r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Tinder Boost, czyli randkowanie zamienia się w grę pay-to-win

Strona główna AktualnościOPROGRAMOWANIE

Dobry użytkownik aplikacji to taki, który płaci. Płatne aplikacje mają jednak daleko mniejszą popularność, niż te darmowe. Rozwiązanie dla tego dylematu znaleziono już dawno: niech aplikacja będzie darmowa, a gdy użytkownik się do niej przyzwyczai, niech zaoferuje mu coś, za co może zapłacić. Taką właśnie drogą od początku szedł Tinder, najpopularniejsza dziś randkowa aplikacja świata, ale teraz zamierza monetyzować romanse swoich użytkowników jeszcze skuteczniej. Rozpoczęto testy płatnej funkcji Boost, która znacząco zwiększy szanse tych, którzy zdecydują się sięgnąć do kieszeni.

Dziś już nikt nie wie, jak poznawała się i rozmnażała ludzkość w erze przed Tinderem. Aplikacja, z której korzysta na świecie już ponad 100 milionów osób, wywarła ogromny wpływ na społeczeństwa Zachodu, optymalizując do granic możliwości proces zapoznawania ludzi, z którymi chcielibyśmy pójść do łóżka. Najaktywniejsze tinderelle (dziewczęta aktywnie korzystające z Tindera) chwalą się na mediach społecznościowych liczbą randek… dziennie. Kciukiem w lewo, kciukiem w prawo, przetrwają tylko najpiękniejsi. Albo najbogatsi.

Na początku swojego funkcjonowania Tinder był dla wszystkich za darmo, nawet reklam nie wyświetlał. Użytkownicy szybko więc przyzwyczaili się do aplikacji, która dała im takie randkowe możliwości. A gdy już się przyzwyczaili, to w marcu 2015 roku wprowadzono płatną usługę, Tinder Plus, jednocześnie nakładając na darmową ograniczenia w liczbie polubień na dobę. Mimo tego, że abonament za wersję płatną nie był mały (szczególnie dla użytkowników mających ponad 28 lat, którym przyszło płacić czterokrotnie więcej, niż młodszym), ludzie sięgnęli do kieszeni. Za możliwość zmiany lokalizacji, ukrycie wieku oraz odległości, a przede wszystkim dowolną liczbę polubień/odrzuceń, zapłaciły miliony. Firma nie ujawniła tych danych, ale już w lipcu 2015 roku analitycy oceniali wartość Tindera na 3 miliardy dolarów.

r   e   k   l   a   m   a

Już niebawem twórcy Tindera zarobią jeszcze więcej. W Australii rozpoczęto testy nowej funkcji o nazwie Boost, która jest czymś w rodzaju płatnych reklam w wyszukiwarce. Płacimy tutaj za pojawienie się na pierwszym miejscu innym użytkownikom w określonym regionie i czasie. Użytkownicy Tindera Plus mają dostać jednego darmowego Boosta tygodniowo – działać on ma przez 30 minut i podobno może zwiększyć liczbę odsłon naszego profilu nawet dziesięciokrotnie. Oczywiście dodatkowe Boosty będzie można dokupić. W zależności od wariantu kosztować on ma od 8 do 47 dolarów.

Zapewne wielu użytkowników krzyknie teraz, że to skrajnie niesprawiedliwe, ale powiedzmy sobie szczerze – sfera relacji intymnych nic ze sprawiedliwością wspólnego nie ma, w tej grze są lepsi i są gorsi. Tinder sprytnie wykorzystuje fakt efektu sieciowego takich aplikacji. Będąc największym, może warunki dyktować dowolnie, bo wie, że użytkownicy szukający randek i tak nie pójdą nigdzie indziej, ponieważ to właśnie tu, na Tinderze są inni. Dając możliwość zamożniejszym graczom kupienia sobie lepszej pozycji, w zasadzie nie robi nic innego, niż producenci gier mobilnych typu pay-to-win.

Czekamy teraz tylko na płatne usługi optymalizacji profilu tinderowego oraz jeszcze bardziej płatne usługi aukcji o kontakt do najatrakcyjniejszych kobiet (wątpimy, by sprzedawanie kontaktów do najatrakcyjniejszych mężczyzn okazało się sukcesem finansowym).

Tinderowe randki znajdziecie w naszej bazie oprogramowania w wersjach na Androida oraz iOS-a.Użytkownicy Windows Phone'a mogą wypróbować nieoficjalną aplikację Timber.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.