Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Wujek z Ameryki

Wspominki sprzed 30 lat na pewno nie mogą być kwintesencją technologicznego bloga, ale jeżeli przyjąć za dobrą monetę te kilka komentarzy do wcześniejszego tekstu, to przynajmniej kilku czytelników takie historie mogą interesować. Zgodnie z niezobowiązującą deklaracją sprzed kilku dni, dzisiaj kolejna historia z wykopalisk.

W okresie studiów, z braku znanych dzisiaj powszechnie rozrywek, starałem się przede wszystkim wytrwale pielęgnować relacje towarzyskie. Moje grono znajomych i przyjaciół było naprawdę liczne, niektóre z tych przyjaźni przetrwały do dzisiaj. Wśród tych znajomych zdarzały się postaci naprawdę wyjątkowe.

Był tam na przykład człowiek, który codziennie dojeżdżał na zajęcia z miasta odległego o blisko 150 km i był żywą emanacją niezapomnianego Józefa Nalberczaka z filmu Stanisława Barei.

Na roku miałem też serdecznego kolegę, który elektrycznością zajął się tak trochę przez przypadek. Był absolwentem dobrej szkoły muzycznej i miał za sobą rok grania na oboju w orkiestrze symfonicznej. Studia techniczne były jego jedyną szansą uniknięcia służby wojskowej, po nieudanej próbie dostania się do szkoły cyrkowej w Julinku. Egzaminy oblał, nomen omen, na batucie. Oni i jeszcze kilku bliższych lub dalszych znajomych zasługiwałoby na dłuższe opisy, ale to może przy innej okazji.

W tym gronie na szczególną uwagę zasługuje Krzysztof, z którym przyjacielską relację utrzymywałem jeszcze długie lata po zakończeniu studiów. Osoba przynajmniej z dwóch powodów wyjątkowa. Po pierwsze był piekielnie zdolnym elektronikiem, samorodny talent - wśród większości znanych mi wtedy i dzisiaj elektroników, był jak Miles Davies wśród jazzmanów.

Po drugie - miał wujka. Nie jakiegoś tam zwykłego stryja, nie, on miał wujka w Ameryce. Wujek mieszkał w Nowym Jorku i był nowojorskim taksówkarzem. I to nie takim zwykłym, taksówkowym najmitą w korporacji. Był taksówkarzem niezależnym, taksówkarzem z tzw. "blachą" czyli z licencją. Taka licencja warta była jakieś 150 tys. USD z tej prostej przyczyny, że było ich w całym Nowym Jorku mniej więcej tyle, ile w ówczesnej Warszawie. Taki taksówkarz to był po prostu gość.

Z dzisiejszej perspektywy taki wujek w Ameryce to żaden "wypas", prawie każdy ma jakiegoś wujka gdzieś tam. Ale na początku lat 80-tych minionego wieku taki wujek w Ameryce był jak Święty Mikołaj na sterydach. Wystarczy przypomnieć, że za równowartość 100 dolarów mogła się w Polsce spokojnie utrzymać trzyosobowa rodzina i to bez szczególnych wyrzeczeń. Ale w tym konkretnym przypadku nie pieniądze były wyznacznikiem atrakcyjności tych rodzinnych koligacji. Tego na co dzień nikt nawet nie dostrzegał, Krzysztof by zwykłym, skromnym, sympatycznym kumplem, takim samym jak każdy z nas. Pił piwo, wódkę, monstrualne ilości herbaty i przywoził z domu żarcie w słoikach.

Swoją magisterkę robił dwa lata przede mną, w roku 84. Miał tę możliwość, że jej temat mógł wybrać sobie sam. Promotor doskonale wiedział, że jego wiedza i talent wykraczają poza standardowe akademickie kryteria, więc zdefiniował tylko pewien zakres. Krzysztof wybrał sobie zwykły temat - projekt i budowa programatora EPROM. Chociaż nawet wtedy w sklepach elektronicznych można było kupić zestawy do samodzielnego montażu, temat tylko pozornie był prosty. Istotą projektu było to, że urządzenie miało umożliwiać ręczne programowanie EPROM-u za pośrednictwem małej klawiatury alfanumerycznej. Dostępne wtedy programatory działały na zasadzie zapisywania dostarczonych danych z interfejsu szeregowego lub poprzez kopiowanie zawartości pamięci wzorcowej (źródłowej). W koncepcji Krzysztofa programator miał umożliwiać wpisywanie kolejnych poleceń, ich przeglądanie przed zapisem i ewentualne nanoszenie poprawek. Wszystko bez konieczności podłączania urządzeń zewnętrznych.

Pominę cały proces twórczy związany z projektem technicznym, trawienie płytek, lutowanie i całą tę magię. Zajęło to trochę czasu, ale przede wszystkim wymagało interwencji... wujka. Podstawą tego układu był mikroprocesor. Wg projektu był to Motorola 6809 albo MOS 6502, żaden z nich nie był dostępny w normalnej sprzedaży. Polska w tamtym okresie jako kraj tzw. bloku wschodniego objęta była całkiem skutecznym embargiem COCOM i cokolwiek bardziej nowoczesnego niż żyletka nie mogło być do Polski dostarczane. Jeżeli jednak udało się jakoś takie części sprowadzać, to ich ceny osiągały poziom absurdalny.
I tutaj wkraczał wujek. Poinstruowany listownie co i jak, zakupił niezbędne części w NY NY i wysłał je do... Berlina. Dopiero stamtąd w bagażu podręcznym jakiegoś znajomego czy kuzyna przesyłka trafiła do odbiorcy. Bezpośrednia wysyłka do Polski wiązała się z ryzykiem konfiskaty przez polskie lub zachodnie służby celne. Brzmi to może odrobinę niewiarygodnie, ale pierwsza połowa lat 80-tych czyli powolny schyłek komuny to był okres naprawdę nieciekawy. Konsumpcyjna bieda dotykała wszystkich, a technologiczna była odczuwalna np. wśród studentów. Tak naprawdę szczątkowa odwilż gospodarcza zaczynała się dopiero w 1985, a embargo COCOM zostało zniesione dopiero na początku lat 90-tych.

Nie pamiętam już z jakiego powodu, ale w układzie pracowała tylko prosta klawiatura z zestawem cyfr, liter A-F i kilku klawiszy funkcyjnych. Ponad nią umieszczony był wyświetlacz z kalkulatora świecący charakterystycznym czerwonym światłem. Całość zajmowała powierzchnie zbliżoną do kartki A4. Oczywiście ważna była także estetyka urządzenia, które trzeba było zademonstrować na obronie członkom komisji, ale nawet na ówczesne standardy wyglądało to licho.

Najciekawsza część projektu właśnie się zaczynała - trzeba było to wszystko odpalić. Paradoksalnie, żeby programator zaczął pracować musiał być najpierw... zaprogramowany. Całością procesu zarządzał program (taki mini-OS) zapisany, tak, tak, w kości EPROM! Oczywiście najpierw sam program musiał powstać, czyli mówiąc po ludzku, autor projektu musiał go napisać. I to było najciekawsze.

Co może być ciekawego w pisaniu programu? Hmm, może długopis i kartka? Czy wyobrażacie sobie w obecnych czasach pisać program w zeszycie? Bez możliwości testowania, debugowania, optymalizacji? A do tego pomyślcie, że musicie posługiwać się mnemonikami a nie choćby najprostszym BASIC-iem.

Kibicowałem Krzysztofowi z autentycznym podziwem. Odwiedzałem go w jego pokoju i patrzyłem jak półleżąc na łóżku z nieodłącznym papierosem i kubkiem herbaty, w swoim skoroszycie linia po linii wpisywał kolejne polecenia. Dla mnie to była doskonała czarna magia, nie miałem bladego pojęcia, co te tajemnicze MOV, ADDA, SUBA itp. oznaczają. Tym magicznym dla mnie językiem Krzysztof zapisał kilka stron, jakieś 200 wierszy programu.

Okazało się, że programator, na którym kość z jego projektu miała być zapisana pracował w dwóch trybach - mógł kopiować z innej kości lub przyjmować dane z zewnętrznego źródła, którym akurat tutaj był jakiś komputerek (Spectrum? ZX-81? Nie pamiętam). Oczywiście nie było żadnego assemblera, który wpisane mnemoniki przetworzyłby w odpowiedni kod maszynowy, więc chcąc nie chcąc Krzysztof wziął swoje kartki i linia po linii każde polecenie przepisał do postaci HEX. Następnie te szesnastkowe wartości wpisał do programatora i zapisał w EPROM-ie. I choć nie było to proste zadanie, to okazało się, że popełnił tylko jeden błąd! Już za drugim podejściem całość układu zadziałała i była gotowa do pracy.

Dzisiaj może wydawać się dziwne, komu i do czego mogła być potrzebna taka konstrukcja. Jednak wtedy nie było to takie zaskakujące - przeznaczenie było czysto edukacyjne. Promotor pracy chciał po prostu mieć w swoim laboratorium urządzenie, na którym studenci mogliby ćwiczyć podstawy programowania sterowników PLC, które były specjalnością tegoż pana docenta. O ile pamiętam, całkiem nieźle się to sprawdziło.

Krzysztof obronił pracę wzorowo, po studiach przez dwa lata pracował w firmie produkującej elementy automatyki przemysłowej. A potem dotarł do tej swojej wymarzonej Ameryki, gdzie udało mu się zrobić całkiem błyskotliwą karierę. Został głównym projektantem w firmie zajmującej się wdrażaniem systemów zarządzania ruchem samochodowym na autostradach i w wielkich aglomeracjach. Po kilku latach Ameryka go rozczarowała i po raz kolejny wyemigrował, tym razem do Kanady i tam żyje do dzisiaj z żoną i dwójką synów. I jak przystało na technologicznego twardziela, nie ma konta na Facebooku.

PS.
Wujek z Ameryki zainteresował się, do czego siostrzeńcowi te małe czarne kosteczki były potrzebne. W rozmowie telefonicznej Krzysztof najprościej jak potrafił opowiedział o swojej pracy i mimochodem wspomniał, że poszłby mu szybciej gdyby miał komputer. Na przykład Atari, który oferował tryb programowania niskiego poziomu. Po jakichś dwóch miesiącach dotarła do niego przesyłka z nowiutkim komputerem.

Było to miesiąc po obronie... 

programowanie hobby inne

Komentarze

0 nowych
GBM MODERATOR BLOGA  19 #1 28.10.2014 08:11

"prosta klawiatura z zestawem cyfr, liter A-F i kilku klawiszy funkcyjnych" Może to było związane właśnie z wprowadzaniem danych w postaci systemu szesnastkowego? Bo nawet później piszesz, że Twój kolega wprowadzał dane w formacie szesnastkowym do EPROM-u :P

Cud, że udało się przetransportować spokojnie i bez przygód, owy mikroprocesor. Podejrzewam, że jakby ówczesna służba celna wychwyciła temat, to SB niestety mogło by nie odpuścić...

A co do prezentu-komputera, to jednak lepiej późno niż wcale. Podejrzewam, że taki talent jak on, na pewno wykorzystał do cna możliwości jakie dawał wtedy taki sprzęt :-)

I wielki szacuneczek, za kolejny dobry wpis. Dla mnie faworyt w zbliżającym się konkursie blogowym :-)

  #2 28.10.2014 09:07

Zaraz po stanie wojennym mój kumpel jako pracę po ukończeniu technikum elektronicznego robił programator, (zastępujący mechaniczny programator) do sławetnej pralki Polar Bio sterowany komputerkiem ZX Spectrum.

Pangrys WSPÓŁPRACOWNIK  18 #3 28.10.2014 09:16

Ehh ... Łezka się w oku zakręciła. Jakim ja wtedy byłem smarkaczem ... :)

pocolog   11 #4 28.10.2014 09:21

Kolejna swietnie opowiedziana historia.

januszek   18 #5 28.10.2014 09:28

Pamiętam, że embargo COCOM obchodziło się przywożąc sprzęt z Dalekiego Wschodu (np Atari ST) ;)
ps. swoją drogą ostatnio jakoś tak historycznie się na blagu robi ;)

Axles   16 #6 28.10.2014 09:50

Ciekawa historia i ciekawy człowiek, dobrze przeczytać jak to wyglądało kiedyś gdy mnie na świecie nie było lub lada dzień miałem się pojawić :)

macminik   15 #7 28.10.2014 10:11

6502 było na liście COCOM ?

DjLeo MODERATOR BLOGA  17 #8 28.10.2014 10:18

Zupełnie nie rozumie jak możesz mówić, że "wspominki sprzed 30 lat na pewno nie mogą być kwintesencją technologicznego bloga"? To właśnie jest ta kwintesencja bloga! Zrobiłeś to w świetny sposób, powiązałeś bardzo ciekawy i dotyczący wielu z nas motyw "Wujka z Ameryki" z historią powiązaną z rozwojem w branży technologicznej, w dodatku kawał historii i tego co było kiedyś. Mój głos masz gwarantowany w tym miesiącu! Dobra robota!

Autor edytował komentarz.
marson1   12 #9 28.10.2014 10:28

świetny wpis a robi się historycznie bo te stare komputery i opowieści mają duszę, kiedyś słowo informatyk coś znaczyło bo by cokolwiek zrobić na takim komputerze wymagana była nie wąska wiedza a teraz... informatołem nazywa się ten co umie Windowsa postawić i to zakładając, że będzie miał sterowniki bo jak nie to już może być gorzej.

WODZU   16 #10 28.10.2014 10:52

Świetny wpis, który czyta się z przyjemnością :) Oby tak dalej :) Rezerwuję dla niego swój głos :)

Siplas   8 #11 28.10.2014 11:00

@macminik: Jak mawiał klasyk, "nie bende sie wymandrzał", ale mam wrażenie, że tak. Procesory około-motorolowe były pod szczególną pieczą i o ile Intelowe wynalazki w miarę łatwo można było pozyskać, to uchodzące za szczyt nowowczesności 68xx nie były już tak powszechne. Nie wiem, jak to wyglądało z 6502, ale biorąc pod uwagę zgodność z 6809 to chyba też mógł być "zakazany".

mmm777   4 #12 28.10.2014 11:05

Nostalgia...
Programator do EPROMów zrobiłem jako dodatek do służbowego Meritum; nie było to trudne, bo miał on wyprowadzone 8255 na zewnętrzne złącze. Chyba dwa piny padły same z siebie - wystarczyło przelutować przewody i zmodyfikować program. Łatwizna...
Kasowanie - stłuczona zepsuta rtęciówka, którą pod latarnią pozostawili ludzie z ZE... Proste...

A COCOM to taki skuteczny nie był... Pracowałem w firmie, którą założył gość, który przemycał VAXy z Austrii do Polski. Niestety, idea pisania programów dla księgowości w `C' okazała się być nieopłacalną...

  #13 28.10.2014 11:49

Świetny wpis - dzięki!

macminik   15 #14 28.10.2014 14:10

@mmm777: Cocom rzeczywiście częściowo kulał. Zakładano wówczas firmy polsko-jakieś tam, przy czym jakieś tam miało związek z cywilizacją i wówczas większość technologii dało się kupić, co prawda po mocno zawyżonych cenach, jednak się dało. Zresztą Polska powołała kilka takich fikcyjnych firm, oficjalnie prowadzących handel zagraniczny a nieoficjalnie zajmujących się pozyskiwaniem zakazanych technologii.

macminik   15 #15 28.10.2014 14:20

@Siplas:
Sprawdziłem, 6809 ani 6502 nie był nigdy objęty embargiem CoCom.

Siplas   8 #16 28.10.2014 16:34

No to mnie masz ;), ale i tak opisana historia właśnie tak wyglądała. Może były inne powody, dla których zakup odbył się "zdalnie" :D Pamięć, niestety, bywa zawodna.

Autor edytował komentarz.
Shaki81 MODERATOR BLOGA  37 #17 28.10.2014 19:10

@Pangrys: Taa - rok 84 - to ja wtedy na baczność pod stołem chodziłem :)

A sam wpis, cóż oby więcej takich blogerów z tak lekkim piórem

  #18 28.10.2014 22:11

@Siplas: jak dobrze pamietam to zakaz dt. 16 bit i wyzej, a nie 8 bit od chyba poczatku lat 80.

macminik   15 #19 28.10.2014 22:25

@Siplas: ja w zupełności nie przeczę, że tak nie było. Być może istniał jakis wewnętrzny zakaz importu, tzn wadza nie chciała by prywatnie wozić, bo ... właśnie, nie bo cos tam. Kwestia druga, to jak mi wyjaśnił człowiek który w sprawach Cocomowych siedział i to on mi powiedział ze 6502 mozna było sprowadzać, byla taka praktyka że dostawcy z cywilizowanych państw nie chcieli wysyłać podzespołów elektronicznych do bloku wschodniego. Jedni sie bali kopiowania bo demoludy w nosie miały prawa autorskie i patenty, inni nie wysyłali bo sie bali że nigdy nie otrzymają zapłaty za towar co ponoć też sie zdarzało. (Volvo sprzedało samochody za które nigdy nie dostali kasy, od jakiegoś demoludoweko państwa azjatyckiego). Tak wiec Cocom swoja droga a praktyki biznesowe swoja.

macminik   15 #20 28.10.2014 22:26

@Anonim (niezalogowany): jeśli chodzi o Motorole to od modelu 68000 ale krótko łapała sie na Cocomowych. Późniejsze modele także. Dłużej na liście zagościła 68040.

Autor edytował komentarz.
Siplas   8 #21 28.10.2014 23:25

@macminik: Za Volvo nie zapłacił boski Kim, jeżdżą podobno do dzisiaj ;)

  #22 29.10.2014 00:47

Ciekawe z jakich czynności, które dziś wykonujemy będą się z nas śmiali za 30 lat.
Stawiam, że za emulator papieru o nazwie Office.

mmm777   4 #23 29.10.2014 07:35

@macminik: Działanie COCOMu było raczej ekonomiczne:
- blokowano import jakiegoś produktu,
- blokowany tworzył swoją własną wersję, która była z zasady gorsza od oryginału,
- jak wytworzył, to zdejmowano blokadę. Blokowany zostawał ze swoim (gorszym) produktem, który musiał konkurować z (lepszym) oryginałem.

xomo_pl   20 #24 29.10.2014 08:20

@macminik: do Korei północnej z tego co pamiętam pojechały te Volvo, o których piszesz...

@Siplas świetny wpis. Więcej takich jak możesz rób :D

'Czy wyobrażacie sobie w obecnych czasach pisać program w zeszycie? Bez możliwości testowania, debugowania, optymalizacji?'
na uczelniach w Polsce to standard...

Carson   3 #25 02.11.2014 21:36

Ja chciałbym się odnieść do jednego fragmentu, mianowicie do programowania na kartce. Potwierdzam to o czym wspomniał @xomo_pl. Na politechnice na której studiuję to nie jest raczej nic niezwykłego, że egzaminy z programowania w Pascalu, C czy C++ polegają właśnie na pisaniu programu na zwykłej kartce. Tak to niestety wygląda, że trzeba wszystko wykuć na pamięć, bo inaczej na egzaminie się "nie skompiluje".

Autor edytował komentarz.
  #26 04.11.2014 17:44

@macminik: Atarynki można było kupić w Peweksie. COCOM wbrew pozorom był bardzo skuteczny. Bardziej zdziwiony jestem tą potencjalną konfiskatą. Te kilka, niech będzie - kilkaset skasowanych na granicy procesorów nie ratowało sytuacji Polski... w żaden sposób. Pomyszkujcie w sieci i sprawdźcie, ile ZSRR produkował w tamtych czasach tranzystorów. To były liczby absolutnie żenujące. Myślę, że była to nawet jedna z przyczyn upadku komuny. Polskiego celnika też należy docenić. Gdyby naprawdę chciał, nie byłoby komputerów w prywatnych rękach. O ile pamiętam komunę z tamtych lat, to wręcz zachęcała do komputeryzacji ze wszystkich sił. Konfidentów w Polsce nie brakowało, więc ja nie widzę przeszkód w wyłapaniu wszystkich właścicieli kostek MOS.
Strasznie mi podpadłeś, człowieku! Trafiłem tu, bo szukałem Twojego wpisu o starych komputerach i nie znalazłem! Siplas też fajnie napisał - od tej strony, której zwykle się nie wspomina. Ja tam nie miałem żadnego wujka w Ameryce i była lipa. Za to na praktykach zawodowych oglądałem Odry, które Elwro demontowało w fabryce, bo mieli akurat zlecenie na złoto z kości, a było tego złota w tej maszynie sporo. Oto jest Polska tamtych lat!
Tak nawiasem mówiąc - już się wydało, że próbowałem być elektronikiem. Geniuszem chyba nie byłem, ale kto wie, czy dzięki temu nie mam dzisiaj, co jeść, bo niechcący zmieniłem branżę.