Apple way - część 2 - Instalujemy program

Pewna nauczycielka geografii miała duże problemy z zaszczepieniem gimnazjalistom większej wiedzy o globusie. Wszystkie próby zainteresowania małoletnich kończyły się niepowodzeniem, prezentowali zero zaangażowania. Nauczycielka u kresu nerwów wpadła na pewien pomysł. Na początku kolejnej lekcji powiedziała do klasy: „Dzisiaj pokażę wam jak naciągnąć prezerwatywę na globus.” Cel osiągnęła, pierwsze pytanie jakie padło z sali brzmiało: „Proszę pani, a co to jest globus?”...

Nie wiem czy ta anegdotka pasuje do dzisiejszego tekstu, ale i tak jest fajna. Gdybym teraz napisał, że opowiem jak instaluje się programy, to oczywiście każdy lekceważąco pokiwałby głową i puścił to mimo uszu - prezerwatywa jaka jest każdy widzi. Ale jeśli napiszę, że można to zrobić jeszcze prościej i inaczej, to już być może zainteresowanie wywoła. Sam proces instalowania programów w Windows zwykle nie przysparza żadnych problemów. Setup.exe i... jechane - patrzymy tylko leniwie na przyrastający pasek postępu, czekamy na ostatni komunikat i naciskamy OK.

Apple way - część 1

Po poprzednim wpisie, po przeczytaniu komentarzy pod nim zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób nie wzbudzając niepotrzebnych emocji napisać kolejny tekst o MacOSX. Myślałem i myślałem... i co? I trochę zima... Coś, co na pierwszy rzut oka nie wygląda na jakieś szczególnie karkołomne zadanie w praktyce okazuje się jednak całkiem skomplikowane. Z czystego szacunku dla czytających nie wypada ograniczyć się do prostego, za przeproszeniem, „puszczenia bąka” i suchego opisywania podstawowych różnic, wad i zalet. No cóż, domyślam się, że nie będzie ze mnie kolejny Guy Kawasaki ani David Pogue, ale co tam, spróbuję być odrobinę bardziej interesujący niż lista zakupów mojej byłej żony.

Czytając codziennie dziesiątki wiadomości i komentarzy pod nimi próbuję zrozumieć, co sprawia, że 90% z nich (o ile temat dotyczy Apple) jest, delikatnie mówiąc nieprzychylnych. Czytanie niektórych powinno być umieszczone na liście czynności szkodliwych dla zdrowia z leczeniem refundowanym przez NFZ. Dominują systemowe wojny, ale jest też sporo komentarzy, których krytycyzm (krytykanctwo) wynika w sporej mierze z niewiedzy.

Windows? Linux? Przybij piątkę...

Nietrudno się domyślić, że pisząc o systemach Apple jestem ich stałym użytkownikiem. Jak już kiedyś wspomniałem, mam z nimi do czynienia od dawna, dokładnie od 23 lat. Widziałem chyba wszystkie modele, na przynajmniej połowie pracowałem. I przyznam się bez wstydu - tak, jestem fanem Apple. Nie wyznawcą, nie sekciarzem - fanem. Tak, jak jestem fanem Led Zeppelin, Pink Floyd, Gogol Bordello i samochodów Peugeot. Na biurkach w firmie i w domu mam całkiem niezłe PC, software korporacyjny, w serwerowni Windows z FreeBSD pół na pół (19 serwerów), pod opieką ponad 200 maszyn w całym województwie i do tego (obecnie) jeden... MacBook Pro. Ten, który staje obok mojego PC na moim biurku i który co dzień wędruje ze mną w drodze do pracy i z powrotem.

Na nim mam wszystko czego potrzebuję do pracy, nawet w wirtualnej maszynie Windows XP z oprogramowaniem, którego natywnej wersji na Maka nie ma. Podkreślam - komputerów używam do pracy, rozrywka to margines.

Da się żyć bez menedżera plików

Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych pierwsze Macintoshe pojawiły się w naszym kraju w głowie ich gorącego propagatora Kuby Tatarkiewicza zrodził się pomysł lokalizacji systemu operacyjnego, który wtedy nazywał się po prostu System 6. Obsługa systemu plików odbywała się wtedy i odbywa się do dzisiaj za pośrednictwem Findera, który jest odpowiednikiem windowsowego Explorera. W pierwszych próbach lokalizacyjnych określono go polskim słowem Szukacz. Równie śmiesznego słownictwa było zresztą więcej, ale to temat na inną okazję. Dzisiaj sieć obiegła informacja, że w niedalekiej przyszłości można spodziewać się rezygnacji z tego menadżera plików w następnych wersjach systemu Mac OSX.

Oczywiście formalnego potwierdzenia tej informacji spodziewać się nie należy, polityka Apple jest pod tym względem niezmienna od lat. Ale jeżeli informacja taka płynie z ust byłego prominentnego pracownika firmy to znaczy, że „coś jest na rzeczy”. Brzmi to jednak dosyć niewiarygodnie - trudno obecnie znaleźć system, który menedżera plików w jakiejś postaci by nie posiadał, a we wszystkich najważniejszych jest to podstawowy element komunikacji z operatorem.

People don`t do it

iPhone to nie tylko telefon, to oprócz wielu innych funkcji i cech także przedmiot uwielbienia i… kpin. Ci, którzy wielbią to fanboje Apple, ci którzy kpią to prawdziwi profesjonaliści i twardziele. Specyficznie w polskim Internecie zasiedlonym w zdecydowanej większości przez nieortodoksyjnych użytkowników Windows wszelkiej maści i trochę bardziej ortodoksyjnych wyznawców Linuksa, telefoniczne produkty Apple nie cieszą się przesadnym szacunkiem. Dla nich iPhone jest jednym wielkim nieszczęściem i nieporozumieniem.

"iPhone killerów" co roku mamy na rynku kilkanaście modeli - od Nokii do HTC przez różnej barwy LG i Samsungi (ci to są dopiero płodni w produkowaniu co tydzień nowego super-hiper modelu). Ostatnio Google zaczął szukać swojego miejsca na tym rynku ze swoim Nexus One, który oczywiście ma ( miał? ) być kolejnym killerem smartfonu z jabłkiem na obudowie.

Sukces z szablonu

iPad jeszcze nie trafił do rąk pierwszych szczęśliwców a już zaczęło mu się poprawiać. Świat jakoś nie chce wsłuchiwać się w głosy płynące m.in. z Polski i wykupił na pniu całą produkcję. Nawet Apple nie spodziewało się takiego zapotrzebowania i poinformowało, że następni chętni będą musieli troszkę uzbroić się w cierpliwość i poczekać na kolejne egzemplarze kilka tygodni. Oczywiście tu u nas, nad Wisłą taki sukces się nie powtórzy bo nasi wysoce uświadomieni użytkownicy nie poddają się banalnym manipulacjom marketingowców Apple i nie dadzą się kupić na tanie zagrywki.

iPad nadal nie obsługuje technologii Flash, nadal nie ma wielozadaniowości (jej brak w MW jakoś nie budzi emocji), nadal nie ma kamery, nadal nie ma USB. Nie ma USB? Ups, to ostatnie odwołuję - USB już ma! Zgodnie z tym o czym pisałem wcześniej, swoim starym sposobem Apple zadbało okrężną drogą o rozszerzenie funkcjonalności swojego nowego urządzenia. Wraz z dostawą pierwszych iPadów do sprzedaży trafi zestaw dwóch przejściówek umożliwiających podłączenie urządzeń USB i czytanie z kart SD.

Powtarzanie historii

Niedawna premiera nowego dziecka Apple jak na razie wygląda na wizerunkową klapę. Czytając komentarze tylko internautów można nabrać przekonania, że iPad znajdzie swoje miejsce co najwyżej w muzeum techniki wśród wielu innych „rewolucyjnych” projektów, które swój żywot zakończyły wkrótce po swojej premierze. Chociaż większość komentarzy zamieszczanych na polskich forach wskazuje raczej na śmietnik niż muzeum - „Nie ma multitaskingu!! Buhaha...”, „Nie mieści się w kieszeni!! Do luftu...”, „Nie obsługuje Flash’a!! Badziewie...” - to tylko próbka ocen jakich pełno na polskich forach i są to tylko te łagodniejsze. Dosadnych nie będę cytował.

Śledziłem prezentację na stronach kilku serwisów branżowych porównując na bieżąco opinie wyrażane przez prowadzących transmisje i... faktycznie, dominowało niedowierzanie zmieszane z rozczarowaniem. Niedowierzanie - „to wszystko?!”, rozczarowanie - „gdzie ta rewolucja?!”. I obiektywnie rzecz oceniając trudno z takimi reakcjami się nie zgodzić. Tym razem Steve Jobs chyba jednak przecenił swoją zdolność do czarowania nawet swoich zdeklarowanych wyznawców.