r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Wstępniak: domena publiczna, czy domena USA? Wolność treści oddala się w czasie

Strona główna AktualnościDOBREPROGRAMY

W styczniu tego roku w Holandii do domeny publicznej trafiła książka, która od dziesięcioleci wzbudzała niemałe kontrowersje. „Dziennik Anny Frank”, czyli powieść na podstawie fragmentów pamiętnika nastolatki, nie jest może wybitnym dziełem literatury, ale ma wielką wartość historyczną i polityczną, przypominając okrucieństwo nazistowskiego reżimu i budząc irytację tych, którzy podważają holocaust Żydów. Przez te wszystkie lata „Dziennik Anny Frank” był też niemałym biznesem – łączny nakład przekroczył trzydzieści milionów egzemplarzy, wydanych w 65 językach. Darmowe udostępnienie w Sieci takiej książki nie mogło się więc obyć bez problemów. Czerpiąca z niej zyski szwajcarska Fundacja Anny Frank od początku straszyła pozwami sądowymi wszystkich tych, którzy ośmieliliby się opublikować „Dziennik…” w Internecie. Do publikacji jednak doszło, książka znalazła się nawet na serwerach Fundacji Wikimedia – i chwilę później z nich zniknęła, wywołując kolejne dyskusje nad zasięgiem jurysdykcji systemów prawnych w globalnej Sieci, prywatyzacją wiedzy i obroną domeny publicznej.

Ja pewnie wiecie, Anna Frank nie doczekała końca II Wojny. Zmarła między lutym a marcem 1945 roku, podczas epidemii tyfusu, która zabiła ponad 17 tys. więźniów niemieckiego obozu koncentracyjnego Bergen-Belsen. Powstała na podstawie jej pamiętnika książka została opracowana przez jedynego, który przeżył z rodziny – jej ojca Otto Franka. Nigdy jednak nie rościł on sobie prawa do autorstwa, tytułując się wyłącznie redaktorem. Pierwsze wydanie ukazało się w Amsterdamie, pt. Het Achterhuis. Dagboekbrieven 14 Juni 1942 – 1 Augustus 1944.

Zgodnie z obowiązującą od 1993 roku unijną dyrektywą 93/98/EWG w sprawie harmonizacji czasu ochrony prawa autorskiego i niektórych praw pokrewnych, wydłużył okres ochronny, w którym prawa te by obowiązywały, do 70 lat od śmierci autora. W przedstawionym wówczas uzasadnieniu stwierdzono, że minimalny czas ochrony ustanowiony przez Konwencję berneńską, obejmujący okres życia autora oraz okres 50 lat liczony od dnia jego śmierci, miał zapewnić ochronę interesów autora oraz dwóch pierwszych pokoleń jego zstępnych, tymczasem średni okres życia w krajach Wspólnoty Europejskiej wydłużył się do tego stopnia, że ustalony czas nie jest już wystarczający, aby objąć dwa pokolenia. I tak oto na terenie Unii Europejskiej od 1 stycznia 2016 roku, 70 lat po śmierci Anny Frank, praca, która zapewniła jej trwałe miejsce w historii, przejść miała do domeny publicznej, dając wszystkim swobodę rozpowszechniania.

r   e   k   l   a   m   a

Jesienią zeszłego roku stało się już jednak jasne, że z tantiemów z „Dziennika” zarządzająca tym wszystkim Fundacja Anny Frank łatwo nie zrezygnuje. Jej obecny dyrektor Ronald Leopold ogłosił, że książka ma współautora… którym jest właśnie ojciec Anny (i założyciel tej fundacji), Otto Frank. Jako że zmarł on w 1980 roku, ochronę praw autorskich należy wydłużyć do 2050 roku. To ewidentne nadużycie mechanizmów prawnych, idące wbrew oczekiwaniom samego Otto Franka, nie spotkało się o dziwo z jakąś mocniejszą reakcją. Dobrą tego ilustracją może być New York Times, w którego dziale książkowym opublikowano artykuł relacjonujący sprawę w bardzo neutralnym, nieurażającym nikogo tonie – ot jedni powiedzieli to, drudzy stwierdzili, że jednak nie, ktoś tam jeszcze zauważył, że żyje dziś jeszcze jedna z redaktorek „Dziennika”, Mirjam Pressler, więc na upartego można by było jeszcze bardziej wydłużyć okres ochronny. Podobne stanowisko wyraziły praktycznie wszystkie „stare”, nieinternetowe media – i trudno się im dziwić, w końcu fundamentem ich funkcjonowania jest możliwie restrykcyjne prawo autorskie, w którym takie akcje przechodzą.

Dwie osoby zdecydowały się wypróbować deklaracje Fundacji Anny Frank w praktyce. Z początkiem stycznia wykładowca Uniwersytetu Nantes Olivier Ertzscheid i francuska parlamentarzyska Isabelle Attard opublikowali w Sieci „Dziennik” (w wersji oryginanej, po niderlandzku) powołując się na europejską dyrektywę o prawach autorskich. Wówczas to Ertzscheid napisał, że 70 lat po śmierci Anny Frank jej dziennik powinien znaleźć się w domenie publicznej, ponieważ należy do każdego – i każdy powinien sam ocenić jego wagę. Dostępność w Sieci może tylko zaś przypomnieć go większej liczbie czytelników.

Zapewne oryginału po niderlandzku tak wielu by nie przeczytało, jednak był to bardziej gest symboliczny, tym bardziej że Ertzscheid został wcześniej zmuszony do usunięcia ze swoich stron „Dziennika” w tłumaczeniu francuskim – po tym, gdy wydawca Livre du Poche zwrócił uwagę na to, że prawa autorskie do przekładu wciąż obowiązują. I w zasadzie na tym można by było zakończyć sprawę, gdyby nie nieoczekiwany zwrot w sytuacji, związany z tak przecież zawsze zaangażowaną w rozwój domeny publicznej Fundacją Wikimedia. Utrzymuje ona swój serwis Wikisource dla tekstów źródłowych, darmową bibliotekę wypełnioną oczywiście tylko tekstami, których rozpowszechnianie nie jest ograniczone prawem. Kilka dni po opublikowaniu tekstu „Dziennika” przez Ertzscheida i Attard, trafiły one do niderlandzkiego Wikisource, by zaraz po tym zostać usunięte – i to przez samą Fundację Wikimedia, mimo że nikt się o to nie prosił.

Fundacja dmucha otóż na zimne, powołując się na swoją podległość prawu amerykańskiemu. Choć serwis Wikisource jest tworzony przez społeczność, to jednak by korzystać z ochrony prawnej ustawy Digital Millenium Copyright Act, konieczne jest proaktywne usuwanie treści naruszających prawa autorskie, jeśli tylko operator serwisu wie, że treści takie na jego serwerach się znajdują. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych oryginalny tekst „Dziennika” objęty jest ochroną aż 95-letnią od daty wydania – dotyczy to automatycznie wszystkich treści wydanych przed 1978 rokiem, bez względu na to, jakie to prawa obowiązywały w kraju wydania.

Oczywiście wyjaśniający tę sytuację Jacob Rogers, doradca prawny Fundacji Wikimedia, próbuje przedstawić działania swojej organizacji w dobrym świetle, pisząc: usunięcie to jest doskonałym przykładem, dlaczego prawo powinno być zmienione, by uniemożliwić kolejnych wydłużeń praw autorskich, czegoś co trapiło naszą społeczność przez całe lata. Ani słowa o tym, że może usunięcie to powinno być argumentem na rzecz wyprowadzenia Fundacji Wikimedia z wrogich domenie publicznej Stanów Zjednoczonych do kraju bardziej tym kwestiom przyjaznych. Ani słowa o tym, że automatycznie na witrynie tworzonej przez głównie holenderskich użytkowników za obowiązujące uznano prawa nie Unii Europejskiej, lecz USA. Fundacja daje nam tym samym jasny sygnał: wszystko, co opublikujecie w Wikipedii – w tym polskiej Wikipedii – podlega prawom amerykańskim.

Postawa Wikimediów jest o tyle dla mnie trudna do zaakceptowania, że inna amerykańska (zarejestrowana w San Francisco) organizacja, Internet Archive, uznała przynależność oryginału „Dziennika Anny Frank” do domeny publicznej i hostuje go na swoich amerykańskich serwerach (na prawach Public Domain Mark 1.0). Czy w tej sytuacji rozpowiadanie przez Wikimedia o tym, jak wiele robią dla domeny publicznej jest naprawdę usprawiedliwione?

To pytanie nabiera dodatkowego znaczenia w świetle tego, co dla rozpowszechniania wiedzy zaczęli robić sami autorzy publikacji naukowych, za sprawą uruchomionej przez Aleksandrę Ełbakjan platformy Sci-Hub. Ta zajmująca się neuronaukami młoda badaczka z Kazachstanu (etnicznie Ormianka) uznała w 2011 roku, że to co robią (głównie amerykańscy i niemieccy) wydawcy artykułów naukowych jest nie do przyjęcia, szczególnie dla uczonych i studentów z biedniejszych krajów, których nie stać płacić po 30 i więcej dolarów za dostęp do jednego specjalistycznego artykułu. Dzisiaj w jej Sci-hubie znajdziemy już niemal 50 mln tekstów, normalnie przecież ukrytych za paywallami wydawców takich jak JSTOR, Springer, Sage i Elsevier.

Pani Ełbakjan powołuje się na art. 27 Powszechnej deklaracji praw człowieka, w którym mowa, że każdy człowiek ma prawo do swobodnego uczestniczenia w życiu kulturalnym społeczeństwa, do korzystania ze sztuki, do uczestniczenia w postępie nauki i korzystania z jego dobrodziejstw – i twierdzi, że właśnie dlatego zbudowała zautomatyzowanego naukowego Robin Hooda, który ma pomóc studentom, doktorantom i naukowcom w rozwoju nauki. Wykorzystuje on dostarczane przez sympatyzujących ze sprawą uczonych uniwersyteckie klucze dostępowe do obejścia paywalli i wydobycia tekstów, które zamówią użytkownicy Sci-Huba. Po wydobyciu, tekst pozostaje już na zawsze dostępny dla każdego. Co więcej, obecnie Sci-Hub sam już wyszukuje nowe artykuły w ważnych dziedzinach, pobierając je do swojej bazy danych – jak twierdzi autorka, miesięcznie przybywa w ten sposób około milion publikacji.

O Sci-Hubie znów ostatnio zrobiło się głośno, za sprawą pozwu złożonego w zeszłym roku przez znanego wydawcę Elsevier, który wpłynął do nowojorskiego sądu dystryktowego. W pozwie tym Elsevier domagał się zamknięcia Sci-Huba i milionowych odszkodowań za naruszenie praw autorskich – od 750 do 150 tys. dolarów za spiracony artykuł. W odpowiedzi sąd wydał nakaz zablokowania domeny z końcówką .org, pod którą serwis działał i zażądał wyjaśnień od pani Ełbakjan. Reakcja ormiańskiej badaczki była całkiem ciekawa. Serwis podpięła pod nową domenę .io, uruchomiła dostęp poprzez ukrytą usługę w sieci Tor, a do tego w odpowiedzi na pozew oskarżyła Elseviera o stosowanie nielegalnego modelu biznesowego. Twierdzi, że wydawca działa niczym rekieter, wymuszając pieniądze za teksty, za które autorzy nie dostali przecież żadnego wynagrodzenia, a które są niezbędne innym zajmującym się nauką.

I tak oto mamy dwie zupełnie różne postawy wobec powszechności wiedzy i informacji, reprezentowane przez amerykańskiego prawnika Wikimediów i ormiańską badaczkę. Trzeba oczywiście pamiętać, że serwery Fundacji Wikimedia stoją w całkowicie podległym amerykańskiemu prawu centrum danych w Virginii, podczas gdy serwery Sci-Huba stoją w wysoce odpornym na amerykańskie prawo centrum danych w Sankt Petersburgu, ale ponownie należy zapytać – kto opływającym w pieniądze Wikimediom zabraniał znaleźć sobie bezpieczną, neutralną przystań, np. w takim kraju jak Islandia?

Tyle o prawie autorskim i amerykańskiej jurysdykcji. A co w tym tygodniu w dobrychprogramach? Jak wiecie, Google zdecydowało się zamknąć Picasę, lubianą i powszechnie używaną usługę do przechowywania zdjęć. Sprawdzimy, czym ją można dziś zastąpić. Przyjrzymy się też bliżej odtwarzaczowi Kodi, najlepszemu chyba oprogramowaniu dla systemów media center. Domyślna konfiguracja nie jest zła, ale dzięki odpowiednim wtyczkom i ustawieniom Kodi może być znacznie lepsze. Starym Czytelnikom przypomnimy, a młodym uświadomimy, jak wyglądał Internet w czasach przed WWW, i sprawdzimy, co z tych prehistorycznych usług sieciowych przetrwało do dzisiaj. Spodziewajcie się też kolejnego artykułu z cyklu uodparniającego na inwigilację elektroniczną – tym razem zajmiemy się kwestią bezpiecznego przechowywania swoich danych. Miłośnikom psów polecimy zaś najlepsze oprogramowanie i urządzenia, które pomóc mogą w szkoleniach, treningach, a także zabawie. Zapraszam serdecznie!

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.