r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Specyfikacja HTML5 ukończona, teraz czekamy na HTML5.1, ale czy ma to jeszcze jakieś znaczenie?

Strona główna Aktualności

Gdy w 2004 roku grupa robocza Web Hypertext Application Technology (WHATWG) ogłosiła rozpoczęcie prac nad nowym standardem języka hipertekstu, WWW mocno się różniło od tego, co znamy dzisiaj. Internauci w większości korzystali z nierozwijanej od trzech lat przeglądarki Internet Explorer 6 (Microsoft wydał ją w 2001 roku, i zadowolony z siebie uznał, że to powinno wszystkim wystarczyć), strony internetowe były miszmaszem treści, kodu i stylów, a szczytem webowego luksusu było posiadanie strony zrobionej we Flashu, pełnej atrakcyjnych wizualnie fajerwerków. Nikogo nie dziwiło, że przed wejściem na stronę trzeba obejrzeć na niej długie intro. Mieliśmy tego Flasha do webowego wyuzdania, powstały w latach dziewięćdziesiątych HTML 4.01 dla zwykłej roboty oraz XHTML dla rozkochanych w XML-u miłośników postępu, wierzących, że będzie to następca zwykłego HTML-a. A potem pojawił się Firefox, i Sieć zmieniła się nie do poznania.

Przynajmniej tak było z perspektywy podekscytowanych technologicznym postępem webdeweloperów. Zwykli użytkownicy zauważyli te nowe standardy tak naprawdę dopiero w 2010 roku, kiedy to ś.p. Steve Jobs opublikował swoje słynne „Przemyślenia na temat Flasha”, w których dał do zrozumienia, że webowe multimedia nie potrzebują zamkniętej wtyczki Adobe, zaś wideo w Sieci można równie dobrze oglądać poprzez HTML5. Trochę na wyrost była wówczas ta deklaracja, trochę zaciemniła sytuację – nagle dla przeciętnego internauty HTML5 wyrósł na konkurenta Flasha, a to oznaczało, że można, i należy, oczekiwać od nowej technologii co najmniej tego samego. Nagle też HTML5 stało się synonimem dla webowych multimediów bez Flasha.

Nic dziwnego – mało kto rozumiał, czym faktycznie jest HTML5, etykietka, pod którą rozwijanych było wiele wzajemnie dopełniających się standardów. Jednocześnie twórcy przeglądarek zaczęli się ścigać ze sobą o to, kto zapewni lepszą obsługę HTML5. Niedojrzała technologia została zaprzęgnięta w służbę marketingu i ideologii, a webdeweloperzy rzucili się do wykorzystania przyszłościowych rozwiązań. Efekt można było łatwo przewidzieć – pomimo głośnych deklaracji Mozilli czy Google'a, wciąż w praktyce daleko jest do zrealizowania wizji Otwartej Platformy Webowej, wiele firm (m.in. Facebook) sparzyło się na HTML5 i idzie w stronę natywnych aplikacji na systemy mobilne, zaś sami autorzy nowych standardów nie potrafią rozstrzygnąć polityczno-biznesowych problemów, związanych głównie z technologiami wideo.

Gdy więc teraz Konsorcjum WWW (W3C), organizacja nadzorująca rozwój HTML5 od 2007 roku ogłasza, że zakończyła prace nad sfinalizowaniem specyfikacji HTML5, nie do końca wiadomo, co to miałoby oznaczać. Sfinalizowane HTML5 to nie ten sam standard, nad którym przez te lata pracowano. Jesienią tego roku W3C zdało sobie sprawę z tego, że postęp w tej dziedzinie jest ślimaczy, ogłosiło więc, że trzeba okroić standard. Prace nad monolityczną specyfikacją, do której nieustannie dorzucano nowe elementy, na pewno nie zostałyby ukończone w terminie. Część specyfikacji została więc przeniesiona do standardu nazwanego HTML5.1, którego finalizację zaplanowano na 2016 rok. Trafiły tam m.in. rozszerzenia dotyczące adaptatywnego streamingu wideo, responsywnych layoutów i dostępności stron i aplikacji WWW dla niepełnosprawnych.

Dzięki temu zabiegowi otrzymaliśmy oficjalne, kompletne specyfikacje HTML5 oraz Canvas2D. Nie oznacza to, że są one już standardami – weszły w fazę Candidate Recommendation, podczas której członkowie Konsorcjum, producenci przeglądarek i webdeweloperzy mogą śmiało korzystać ze specyfikacji do implementacji i planowania dalszych posunięć. Od dzisiaj firmy wiedzą, że mogą polegać na HTML5 w najbliższych latach, wiedzą, czego będą wymagali ich klienci. Podobnie deweloperzy wiedzą też, jakie umiejętności powinni rozwijać, aby dotrzeć do smartfonów, samochodów, telewizorów, ebooków i innych jeszcze nieznanych urządzeń – stwierdził szef W3C, Jeff Jaffe. Jednocześnie rozpoczęły się badania nad interoperacyjnością i kompatybilnością, które mają wykazać ewentualne słabe punkty standardu. Potrwają do połowy 2014 roku, kiedy to HTML5 stać się ma oficjalną rekomendacją W3C.

Niestety Jaffe nie powiedział nic na temat podstawowego problemu HTML5, znacznika video, który sam w sobie jako standard nic nie daje, do momentu ustalenia, który kodek wideo będzie za nim stał. Problem dotyczy bowiem sprawy brzydko pachnącej – licencji i patentów na technologie wideo, trzymanych przez grupę MPEG LA, której członkami są m.in. Apple i Microsoft. Ci potentaci własnościowych technologii forsują niewolny kodek H.264, podczas gdy Google i Mozilla wspierają kodek VP8, uwolniony przez Mountain View w 2010 roku po przejęciu firmy On2 Technologies, i stanowiący komponent wideo technologii WebM.

W tej sytuacji wydaje się, że minie jeszcze trochę czasu, zanim twórcy aplikacji webowych będą mogli tworzyć projekty porównywalne z aplikacjami flashowymi, czy pisanymi bezpośrednio na systemy operacyjne. Szczególnie, że i w gronie ludzi związanych z W3C pojawiają się głosy, że wydanie jako Candidate Recommendation specyfikacji HTML5 było przedwczesne, biorąc pod uwagę liczbę pozostałych w niej błędów.

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.