r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Wstępniak: bez strachu w zoptymalizowanym świecie – podłączeni z Pamelą Anderson

Strona główna AktualnościDOBREPROGRAMY

Wychodząc z domu coraz trudniej jest odłożyć telefon. Komunikacyjny terminal towarzyszy nam od zmierzchu do świtu, gdy go zawieruszymy, często doświadczamy ataku paniki. Niepokój, a może nawet strach, odczuwany na myśl o byciu odłączonym, pozbawionym dostępu do wiadomości z Facebooka, snapów czy maili, dotyka coraz większej liczby ludzi. Psychiatrzy już nazwali to nomofobią, i niewykluczone, że w kolejnej edycji klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego zostanie ona wciągnięta na oficjalną listę chorób psychicznych. Czy jednak coś, co wg raportu firmy SecurEnvoy ma dotykać już 70% kobiet i 60% mężczyzn, może być uznane za chorobę, czy też jest to po prostu nowa norma psychiki człowieka połączonego?

Miałem okazję zobaczyć ostatnio jedną z najlepszych wizji bliskiej przyszłości, jaką udało się stworzyć. Nie naiwna dystopia, nie pretensjonalna utopia, lecz zaskakująco nieunikniona dla nas opowieść, podana w formie krótkometrażówki od Cadence Films. Reżyser, Luke Gilford, określa ją jako portret kobiety zmagającej się ze starzeniem, samopostrzeganiem i transformacją w technicznie zoptymalizowanym świecie. Zanim przejdziecie do kolejnych akapitów tego wstępniaka, przeznaczcie 10 minut na „Connected” – obraz w sterylnych, medycznych błękitach, zieleniach i bieli, w którym zobaczymy walczącą o zachowanie przemijającego piękna Pamelę Anderson.

Ile może oddać współczesny człowiek, by poczuć się „połączonym” ze światem? – pyta reżyser, pokazując kolejny krok, jaki przyjść ma po tych wszystkich praktykowanych przez nas dzisiaj narzędziach do „ulepszania siebie”, tych fitness trackerach, aplikacjach monitorujących medytację, ulepszających sen, kontrolujących dietę etc. Owoc połączonego świata to człowiek, który nigdy nie pozna samotności bez głosu maszyn, troskliwej obecności Internetu Rzeczy. Póki nie stanie się „connected”, nie zazna spokoju, tak jak nie znają go ci, którzy zostawili telefon w domu.

r   e   k   l   a   m   a

Przyłapałem sam się na tym, jak bardzo trudne staje mi się odłożenie internetowego terminala na półkę, choćby na wyjście na spacer z psem. Nawet jeśli nie sięgnę po niego, sama obecność tego kawałka plastiku i krzemu dodaje – nie wiem – pewności siebie? Nadziei, że nie będę się nudził? Że na każde żądanie dostanę zastrzyk stymulacji, że ekstaza hiperkomunikacji jest tuż za rogiem?

Tytuł filmu z Pamelą, jaki mam nadzieję obejrzeliście, jest mocno wyświechtany. O tym byciu połączonym („connected”) słyszymy bez końca, a regularnie otrzymywane informacje prasowe z dziedziny „nowych technologii” przemycają założenie, że połączenie jest stanem koniecznym, stanem oczekiwanym, pożądanym, niezbędnym dziś wręcz do życia. Jasne, już widzę te opinie wszystkich rozpowiadających, jak to oni są wyłączeni w tej swojej piwnicy i jak to bardzo są z tego dumni, jednak nie odmawiając wartości takiej postawie, muszę powiedzieć, że takie jednostkowe deklaracje nie mają większego znaczenia. Dzisiaj świata nie budują wyłączeni, dzisiaj świat budowany jest przez połączonych, na tym, co już jest połączone. Rezygnacja, choć możliwa, oznacza społeczne wykluczenie, a młode pokolenia, które nigdy nie znały świata niepołączonego, nie wejdą w interakcje z niczym, co niepołączone być by miało.

I w zasadzie to jest bardzo ładne, połączenie czyni nas efektywniejszymi, wydajniejszymi, pozwala utrzymywać większe sieci relacji towarzyskich i tworzyć niemożliwe kiedyś przedsięwzięcia. Decentralizacja, globalizacja, wszystko na wyciągnięcie ręki, przyspieszająca gospodarka – ale wszystko to do środka, i wszystko bez perspektyw na wyjście poza to, co znane. Efekt „lubimy tylko te piosenki”, które znamy, staje się jeszcze silniejszy, w końcu sztuczne inteligencje serwisów streamingowych dbają o to, by ich użytkownik usłyszał to, co mu będzie się podobało. Na tym polega życie w epoce technicznie zoptymalizowanej, w której zagrała swoją rolę Pamela Anderson.

Jeden z najlepszych współczesnych polskich pisarzy, Jacek Dukaj w swojej „Córce łupieżcy” nazwał to inwolucją. Dlaczego nie spotykamy obcych? W jego Mieście, konstrukcie łączącym odbicia wszystkich kiedykolwiek zbudowanych miast wszechświata, zarówno ludzkich jak i nieludzkich, napotkać można było tylko ludzi. Tłumaczono to tym, że odpowiednio zaawansowana technika korumpuje nowymi możliwościami, prowadząc do wymierania inteligentnych gatunków, albo też (co bardziej wydaje się rozsądne), że osiągając odpowiednio wysoki poziom cywilizacji tworzy się na tyle rozwinięte sfery wirtualne, że traci się chęć życia poza nimi. Cały wysiłek, cała innowacyjność zostaje postawiona na ulepszanie wirtualności, na ewoluuowanie do środka, do osiągnięcia doskonałej izolacji. Bo czym jest VR jak nie obietnicą zanegowania świata, jaki mamy przed oczami?

Nie ma się więc czego bać. Co więcej, niebawem nie będzie można się bać. Zadbają o to odpowiednie urządzenia ubieralne. Dziś to prototyp: Spire oprócz normalnej dla trackerów fitness analizy naszego ruchu śledzi także nasz oddech. Za 150 dolarów (plus cena iPhone'a i zegarka Apple Watch) dostajesz osobistego nauczyciela uważnej medytacji, który powie, jak masz oddychać, gdy jesteś zaniepokojony. Cała pranajoga w niewielkim urządzeniu przy pasku, modni Kalifornijczycy już to mają, by zmniejszyć swój poziom stresu o 50%. Twórcy Spire piszą, że to wynik siedmiu lat badań – ale chyba raczej chodziło im o siedem tysięcy, gdyż o sztuce właściwego oddychania piszą już najstarsze traktaty indyjskie i chińskie. I jak mogę osobiście zaświadczyć, na drodze sprzężeń zwrotnych to działa bardzo dobrze. Połączony użytkownik nie będzie musiał się więc niczym martwić. Nie będzie mógł się martwić.

Za Spire idą oczywiście inne urządzenia. 300 dolarów kosztuje Muse, opaska EEG, która pomoże właściwie medytować w nadzorowanej przez iPhone'a czy smartfon z Androidem sesji, za 100 dolarów dostaniemy niezbyt piękny, ale podobno dobrze działający MindWave Mobile, 400 dolarów kosztuje luksusowy Versus, który obiecuje niespotykane możliwości kontroli pracy mózgu. To co kiedyś było ciekawostką, staje się kolejną falą w biznesie urządzeń ubieralnych. W końcu powiedzmy sobie szczerze, ile można sprzedać tych trackerów fitness? Neurologiczne urządzenia ubieralne to po prostu kolejny krok i jeszcze 2-3 lata, a kupimy je w każdym sklepie z ubieralnościami. W ten sposób techniki medytacyjne dostępne niegdyś tylko dla najbardziej wytrwałych uczniów, trafią pod strzechy, dla każdego Kowalskiego za garść dolarów.

Wtedy jednak dopiero zacznie być strasznie wychodzić bez telefonu, bez aplikacji, która powie, jak właściwie oddychać i jak myśleć, by nie znać strachu. Człowiek wyszkolony w jodze jest integralny, to co potrafi – potrafi bez dodatkowych urządzeń i aplikacji. Człowiek nakierowany na spokój za pomocą oprogramowania… od tego oprogramowania staje się tylko bardziej zależny.

To wciąż jednak przyszłość. Już niebawem za to przeczytacie u nas recenzję nowej Malinki trzeciej generacji i nowej wersji oprogramowania DiskStation Manager firmy Synology. Bez przeglądów aplikacji mobilnych się nie obędzie, więc jeśli przygotowujecie się do sezonu rowerowego, wypatrujcie kolejnego artykułu Xyrcon. Z opóźnieniem, ale jednak, pojawi się zapowiedziany materiał o atakach na Wi-Fi za pomocą złego brata bliźniaka, a następnie zobaczymy, co więcej można zrobić z odtwarzaczem Kodi, gdy zajrzymy mu bardziej pod maskę. Zapraszam do lektury dobrychprogramów, jak i przeglądania naszego redakcyjnego bloga, gdzie zgłaszać możecie zauważone w portalu usterki.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.