Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Apple way - część 2 - Instalujemy program

Pewna nauczycielka geografii miała duże problemy z zaszczepieniem gimnazjalistom większej wiedzy o globusie. Wszystkie próby zainteresowania małoletnich kończyły się niepowodzeniem, prezentowali zero zaangażowania. Nauczycielka u kresu nerwów wpadła na pewien pomysł. Na początku kolejnej lekcji powiedziała do klasy: „Dzisiaj pokażę wam jak naciągnąć prezerwatywę na globus.” Cel osiągnęła, pierwsze pytanie jakie padło z sali brzmiało: „Proszę pani, a co to jest globus?”...

Nie wiem czy ta anegdotka pasuje do dzisiejszego tekstu, ale i tak jest fajna. Gdybym teraz napisał, że opowiem jak instaluje się programy, to oczywiście każdy lekceważąco pokiwałby głową i puścił to mimo uszu - prezerwatywa jaka jest każdy widzi. Ale jeśli napiszę, że można to zrobić jeszcze prościej i inaczej, to już być może zainteresowanie wywoła. Sam proces instalowania programów w Windows zwykle nie przysparza żadnych problemów. Setup.exe i... jechane - patrzymy tylko leniwie na przyrastający pasek postępu, czekamy na ostatni komunikat i naciskamy OK. Nawet najwięksi twardziele w trakcie tego procesu nie zawracają sobie głowy tym, co tak naprawdę wypełnia ten pasek postępu. Oczywiście wiemy, że instalowana aplikacja wymaga całej masy różnych składników, które instalator pracowicie kopiuje w różne miejsca naszego dysku. Ale tak naprawdę to wisi nam, gdzie i co wpada w trakcie tego procesu.

Wisi oczywiście do czasu. Nawet najczujniejszy użytkownik i systemowy purysta spotkał się przynajmniej raz z problemami po instalacji, a jeszcze częściej po odinstalowaniu programu. Nie będę tego opisywał, bo dla wielu z nas to codzienność. W Linuksie z pozoru sprawy wyglądają jeszcze bardziej zawile. Jednak ktoś, kto Linuksa zna trochę lepiej wie, że porządek przy instalacji dobrze przygotowanej paczki jest większy niż w przypadku Windows. Wystarczy znać zasady i mechanizmy, a bez trudu znajdziemy składniki zainstalowanej aplikacji.

Instalujemy w MacOSX

Z pewnym zażenowaniem muszę napisać, że w MacOSX (ale też we wcześniejszych systemach Apple) instalowanie programów przebiega wg schematu jakby stworzonego dla pierwszoklasisty i to na dodatek kompletnego głąba. Zero szacunku dla zaawansowanych użytkowników, aż czasami żal pośladki ściska, że jedynym przejawem czynności instalacji jest przyrost paska postępu... kopiowania pliku. Nie plików - pliku, jednego pliku. Zwykle nie ma znaczenia czy instalujemy prosty programik do wyświetlania obrazka czy zaawansowaną aplikację biurową. Na dostarczonym dysku lub na jego cyfrowym obrazie (najpopularniejsza forma dystrybucji na Maku) jest z zasady jeden plik czasami opatrzony opisem w dodatkowym dokumencie RTF lub PDF. Otwierając katalog główny takiego dysku lub obrazu naszym oczom ukazuje się estetyczna kolorowa kompozycja z dwoma podstawowymi ikonami. Pierwsza to ikona programu, druga to ikona folderu aplikacji. Pod spodem pojawia się zwykle sakramentalna fraza: „To install drag applictaion to your Applications folder”. Dla mniej kumatych czasami dorysowana jest strzałka wskazująca kierunek tej operacji, żeby broń Boże przez przypadek w drugą stronę tego „drag” nie zrobili.

Gdy przesiadając się z Windows trafiamy po raz pierwszy na taką sytuację, odruchowo szukamy folderu aplikacji (mamy do niego dostęp m.in. z górnego menu systemowego lub przez skrót klawiaturowy) i po jego otworzeniu kopiujemy do niego plik programu. Dopiero po chwili lub przez przypadek rozumiemy, że ikona folderu aplikacji obecna w katalogu dysku jest linkiem symbolicznym (aliasem) do jego oryginału na naszym dysku. Bez konieczności otwierania czegokolwiek i bez opuszczania katalogu dysku instalacyjnego możemy zainstalować program przeciągając go właśnie na tę ikonę, aplikacja i tak trafi na swoje miejsce.

Logicznie system plików MacOSX wbrew pozorom jest bardzo podobny do tego znanego z Windows. Co prawda jego struktura jest jak najbardziej unikso-podobna, linuksowcy poczują się jak w domu, ale struktura interesująca użytkownika ma cechy podobne do Windows. „My documents”, „Program files”, „My music”, itd., trochę inaczej nazwane ale z tym samym przeznaczeniem. W chwili instalacji systemu katalogi te są tworzone w katalogu użytkownika i w katalogu głównym, dlatego dostawcy programów mogą tak preparować swoje dyski instalacyjne - lokalizacja katalogu aplikacji jest stała i niezmienna, jest to zawsze „/Applications”. Co ciekawe nie ma znaczenia język interfejsu, może być nawet japoński i tak katalogi systemowe mają swoje niezmienne nazwy angielskie.

No tak, ale to jednak wygląda trochę za prosto. Może nie sam proces instalacji (to jest nawet fajne), ale ta cała magia, którą obserwujemy w Windows i Luksie gdzieś zniknęła, a przecież musi być! Przecież nie ma takich cudów, żeby duża aplikacja zmieściła się wraz z wszystkimi swoimi składnikami w jednym wykonywalnym pliku - programiści wiedzą co mam na myśli. No i racja, aż tak proste to nie jest...

Cała idea instalacji została przez twórców MacOSX sprowadzona do prostej czynności kopiowania. Żeby to osiągnąć, zastosowany został mechanizm pakietowy (Applictaion bundles). Każda aplikacja jest traktowana jako pakiet zawierający wszystkie jej składniki. W logice systemu plików taki pakiet jest po prostu kolejnym katalogiem, ale dla użytkownika przedstawia się jako plik z rozszerzeniem .app. Możemy go przeglądać, a nawet modyfikować jego zawartość o ile starczy nam do tego wiedzy i mamy taką potrzebę. Wewnątrz znajdziemy ikony interfejsu, pliki językowe, pliki konfiguracyjne itd. Jednak użytkownicy Linuksa lub *BSD nie powinni wprost odnosić tego mechanizmu do tych znanych z ich systemów. W przypadku MacOSX taki pakiet jest (z zasady) autonomiczną jednostką, bez zależności i potrzeby korzystania np. z bibliotek. Skutek jest taki, że jeżeli aplikacja korzysta np. z funkcji znanego z CLI exiftool, to narzędzie to znajdzie się w pakiecie razem z innymi składnikami. Niezależnie od jego obecności wśród całej masy innych uniksowych narzędzi obecnych na naszym dysku. Ten używany przez nas w shellu możemy sobie aktualizować, zmieniać itp., a ten dostarczony z aplikacją nadal będzie działał po staremu, ale tylko w aplikacji, z którą przywędrował. Taki myk, który chroni przed masą niepożądanych konsekwencji - Unix Uniksem, ale skuteczność musi być po naszej stronie. Czyli znowu... Apple way.

W tym przypadku należy się jednak ukłon dla Apple. Oferowany przez nich mechanizm instalacji aplikacji jest czysty, logiczny i niezawodny. Jest też bardzo bezpieczny, zainstalowane aplikacje nie wchodzą sobie w paradę. Praktycznie nie ma ryzyka, że zainstalowanie jakiegoś programu odbije się negatywnie na działaniu innego, już wcześniej zainstalowanego. Mało prawdopodobne jest także to, że przez przypadek usuniemy jakiś składnik niezbędny do działania programu. No i oczywiście nie ma przymusu instalowania w katalogu domyślnym, programy możemy umieszczać w dowolnym miejscu naszej przestrzeni na dyskach, ich lokalizacja nie ma żadnego znaczenia dla ich działania.

Jak można się domyślić, proces odinstalowania aplikacji jest równie „skomplikowany”. Przenosimy niechcianą aplikację do kosza i w sumie mamy sprawę z głowy. No prawie, bo po takim usunięciu zwykle pozostają w systemie drobne pozostałości. Większość aplikacji korzysta z własnych plików konfiguracyjnych (preferencji), które są tworzone przy pierwszym uruchomieniu. Przechowywane są w pewnych szczególnych miejscach, o których każdy szanujący się użytkownik powinien wiedzieć. Po usunięciu aplikacji powinniśmy zadbać o ręczne usunięcie także pozostałości. Oczywiście mało komu chce się o tym pamiętać więc można to zrzucić na jeden z programów ułatwiających skuteczne kasowanie niechcianych aplikacji. One to szybko i bezboleśnie usuną za nas nie tylko aplikację, ale i wszystkie „śmieci” jakie po niej zostaną.

To nie jedyne cechy specyficzne dla systemu Apple związane z działaniem aplikacji. W MAcOSX bardzo zgrabnie rozwiązane są też kwestie sterowania działaniem programów, ich konfiguracji i komunikacji ze światem zewnętrznym, ale o tym napiszę przy innej okazji. Opisany powyżej mechanizm instalacji dotyczy zdecydowanej większości programów, jednak zdarzają się czasami aplikacje bardziej wymagające. Wtedy będziemy mieli do czynienia z tradycyjnymi instalatorami, jakie znamy z Windows. No i wtedy magia powraca...

No tak, ale co z tym globusem?!

Dla chcących:

Applictaion bundlePackageMaker How-To - http://s.sudre.free.fr/Stuff/PackageMaker_Howto.htmlAppleInsider - http://www.appleinsider.com/Apple Vintage Museum - http://www.d4.dion.ne.jp/~motohiko/index.htm (warto cierpliwie poczekać) 

Komentarze

0 nowych
wujcio   6 #1 12.04.2010 15:24

Nie widziałem nigdy na oczy MacOSX-a ale z opisu przedstawionego wyżej wyobrażam sobie jak wygląda proces instalacji. W Windowsie niektóre aplikacje "instalują się" podobnie na przykład gra Open Arena (darmowy klon Quaka III Arena). Żeby tą grę zainstalować wystarczy ją pobrać i rozpakować gdzie nam się podoba. Oczywiście dla wygody można utworzyć skrót na pulpicie. Podobna sytuacja jest z Winarm-em (pakiet do procesorów z rdzeniem ARM) tylko tu dochodzą jeszcze zmienne środowiskowe PATH (chyba tak to się pisze). Mnie zastanawia czemu wszystkiego nie da się tak zainstalować. Pewnie chodzi o piractwo (to są tylko moje przypuszczenia).

qasx   6 #2 12.04.2010 16:20

dla mnie po obejrzeniu reklam get a mac oczywistym wydaje się, że OS X ma być jak najbadziej "lamerskim" w znaczeniu user-friendly systemem. ale drugą stroną tej postępującej przepaści dzielącej gui od danych jest nie mówienie prawdy. i wiadomości typu http://www.dobreprogramy.pl/Czy-Apple-usunie-Findera,Aktualnosc,17444.html nie są wcale nierealne, tylko pokazujące śmieszną politykę firm informatycznych.

muszę przyznać, że takie rozwiązanie może być dla prostych użytkowników przydatne i czytelne, ale informatycy też potrzebują rozwiązań, których zaczyna w tych szklanych systemach brakować.

i tak naprawdę wszystko to co powiedziałeś to tylko otoczka, element uspokojenia i zwolnienia użytkownika od niepotrzebnego myślenia. niebezpieczne jest takie typowo korporacyjne podejście do tej sprawy.

kiedy ilość maców w europie osiągnie jakiś rozsądny pułap, to w końcu KE dobije się do tego najbardziej ekskluzywnego monopolu w informatyce. a OS X na wielu środowiskach to zadanie, któremu Apple nie jest IMO w stanie podołać

MaRa   8 #3 12.04.2010 16:56

To nie monopol.
Tylko przez niektórych jest niezrozumiała sytuacja, że kupując komputer dostają komplet łącznie z systemem operacyjnym. A w rzeczywistości to sytuacja w pecetach jest nietypowa, kto inny dostarcza podzespoły a kto inny system, są rozdzielone i kupowane oddzielnie.
W telefonach komórkowych, palmtopach, telewizorach (i wszystkim z mikroprocesorem) sprzęt jest razem z systemem, nikt tego nie rozdziela. We wszystkich komputerach też tak było, od pierwszych dużych komputerów na karty dziurkowane poprzez Sinclar, ZX Spectrum, Amigę, Silicon Graphics, SUNa i wszystkich innych. To pecet jest wyjątkiem od reguły.

  #4 12.04.2010 17:12

@qasx:
> informatycy też potrzebują rozwiązań, których zaczyna
> w tych szklanych systemach brakować
Jakich rozwiązań ?
Dlaczego informatycy ich potrzebują ?

klisza   7 #5 12.04.2010 18:14

wujcio - ano dlatego, że w Windows i w Linuksie programy współdzielą pewne biblioteki, które bez sensu jest dublować, a jeśli ich nie ma, są przez instalator wrzucane w odpowiednie miejsce. Nie mam pojęcia, jak to w OS X jest, ale tam z reguły programy są pisane pod to całe Cocoa, w pozostałych systemach programy generalnie mogą mieć różny interfejs. (nie wiem, jak to w przypadku systemu Apple'a). W windows też masz współdzielony direct x, ale aplikacja nie musi z niego korzystać - wtedy właduje w jakieś konkretne miejsce swoje biblioteki. Ale zauważ, że nie dzieje się to zawsze, a większość instalatorów to samorozpakowujące się archiwa, możesz je wypakować gdzie chcesz i o ile twórca nie przewidział specyficznej lokalizacji w plikach konfiguracyjnych, powinieneś móc to odpalić.

Co do tekstu, to racja, Mac OS jest ekstremalnie idiotoodporny :) Czy to zaleta - nie wiem, ja znam logikę Windowsa i do niej się przyzwyczaiłem po prostu.

Pozdr.

papi2010   1 #6 12.04.2010 20:02

Bardzo dobry tekst. Przyjemnie się czyta.
Co do OS X to dobrze że ma takie podejście. Nie każdego interesuje co system robi. Komputer to narzędzie i jest dla człowieka a nie odwrotnie. Windows, Linux, Unix starały się długo i niestety obawiam się że skutecznie wkońcu mamy rzeszę informatyków - wpajać że jest odwrotnie.
Ale zauważcie że kierunek zmian --> łatwość obsługi. Linux w tym względzie przez ostanie 5 lat poczynił olbrzymie kroki. Dogonił "upodobnił" się do MS Win czy Maca.
Popatrzcie choćby na ofertę programów zmieniających wygląd systemów czy to Windows czy Linux.
Prosta nie jest zła. Dobrze jest jak użytkownik ma wybór czy chce korzystać z bardzo przyjaznego interfejsu czy bardzie go kręci linia poleceń.

Cytując klasyka kabaretu "mnie wasze życie erotyczne nie interesuje" ja na co dzień wybieram prostotę - sadomasochizm konsoli tylko w razie problemów.

n-pigeon   5 #7 12.04.2010 20:23

Instalacja aplikacji w Macu jest dziecinnie łatwa :) Ładnie to opisałeś.

Napisałeś że zaletą tego rozwiązania jest to że nie ma konfliktów zależności, jest to prawda, identycznie jest w Windowsie, wszystkie składniki są w tym samym folderze.

Dodam też że identycznie możesz zainstalować program z paczki w Linuksie, może nie jako jeden plik, ale do jednego foldera znajdującego się gdzie chcesz np. w folderku Applications, który posiadam i do którego instaluje aplikacje które mogą kolidować wersjami bibliotek z innymi aplikacjami.

Trzeba też dodać że instalacja Unix way, jak to określiłeś, mimo że może wywołać konflikt bibliotek (program instalujący poinformuje oczywiście jeśli tak się zdarzy i zapyta czy kontynuować), ale ma to też swoją zaletę. Dzięki temu że zależności są instalowane raz i różne programy mogą korzystać z tej samej biblioteki programy po instalacji w Unixach zajmują od groma mniej miejsca.

Osobiście jestem fanem rozwiania Maca, ale również bardzo lubię i doceniam jak to działa w Linuksie. Heh marzy mi się że pewnego dnia Gdebi pojawi się opcja, a Synaptic i APT zapyta mnie, jak chcesz zainstalować program :) Na dzień dzisiejszy można to osiągnąć jedynie przez konsole dodając odpowiednie komendy, nie jest to trudne, ale trzeba wiedzieć że coś takiego istnieje :)

Fanboj O   7 #8 12.04.2010 20:39

@tklich
Zgadzam się z tobą. Myślę, że makowcy spać nie mogą, że nie muszą badać zależności między pakietami i nie mają 4 gigabajtowego folderu z dll-kami. Napiszmy petycję do Jobsa, niech wprowadzi podobne "cudo" do winSXS.

xomo_pl   21 #9 13.04.2010 00:05

W Windows też tak się da- wystarczy program w wersji portable- można go rozpakować gdie się chce.

To w sumie zależy od programisty jaką opcje wybierze?: portable czy nie. W zdecydowanej większości niestety wybierają klasyczną forme instalacji programu....

  #10 13.04.2010 09:37

Miałem tak na ATARI ST w 1985 roku. Instalowałem (lub najczęściej rozpakowywałem) program gdzie chce i jeżeli chciałem to kopiowałem zainstalowany już program (folder) gdzie chce i nadal chodził. Jeżeli chciałem kasowałem folder z aplikacją i po krzyku. Najwyżej musiałem skasować skrót z pulpitu i ewentualnie (rzadko) poprawić wpis w desktop.inf (lub później w newdesk.inf). Nie używałem Maca tak długo by się z tym dokładniej zapoznać, ale rozwiązanie super. Szkoda, że reszta systemu mi się osobiście nie podoba (jest brzydki - ale to moja opinia). Dodatkowo (i w szczególności) na system nie ma aplikacji, których używam, no i trzeba mieć oryginalny komputer Appla. W linuksie jeszcze gorzej przez to domyślne rozbicie aplikacji na różne, dziwne foldery. Sorry, ale uważam, że komputer i system na nim jest po to aby pracował dla mnie a nie abym marnował czas na studiowanie systemu plików, folderów, procesów, itd. Ale nikomu nie zabraniam. Tak czy inaczej fajny artykuł..... nie wiedziałem i już wiem kolejną ciekawą inf. o Macu :)

  #11 13.04.2010 11:17

>muszę przyznać, że takie rozwiązanie może być dla prostych
>użytkowników przydatne i czytelne, ale informatycy też
>potrzebują rozwiązań, których zaczyna w tych szklanych
>systemach brakować.

"Szklane systemy" mają na szczęście stary dobry czarny terminal, w którym nic nie brakuje :-)

Otaq   4 #12 13.04.2010 14:10

@Siplas
"W Linuksie z pozoru sprawy wyglądają jeszcze bardziej zawile."
@marcinek_
"W linuksie jeszcze gorzej przez to domyślne rozbicie aplikacji na różne, dziwne foldery."

Nigdy nie mogę tego zrozumieć...To znaczy co trudnego ludzie widzą w instalacji programów pod Linuksem? W Macu jak się właśnie dowiedziałem jest folder Aplications i w nim jeden plik programu, który tak naprawdę jest katalogiem z masą dziwnych podkatalogów. Dokładnie tak jak linuksowy program jest instalowany w masie dziwnych podkatalogów. Tylko co z tego? Czy jakikolwiek użytkownik kiedykolwiek do nich zagląda? Na sam sposób instalacji też to nie wpływa.
Niezależnie od systemu wybór i instalacja wygląda zawsze tak samo:
1) poszukiwanie odpowiedniego programu
- Windows - najpierw trzeba poznać nazwę programu, wpisać w wyszukiwarkę tą nazwę i przejście na stronę domową projektu, szukanie działu download, pobranie programu na dysk
- Mac - podejrzewam, że wygląda to identycznie jak w Windows
- Linux - otwarcie menadżera oprogramowania, wybranie programu z listy (jakby ktoś nie znał nazwy programu to są one podzielone na kategorie np. multimedia, gry, biuro itp.)
2) instalacja programu
- Windows - dwuklik na ściągniętym pliku, akceptacja licencji, dalej, dalej, opcje dodatkowe (instalacja podstawowa/zaawansowana), dalej, dalej, zakończ (przy niektórych aplikacjach jeszcze restart systemu)
- Mac - przeciągnięcie ikonki do folderu
- Linux - naciśnięcie przycisku "Instaluj"
3) usunięcie ściągniętych plików instalacyjnych
- Windows - przejście do folderu z instalką i skasowanie pliku
- Mac - jak wyżej
- Linux - automatyczne usunięcie plików (często nie natychmiast, tylko po pewnym czasie np. co tydzień) lub wybranie opcji "Usuń ściągnięte pliki"
4) deinstalacja progrmu
- Windows - "Dodaj/usuń programy", wybieramy program z listy i klikamy "Usuń", restart systemu, usuwanie folderów z plikami konfiguracyjnymi
- Mac - usunięcie pliku programu z katalogu Aplications, usunięcie folderów z plikami konfiguracyjnymi
- Linux - Menadżer oprogramowania, wybranie programu z listy, "Usuń" lub jeśli ktoś woli "Usuń z plikami konfiguracyjnymi"

Sam układ folderów nie ma nic do rzeczy. Czy program siedzi w jednym czy dziesięciu folderach - nie jest to widoczne dla użytkownika żadnego z systemów :)

@n-pigeon
Akurat współdzielenie bibliotek ma współcześnie coraz mniej wspólnego z oszczędnością miejsca (dyski i tak są duże). Nie odchodzi się od tego z powodu bezpieczeństwa. Wyobraź sobie programy a, b i c, które korzystają ze wspólnych bibliotek x, y i z. Jeśli np. wykryje się niebezpieczną lukę w bibliotece x w Windows i Macu należy wydać nowsze wersje programów a, b i c. Inaczej są one podatne na atak. W Linuksie aktualizuje się bibliotekę x i programy z niej korzystające są bezpieczne. Tydzień później znaleziono lukę w bibliotece z. I znowu zaczyna się wielkie łatanie. Znowu trzeba aktualizować dziurawe programy lub tylko jedną bibliotekę.
Dodam jeszcze, że w Linuksie system sam dba o aktualizacje całego oprogramowania. W Windowsie spada to na użytkownika, choć coraz więcej programów ma własne moduły aktualizacji (szukające nowe wersje przy uruchomieniu). Jak jest w MacOS X nie wiem, podejrzewam, że podobnie jak w Windows.

Uff... trochę się rozpisałem :P Mam tylko nadzieję, że nie zostanę zaraz zasypany toną komentarzy, że "przylazł linuksiarz i szczebiocze" ;)

  #13 13.04.2010 14:56

>> Linuksie system sam dba o aktualizacje całego oprogramowania

Linux nie sprawdzi Ci updatów do aplikacji firm "3-cich" (chyba, że są one tak napisane, żeby można było je podłączyć do updatów ale to nie jest domyślna opcja), sprawdzi Ci aktualizacje przede wszystkim do softu z 'repozytorium'.

W Macu domyślnie OSX dba o siebie + o aplikacje Apple,
a pozostałe aplikacje innych dostawców same sprawdzają swoje aktualizacje.

  #14 13.04.2010 20:24

"przebiega wg schematu jakby stworzonego dla pierwszoklasisty i to na dodatek kompletnego głąba. Zero szacunku dla zaawansowanych użytkowników, aż czasami żal pośladki ściska, że jedynym przejawem czynności instalacji jest przyrost paska postępu... kopiowania pliku."

Tak, tylko niektórzy początkujący naprawdę mają ciężko obeznać nowy system i myślę, że to dla nich takie udogodnienia tworzą. W Linuksie to jest tak, że jak coś jest za łatwe, to bierze się Gentoo, jak nie mamy do tego głowy to Ubuntu, Mint. Ale artykuł stanowi bardzo ciekawy i logiczny tutorial nt. instalacji oprogramowania na Apple'u. Może byś kiedyś stronę założył z tymi wpisami o Macu?

  #15 13.04.2010 21:39

@Siplas @Karolinah
Wyprowadźcie mnie z błędu, ale dostrzegam tutaj ciut więcej niż li tylko surową relację bloger - komentatorka ;D

WODZU   17 #16 13.04.2010 22:30

Od lat z nadzieją (coraz mniejszą) czekam na taka politykę instalacji w Windows. Przy obecnych objętościach dysków współdzielone biblioteki (no może poza DirectX) to tylko utrapienie i źródło ciągłych problemów. A o zapisywaniu wszelkich ustawień do ciągle rozrastającego się i kwitnącego śmieciami rejestru już nie wspominam.

  #17 14.04.2010 18:46

@ piszczyk4U43 oj, to nie wiem co Ty dostrzegasz. Trochę się uśmiechnęłam, gdy to przeczytałam :-) Ja tylko komentuję tak jak każdy użytkownik, ciekawe i warte uwagi wpisy na różnych blogach. Pozdrawiam :-)

  #18 14.04.2010 20:21

"Linux nie sprawdzi Ci updatów do aplikacji firm "3-cich" (chyba, że są one tak napisane, żeby można było je podłączyć do updatów ale to nie jest domyślna opcja), sprawdzi Ci aktualizacje przede wszystkim do softu z 'repozytorium'."
Wystarczy że dostawca softu stworzy repozytorium które dołączę sobie do listy repozytoriów i mam automatyczne aktualizacje.

Jakoś nie widzę zalet tego typu instalacji oprogramowania. W końcu wymyślenie bibliotek współdzielonych było ważnym krokiem w rozwoju systemów. Dlaczego z tego rezygnować? Jak pokazuje przykład pakietów w Linux można to zrobić aby było łatwe. Gdyby w Windows zrezygnowano z bibliotek dll to programy bardzo szybko wyczerpywałyby całe miejsce na dysku. To że programy Windows zajmują często więcej miejsca niż ich odpowiedniki to fakt, że często programiści zmuszeni są stosować podobną strategię co opisaną tu dla macOS (przynajmniej dla części bibliotek). Ludzie i tak narzekają na rozmiary jakie zajmuje windows, a co by było gdyby
każda aplikacja instalowała własne bilioteki, aż strach pomyśleć.

  #19 15.04.2010 01:45

Program napisany po Windows może korzystać ze wspólnych bibliotek zlokalizowanych w katalogu system32 lub trzymać te biblioteki w swoim katalogu. Może zapisywać konfigurację do rejestru lub trzymać ją w swoim katalogu lub katalogu użytkownika. Wszystko zależy od programisty. Ciekawe czy w MacOs i Linuksie tak można ?

  #20 15.04.2010 08:53

> Trochę się uśmiechnęłam, gdy to przeczytałam :-)
Tylko trochę ? ;p
---
> Ja tylko komentuję tak jak *każdy* użytkownik
STOP!
Twoje komentarze wyróżniają się w tłumie, co przykuło moją uwagę. Są rzeczowe i lapidarne, a przy tym łagodne i pogodne.
Rozważałaś kiedyś na poważnie prowadzenie własnego bloga ?

re-pozdrawiam

Tenbashi   2 #21 15.04.2010 10:40

Fajnie jest pisać same negatywy. Trudno czasem pomyśleć i jednak powiedzieć aha można lepiej niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Szkoda czasu na czytanie komentarzy. Zero konstruktywności tylko w 90% buble (przepraszam tych co piszą z głową). Wracając do tematu polityka Apple nie podoba mi się (szczególnie podejście do kwestii Flasha) ale ich sprzęt/system działa ! Naprawdę uwierzcie przychodzę do pracy siadam otwieram lapa i nic więcej do szczęścia nie potrzebuję. To jest chyba najważniejsze działający sprzęt, na którym możesz pracować.

  #22 15.04.2010 12:45

@ piszczyk4U43 nie wiem, czy i jak się wyróżniają. Po prostu piszę to co myślę, ale tak by nie urazić. Możliwe, że nie zawsze mi to wyjdzie. Blogów nie lubię, ale mam własne strony www.

@ Tenbashi jak się chce, to zawsze idzie znaleźć w każdej rzeczy, czy człowieku jakiś pozytyw. Z tego co obserwuję ostatnio (w związku z katastrofą) najłatwiej jest oceniać, osądzać, krytykować. Trudniej powiedzieć coś miłego, ale to kwestia nastawienia i mentalności. Rozumiem Siplasa z jego obawami (kiedyś wspominał o jakiś niemiłych komentarzach), bo jak się coś pisze w dobrej intencji i chce się tym dzielić z innymi, to nie jest miło czytać na ten temat jakiejś pseudokrytyki. Nie chodzi mi o zasugerowanie czegoś, co można by jeszcze rozwinąć/dopisać/poprawić, a raczej o typowe przytyki personalne. No, ale niestety tak bywa w komentarzach.

  #23 11.05.2010 16:23

Avatar
#4

@qasx:
> informatycy też potrzebują rozwiązań, których zaczyna
> w tych szklanych systemach brakować
Jakich rozwiązań ?
Dlaczego informatycy ich potrzebują ?

może koledze chodziło o trudne do wyklikania problemy jak to miało miejsce w przypadku windows 98??
Kolego.. OSX pochodzi od unixa tak? informatycy zazwyczaj znają sie na wierszu polecen wiec przyznaj sie ile masz lat dziecko NEO!