują w miarę poprawiania go. Do niedawna uważałem, ze wszelkie patche mają za zadanie poprawianie błędów i ulepszanie gier, ale w tym przypadku sytuacja jest zgoła inna.

Pierwsze przejścia T2 obyły się bez większych niespodzianek. Tytuł solidny, zaskakujący prędkością i dbałością o detale. Jedno z zadań pobocznych zacięło się dla jednego z graczy, ale „pierwsza wersja, jeszcze naprawią”. Niestety, w miarę wychodzenia łatek, problemy zaczęły narastać. Pierwszym był wątek główny nie ruszający z miejsca. Wypuszczono poprawkę, która sobie z tym radziła, ale uwalała grę w przypadku użycia jednej ze zdolności. Szybko i to załatano, ale pojawiły się problemy z synchronizacją. Od ostatnich „poprawek” są one na tyle poważne, że nie jestem w stanie rozegrać jakiejkolwiek partii co-op. Rozumiem, że gra online może się czasami kaszanić, ze względu na jakość połączenia, ale LAN? Podczas gdy mój bohater biega dookoła i szlachtuje setki przeciwników wspólnie z drugim graczem, ten na swoim ekranie widzi zamrożony model mojej jednostki. Czyżby Runic Games uznało, że swoje 70 złotych już „ugrałem” i na więcej nie zasługuję? Szkoda słów.

Pomimo tego przykrego faktu, gra stała na najwyższym poziomie. Płynność powalała, bajkowa grafika potrafiła onieśmielić, a wybór postaci należał do jednego z ciekawszych w tego typu produkcjach: do wyboru jedna z czterech (Berserker, Embermage, Engineer, Outlander) z uwzględnieniem płci. Do tego dochodzą oczywiście chowańce (1 z 8 zwierzaków), które nie tylko pomagają w walce, ale potrafią również dokonywać zakupów w sklepach! Nie trzeba już biegać po miastach pozbywając się ekwipunku. Ten natomiast przejmujemy dla siebie na wyłączność (każdy gracz ma swój własny łup).

Długi czas wersji beta zaowocował też świetnie przemyślanym interfejsem użytkownika. Nie dość, że nawet laikom ciężko się w nim pogubić, to opcje z nim związane są nieźle rozbudowane. Chyba po raz pierwszy w historii gier widzę, że menu można skalować. Większą część ekranu zajmuje pole bitwy, a interfejs - zmniejszony do 50% oryginalnego rozmiaru. Miodno.

Dla mnie T2 się skończył i na długo pozostanie w pamięci. Innym graczom zalecam zakupienie wersji pudełkowej i wyłączenie aktualizacji co pozwoli na zatopienie się w świecie gry na dłużej. Szkoda jedynie, że samemu nie mogę zastosować tej praktyki: mam wersję Steam, a jedna z aktualizacji zmieniła nieco format zapisu. Zatem ryzykuję utratę zapisanych postaci, a na to nie mam ochoty. Może za kilka lat wrócę do gry od zupełnych postaw.

34. Magicka

Jedna z bardziej oryginalnych gier ostatnich czasów zawładnęła sercami wielu fanów. Przyczyniły się do tego nie tylko rozbudowane DLC, ale - przede wszystkim - ciekawie skonstruowany system magii.

Czarowanie opiera się na odpowiednim mieszaniu podstawowych żywiołów, którymi operujemy: czary wody z powietrzem by uzyskać lód, ziemię z ogniem by używać kul ognistych itp. Kombinacji jest co niemiara. Do tego należy pamiętać, że żywioły mogą się wzajemnie niwelować (woda i ogień) lub kumulować (mokre cele można łatwiej porazić prądem, ale trzeba też uważać by samemu nie oberwać). System alchemii potrafi dać sporo radości, a efekty bywają ciekawe (miny leczące). Na szczęście mniej cierpliwi mogą liczyć na pomoc gotowych zwojów. Wydawać by się mogło, że tytuł ten zapewni długie godziny rozrywki, ale tak się dla mnie nie stało, a winę za to ponosi szereg niedoróbek i dziwnych decyzji podjętych przez twórców i związany z tym chaos.

Najbardziej irytującą rzeczą, która mogłaby działać na korzyść graczy, jest wyrzucanie postaci poza ekran. Wystarczy chwila nieuwagi by nie tylko przeciwnicy marnie zakończyli swój żywot. Frustrację pogłębia ograniczenie ekranu do jednego obszaru działania. Nie ma znaczenia liczba graczy gdyż wszystko dzieje się w zasięgu wzroku. Już grając we dwoje ciężko ogarnąć, co się dzieje na ekranie, a gra jest przecież domyślnie przeznaczona dla CZTERECH graczy. Jeden ekran, czwórka przyjaciół, dziesiątki przeciwników, efekty pogodowe i efekty czarów - oto przykład chaosu. Potęgowany żenująco niską rozdzielczością produkcji. O ile kolorystyka i ogólna jakość grafiki wydają się w porządku na pierwszy rzut oka, tak przy bliższej konfrontacji urągają graczom. Może w pewien sposób pasują do dziwacznych trendów ostatnich czasów, mi jednak przeszkadzają. Jakichże to trendów?

Wraz z rozwojem techniki pojawiają się coraz większe ekrany, które w zamyśle powinny dawać większy obszar roboczy. Część użytkowników nie radzi sobie jednak ze zbyt małymi elementami interfejsów (mniejsze piksele == mniejsze ikony) i rekompensowane jest to sztucznym ich powiększaniem. Zatem pomimo większych rozdzielczości, nadal mamy zbliżoną procentowo powierzchnię działania. W ten sposób operujemy na ikonach 256x256 i jednozdaniowych kafelkach. W moich oczach to żaden postęp. Znośny, jeśli konfigurowalny (viva la Torchlight), niewybaczalny w przeciwnym przypadku.

Na to właśnie cierpi Magicka: oferuje ona postaci tak wielkie, że pomimo pięknej grafiki wspomnieniami wracam do tytułów sprzed co najmniej 10 lat. Jeśli gra z gatunku opisywanej nie daje mi kontroli nad tym co widzę (ustawień brak) i powoduje oczopląs, tym gorzej dla niej. Grając, chcę w jakiś sposób kontrolować sytuację i gra powinna mi to umożliwiać. Poziom trudności nie może zależeć od częstotliwości ataków epilepsji, czy łamania palców bezmyślnym naparzaniem klawiatury. Nie wspomnę nawet o historii, która ulatuje gdzieś po pierwszych 5 minutach i wpada w zapomnienie.

No i ten humor, który zdaje się być ostatnią deską ratunku. Wymuszany i powtarzalny ponad granice mojej wytrzymałości. Ile w końcu razy jedna z postaci (Vlad) może twierdzić, że nie jest wampirem i czynić wampirze powinności chwilę po? Umierający Kenny jest po stokroć zabawniejszy.

35. Watchmen & Watchmen 2

Człowiek-skarpetka i Nocny (ru-)Puchacz wyruszają walczyć z przestępczością pod osłoną nocy :) Ciężko by było spotkać kogoś, kto nie widział filmu, czy też nie słyszał o serii komiksów związanych z tym tytułem. Brutalna powieść o podstarzałych bohaterach daje się lubić i pozwala zapomnieć o bożym świecie.

Znakomita, acz liniowa fabuła* doskonale wprowadza w rzeczywistość serii Watchmen i zachęca do głębszego jej poznania. Świetne animacje walk pełnych przemocy i klimat rodem z filmów noir, które po prostu wciągają. Niby całość jest prosta aż do bólu, ale nie potrafiłem się od niej oderwać. Obie części tej gry doskonale łączą się w jedno i niesprawiedliwym byłoby próbować opisać je oddzielnie.

Pokrzyczeć mógłbym w tym miejscu na to, że tryb co-op działa tylko na podzielonym ekranie, ale jest to zrobione z namysłem i działa należycie. Pomimo początkowych problemów z kontrolerem (niektóre pady mają problem z obracaniem obrazu) bijatyki nie sprawiają większych trudności, więc czas zmarnowany należy do przyjemnych. Co prawda, w trybie dwóch graczy nie ujrzymy niektórych animacji walki (latające zęby), ale jest to w pełni wytłumaczalne wymogami rozgrywki.

Niska cena produktu jest kolejnym argumentem namawiającym do zakupu, pomimo tego, że swoje wersje zdobyłem dzięki CD-Action.

*) No dobra, bójka o los bohaterki jest słabym zakończeniem, ale do przełknięcia. Równie dobrze mógłbym czepiać się tego, co zrobiono w filmie.

36. Darkness II

Mało, zdecydowanie za mało oferowanej rozgrywki. Czas jej poświęcony porównać można z F3, co nie należy do największych osiągnięć w historii gier. Darkness 2 jest jednak cudowne.

Tryb współpracy daje nam do wyboru 1 z 4 antybohaterów z unikalnymi mocami. Bezlitośni dranie (jedna pani) rozprawiają się z przeciwnikami częstując ołowiem, rozrywając na strzępy za pomocą magii, czy też ćwiartując mieczem/toporkiem. Brutalność w tej produkcji przewyższa Strażników, ale jej nierealność nie dościga - na szczęście - czegoś takiego jak Manhunt.

Każda z postaci ma również swoją własną, ciekawą historię do opowiedzenia i moce do wyboru. A i te zostały porządnie przemyślane. Chociaż pod względem możliwości nasza czwórka razem nie dorasta do pięt głównemu bohaterowi trybu single player, drzewko ich atrybutów jest na tyle dobrze zrobione, że ciężko się nudzić grając wielokrotnie. Zasmucać by mogło, że nasze postaci podpadają stereotypom aż nadto (Azjata musi mieć katanę i walczyć o honor, Czarnoskóry operuje Voodoo, kobieta z bronią to Rosjanka, a Irlandczyk jest i rudy, i pijany). Dla mnie jednak jest to tylko źródło dobrej zabawy.

Szkoda, że przedstawiona historia nie pasuje do komiksów. Z drugiej jednak strony: jako komputerowe odświeżenie serii spisuje się znakomicie. Nie należy również zapominać, że oba tryby gry dopełniają się fabularnie, a to należy do rzadkości.

Stracone nadzieje

Na przestrzeni lat spotkałem się z wieloma grami, które pokryły się w moich oczach wstydem. Nie dlatego, że zrobiono z nimi coś złego, a raczej - czego nie zrobiono. Otóż wiele z nich miało doskonałe zadatki na to by wprowadzić do nich tryb co-op, do czego niestety nie doszło.

Jednym z takich tytułów jest gra Jericho. Z fabułą opartą na twórczości Clive'a Barkera, wprowadzano powiew świeżości dla gier typu FPS. Obcując z dobrą grafiką, gracz w dowolnej chwili mógł przełączać się pomiędzy różnymi postaciami dysponującymi paranormalnymi zdolnościami. Gdyby owe przeskakiwanie rozbudowano o normalny tryb campaign co-op, otrzymalibyśmy grę nawet lepszą od wspomnianego już Darkness 2.

Inną produkcją o podobnym systemie rozgrywki jest Mini Ninjas. Gra dla dzieci, która to pozwala porzucić hektolitry przelewanej krwi na rzecz infantylnej zabawy z leśnymi zwierzątkami. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, gra ta jest znakomitą zabawą nawet dla dorosłych graczy.

Prototype z drugiej strony to spora dawka przemocy która mogłaby zostać ulepszona dodatkowym trybem gry. Druga część zawiera dwójkę bohaterów, więc fabularnie nie byłoby żadnego problemu ze współpracą dla wielu graczy. Kreatywność autorów miałaby całkiem spore pole do popisu, chociaż wiem, że niejeden fan Venoma (Marvel) byłby w stanie przedstawić dziesiątki sposobów wspólnej eksterminacji przeciwników. Ba! Samemu mogę wymienić kilka: od wspólnych „połowów rybnych”, aż po zabawy w stylu „moja twoja”.

Lipiec 2000 przyniósł na świat coś niebywałego. Hiroyu Oka stworzył serię mangi zatytułowaną Gantz. W niej to przedstawił tajemniczą czarną kulę, która wskrzeszając zmarłych zmusza ich do walki z najeźdźcami z kosmosu. Dzieło to okazało się na tyle popularne, że po dwunastu latach cała historia dopiero dobiega końca. Chociaż historia to niebywała, istotnym jej elementem są bohaterowie i ich sposoby walki z obcymi. Ta część opowieści została niemalże stworzona po to, by przenieść ją do świata gier komputerowych. Niepowtarzalni przeciwnicy, specjalne (ulepszane) kombinezony i zasady walki oparte na swoistej punktacji. Aż się prosi by stworzyć grę. Gdyby takie Capcom wykorzystało efekciarstwo swoich tytułów (Ninja Blade), bezproblemowość sieci (Lost Planet 2) i dodało kilka sobie znanych smaczków, kupiłbym to bez wahania. Dołączając piaskownicę i okraszając brutalnością rodem z Darkness 2 (sama manga jest wyjątkowo flakolubna) liczyć by mogli na spory sukces. Nawet wykorzystanie elementów z samego anime dla trybu co-op/multi byłoby sporym plusem (np. w Gantz za określoną liczbę punktów można wskrzesić dowolną osobę, zatem nic nie stoi na przeszkodzie implementacji trybu hardcore, w którym ginęłoby się raz do czasu, aż ktoś postanowi wskrzesić nam postać). Wszystko już leży jak na dłoni.

Podsumowanie

Ponarzekałem co niemiara, pochwaliłem co nieco lecz nadal nie potrafię w prosty sposób określić, co przekłada się na dobrą grę co-op. To, co w jednych produkcjach wkurza niezmiernie, w pozostałych jest zaletą. Zalety też jednych tytułów, są gwoździem do trumny dla innych. Mógłbym napisać, że podstawą jest to z kim gramy, ale nie zawsze jest to prawda. Więc co? Legendarna „grywalność”? W jaki sposób mierzona?

Ktoś zna odpowiedź? 

gry hobby inne

Komentarze

0 nowych
  #1 06.12.2012 14:57

Ciekawy wpis. Muszę przyznać, że napisanie czegoś o 36 grach i dodanie skrinów wymaga nieco czasu. Myślę jednak, że popełniłeś błąd publikując wpis w takiej postaci, gdyż lepiej byłoby to zrobić na części. Witam nowego dobrze zapowiadającego się blogera i życzę powodzenia.

fenixproductions   6 #2 06.12.2012 15:02

@X.A.N.
Zabrakło pomysłów na pocięcie, a moje mejle na adres redakcji z kont o2 i gmail odbijają się jako spam.

Dzięki za pochwałę i mam nadzieję, że ominą mnie wpisy typu tldr ;)

Ave5   8 #3 06.12.2012 15:07

Świetny wpis, na temat, wyczerpujący i obiektywny. Do tego zawiera aluzję do Triguna i gier co-op, które tak lubię. Brawo! No i też WW ;]

Autor edytował komentarz.
Semtex   17 #4 06.12.2012 15:11

Szacunek za robotę, potężny zbiór gier.

Co do zombiaków z Techland to nadal nie mogę się do nich przekonać ;) Dostałem grę na Zlocie, polatałem 3h z wiosłem, rozjechałem kilka sztuk i jakoś poszło w odstawkę :D Może kiedyś zagram ponownie.

Axles   16 #5 06.12.2012 15:28

No fajnie się czytało, ale za dłuugie :) Brakuje mi też jakichś linków do gier lub chociażby lat z których gra jest.

Semtex może razem przysiądziemy do niej od nowa (bo sejvy zgubiłem :P)

Autor edytował komentarz.
fenixproductions   6 #6 06.12.2012 15:58

@Axles
W początkowych etapach pracy nad wpisem chciałem podorzucać różne odnośniki i statystyki, ale szybko z tego zrezygnowałem. Doszedłem do wniosku, że czytelnicy sami znajdą potrzebne informacje, jeśli opis im się spodoba.

Z drugiej strony artykuł wydawał mi się nieco „obcy” z tego typu dodatkami. Oczywiście, mógłbym wymyśleć własną skalę ocen, a może nawet dodać do niej licznik zrzutów ekranu które posiadam, ale zbyt wiele ocen nie prezentowałoby odpowiednio poszczególnych tytułów. Nie chcę też, by ktokolwiek traktował ten wpis jako główny wyznacznik czegokolwiek w stylu „O! Dostało 10/10”, bowiem zbyt wiele razy samemu się naciąłem na tego typu myślenie (ostatnio: Mass Effect 3).

Z drugiej strony liczba „skrinów” też nie świadczy zbyt wiele o samej grze. Przykładowo: przedstawiony Tomb Raider jest świetny, ale nie mam do niego zrzutów. Na lapku firmowym nie mam FRAPSa, a z podobnej funkcji w Steamie nie korzystam (przeszkadza mi to, że obsługuje tylko JPG oraz brak sensownego przypisania klawiszy).

  #7 06.12.2012 16:38

Jedyne czego moge sie do tego wpisu przyczepić to to,że obydwie wymienione części saints row są zaje..:D
Fajny wpis

kwpolska   5 #8 06.12.2012 17:13

tl; dr. pisz zwięźle, bo nikt nie będzie czytał.

drobok   13 #9 06.12.2012 17:20

Mnie akurat tytuł techlandu wciągnął dość mocno. A ja jako osoba potrafiąca pograć na prawdę dużo, ukończyłem grę kilka razy. Ogólnie bugi trochę wkurzają (wkurzały). Ale sam fakt zombie choć oklepany był dość fajnie rozwiązany. A co do szampana, a co można robić na koniec świata ? Jak chcesz się nawalić to pijesz szampana (akurat u mnie siada strasznie).

soanvig   9 #10 06.12.2012 17:32

Borderlands 1 jest nudne później i tylko się ciśnie główny wątek. Ale Borderlands 2 to... miód do samego końca. Ciekawe poboczne, ale jaki główny wątek jest niesamowity! Nie mogliśmy się z kumplem oderwać od tej gry :)

Autor edytował komentarz.
tfl   8 #11 06.12.2012 17:37

@autor - szacunek.

Polecam jednak borderlands 2 - o ile glowne zadania (oczywiscie podobnie jak poboczne) sa nie do zniesienia takie same, o tyle caly klimat gry (przy odpowiednim nastawieniu i wieku >18) to jest to co lubie.

Z gier, w ktore fajnie pograc z kims obok - polecam fife. O ile nigdy nie bylem fanem gier sportowych, o tyle pojedynek z zywym czlowiekiem daje mnostwo frajdy.

DjLeo MODERATOR BLOGA  17 #12 06.12.2012 20:08

Brawo za wpis. Obszerny i pewnie dużo pracy w niego włożyłeś. Ja jestem zauroczony grą Portal 2. Lubie gry logiczne, a ta naprawdę wciąga. Co do długości, to jak dla mnie ta gra jest bardzo długa. Nie wiem jak co-op, ale w singlu parę dobrych godzin i wciąż się nie kończy. Na steamie za 3,74 EUR kupiłem w promocji. Śmieszna kwota za tak dobrą rozrywkę.

No i witaj na blogu DP ;)

MaXDemage   17 #13 06.12.2012 20:28

Kolejny szacunek od mnie za ten rewelacyjny wpis.

Dodam od siebie również iż Portal 2 (i w sumie jedynka też) to najlepsza gra coop w jaką kiedykolwiek grałem. Tyle frajdy ile ta gra daje to masakra. Do tego grafika, humor, zadania logiczne. Gosh. Rewelka.

LonngerM   11 #14 06.12.2012 21:28

Wpis genialny:) Swojego czasu dużo grałem w gry CO-OP z kolegą i świetnie się bawiliśmy:) Zaliczyliśmy wiele tytułów z tej listy:) Od siebie dodam jeszcze:
- Trine - platformówka i super co-op przy jednym komputerze - wspomnienia wracają (ah... ta contra:P)
- Resident Evil 5 - zero horroru, wiele akcji, średnia gra, ale nastawienie na współprace przednie:)

fenixproductions   6 #15 06.12.2012 21:57

@tfl
FIFA?
Wiele lat temu próbowałem do tego podejść i nie zainteresowało mnie. Moja niechęć do piłki (i sportu w ogóle) ze świata rzeczywistego przenosi się do świata gier.

Zbyt dawno i za mało w to grałem by cokolwiek sensownego napisać.

@LonngerM
Trine - nie próbowałem, a do zakupu jakoś nie mogłem się przekonać nie wiedzieć czemu.
Resident Evil - mam kilka wersji (z gazet) i jakoś nie pociągają mnie. Obwiniam sposób sterowania, bo - z tego co pamiętam - nie ma możliwości poruszania się i celowania w tym samym czasie.

LonngerM   11 #16 06.12.2012 23:18

@fenixproductions

Jeśli chodzi o Trine - na cdp.pl była promocja za 5zł to się pokusiłem:) Gra ma mocny element zręcznościowy. Optymalna liczba graczy? 2. Samotnie gra się źle - nie wykorzystuje się potencjału jaka ta gra daje. Przy trzech, nie ma możliwości zmiany postaci przez graczy i niestety, ale postać maga jest kulawa w elementach walki. Optymalna liczba graczy 2 - jeden rycerz, drugi złodziejka - oboje mogą bez większych problemów walczyć, a maga się wykorzystuje przy elementach platformowych, gdzie rycerz jest za ciężki - np. nurkowanie.

Grałem tylko w trzy części Residenta - 1 na konsoli, 3 na konsoli i na PC, no i 5. Jakoś w piątej części nie zauważyłem by bieg i celowanie na siebie tak mocno nachodziły. Ogranicza nas skręt ciała postaci, bo widzimy z ramienia postaci, a tak to nie było tak źle.

W Residencie 5 były genialne momenty gdy jedna z postaci gdzieś utykała, a nasz przyjaciel musiał nas uratować i musiał to zrobić szybko, bo mogliśmy zginąć. Występują również przerywniki filmowe w których oboje z graczy muszą wykazać się elementami zręcznościowymi, bo inaczej spotka nas śmierć. Jest to dobra pozycja do coop-a:) Z kolegą przeszliśmy całość w dwa (lub jeden - nie pamiętam:P) wieczory intensywnego grania z dużą ilością zabawy:)


Przypomniała mi się kolejna pozycja którą warto dopisać - Warhammer Dawn of War II wraz z dodatkiem. We dwie osoby można przejść całą fabułę:) Jedna osoba steruje jednym bohaterem + małym oddziałem:) No i oczywiście dodatek jako multi/coop czyli Warhammer Last Stand:)

Autor edytował komentarz.
corrtez   11 #17 06.12.2012 23:19

Dobry tekst!

  #18 07.12.2012 17:01

Pisz carol, pisz, albowiem piszesz dobrze. Juz myslalam, ze zapomniales jak to sie robi :)

wajdzik   6 #19 08.12.2012 15:54

Masz szczęscię, że nudy w pracy, bo innaczej napisałbym tl:dr :P

Mimo ciekawego sposobu pisania jednak sporo przewinąłem (za dużo gier jak na jeden wpis).

Jeśli chodzi o CO-OPy to polecam BF3. strasznie krótki i oskrpytowany, ale daje sporo przyjemności jeśli grasz mając kontakt z drugą osobą. No i multi jest bardzo dobre. M.in. plus dla nich za dodanie kuszy w ostatnim dodatku.

jaredj   9 #20 10.12.2012 12:59

Wpis obszerny i rzetelny - bravo
A teraz zapytam - wszystkie te utyskiwania na błędy w grach itd - w ilu przypadkach błedy spowodowały, że przerwałeś grę i nie wróciłeś do niej?
Ja nie jestem zapalonym graczem, gram raczej niedzielnie, do tego co-op to totalnie nie dla mnie, wolę solówki. A mając na względzie takie kryterium - zupełnie inny zestaw gier się wyłania.
Zgadzam się z opinią o Demon's Forge - niezła gra- dobrze pomyślane sterowanie, humor, współpraca nawet w trybie single, zmiany postaci. Rozczarowuje trochę zakończenie tzn - zdenerwowałem się, że dokonane wybory spowodowały takie a nie inne zakończenie ale nie miałem siły żeby przejść całość jeszcze raz dla innego finału. Podobnie zirytowała mnie kiedyś Prince of Persia z 2008, na zakończenie nie było jednak wpływu, po prostu "film źle się skończył". Ale grało się przyjemnie. No i grafika miodna :)

fenixproductions   6 #21 13.12.2012 13:49

@jaredj

Grane po kilka godzin lecz nie ukończone:
- Conflict Denied Ops,
- Dungeon Siege III,
- Ghost Recon 2,
- Icewind Dale 2 - samemu zaliczone wielokrotnie,
- Payday The Heist,
- Saints Row 3.

Ledwie dotknięte:
- GTA IV,
- Loki,
- Sacred 2,
- Splinter Cell Double Agent - samemu prawie ukończone (jakiś błąd uwalał grę przy końcówce w przeszłości, a nie mam ochoty znowu powtarzać całej na obecnym komputerze),
- Magicka.

Do spisu mógłbym dodac ostatnią konwersjąę gry „Doctor Who”, ale z powodu trudności obsługi pada ledwie muśnięte.

W straconych nadziejach powinienem też wspomnieć o drugim Batmanie - kilka postaci do wyboru w trybie wyzwań, ale co-op brak.