r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Szukaliśmy pornografii, znaleźliśmy ciebie: prywatność w Sieci stała się niemożliwa?

Strona główna Aktualności

Internet nieźle sprawdza się jako platforma realizacji projektów artystycznych, jest też wręcz naturalnym środowiskiem dla oszustów, naciągaczy i innych typów o nieczystym sumieniu. A co może powstać w Sieci na skrzyżowaniu tych światów, artystycznego i „naciągającego”? Pomysł, na jaki wpadli członkowie grupy [AOS]: Art is Open Source, jest naprawdę zaskakujący, zmuszając nas przy tym do refleksji nad losami informacji udostępnianych w Sieci.

Członkowie Art is Open Source o sobie mówią tak: jesteśmy międzynarodową, nieformalną siecią, eksplorującą mutacje ludzkich istot z szeroką i powszechną dostępnością cyfrowych technologii i sieci. Poruszamy się między sztuką a nauką, za pomocą techniki, komunikacji, performance'u i designu, by urzeczywistnić emocjonalne działania i procesy mogące ujawnić dynamikę współczesnego świata. Oczywiście dla osób, które miały okazję widzieć pisma poświęcone sztuce współczesnej, takie próby samookreślenia się trącą banalnością, ale działania AOS-u już takie banalne jak ich opis nie są.

Najnowsze projekty grupy wzbudził oto spore poruszenie w serwisach społecznościowych, szczególnie wśród Amerykanów. Na stronie incautious.org znaleźć można ciekawą deklarację: Szukaliśmy pornografii. Znaleźliśmy ciebie. Za nią stać ma ponad 100 tysięcy publicznie dostępnych komentarzy, pozostawionych przez użytkowników pornograficznych serwisów z „kamerkami”, którzy chcieli się umówić na seks z występującymi tam kobietami, mężczyznami i transseksualistami, zostawiając w nich swoje numery telefonów.

Do informacyjnych żniw na pornograficznych serwisach posłużyły popularne narzędzia, takie jak np. google'owe Web Scraping API czy interfejsy Facebooka czy Twittera. Następnie wśród znalezionych komentarzy wyszukano te, które zawierały numer telefonu i w ewidentny sposób wskazywały na randkowe intencje komentującego. Ostatnim krokiem było napisanie programu, który wygenerował z komentarzy i zrzutów ekranu pornograficznych witryn unikatowe kolaże.

W ten sposób powstało 100 tysięcy unikatowych „dzieł sztuki”, które zostały wystawione na publiczną sprzedaż. Za jedyne 50 euro można kupić taki obraz (70 x 100 cm na płótnie), z certyfikatem autentyczności oraz zrzutem ekranu, wskazującym gdzie numer telefonu został znaleziony.

Jeśli ktoś teraz obawia się, że wśród zgromadzonych numerów może być jego numer telefonu, to za jedyne 10 euro może przeszukać bazę danych AOS-u. Gdyby zaś okazało się, że faktycznie numer ten znajdzie na jednym ze stu tysięcy obrazów, a lęk przed ujawnieniem prywatnemu kolekcjonerowi czy galerii sztuki sekretu naszych erotycznych wyznań do gwiazdki internetowych kamerek jest zbyt duży, to litościwie AOS oferuje możliwość wykupienia numeru telefonu z bazy – jego skasowanie kosztuje „jedynie” 1000 euro.

Większość internautów, która skomentowała tę akcję, krzyczała oszuści, naciągacze, przywołując nawet prawa dotyczące ochrony danych osobowych w Unii Europejskiej i oskarżając członków AOS o posługiwanie się wywołującymi pozytywne skojarzenia terminami, jak „sztuka” czy „open source”, tylko po to by zamaskować kryminalny aspekt działalności. Zareagował na to m.in. PayPal, blokując konto grupie (teraz AOS namawia zainteresowanych do kontaktu mailowego, w którym przedstawić ma alternatywny sposób płatności).

Dla samych autorów projektu aspekt finansowy, jak twierdzą, jest całkowicie drugorzędny: przede wszystkim chodzi o uświadomienie ludziom, że doszło do całkowitego przekształcenia postrzegania tego, co jest prywatne, a co publiczne – internauci piszą w Sieci komentarze, w których ujawniają ogromne ilości danych o sobie, nie zdając sobie sprawy z tego, że stają się one częścią przestrzeni publicznej. Setki razy dziennie sprzedawane są nasze dane, nasze informacje, nasze emocje i relacje – głoszą członkowie AOS-a.

Czy mają rację? Co można wywnioskować z dostępnych o nas w Sieci danych, dla kogo ma to wartość i jak może to nam zagrozić? Łatwych odpowiedzi na to nie ma, ale sama akcja zeszła się w czasie z opublikowanym na łamach CNN felietonem słynnego eksperta od bezpieczeństwa IT, Bruce'a Schneiera, który otwarcie mówi: Internet stał się krainą inwigilacji, w której jesteśmy nieustannie śledzeni, a informacje pozyskiwane o nas łączone są ze wszystkimi innymi naszymi aktywnościami wiążącymi się z komputerami – transakcjami finansowymi, rezerwacjami noclegów czy zakupami biletów.

A teraz dodajmy do tego tych wszystkich, którzy za kilka lat zaczną biegać w google'owych okularach (Google Glass), zamieniając miejską przestrzeń w oddolnie zorganizowany Panoptykon. To już chyba trend nieodwracalny: jesteśmy skazani na wypicie piwa, które sobie nawarzyliśmy, i żadne akcje artystów tego nie zmienią.

r   e   k   l   a   m   a
© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.