r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Wstępniak na nowy tydzień: 20 lat po pierwszym połączeniu z Siecią, w poszukiwaniu ducha tamtych czasów…

Strona główna AktualnościDOBREPROGRAMY

Choć nawet chciałbym w tym wstępniaku poruszyć inny temat, nie mogę tego zrobić. To kwestia osobista – dokładnie 20 lat temu zrobiłem coś, co zmieniło moje życie na zawsze. Jako urodzinowy prezent kupiłem sobie modem. Był wielkości kilkusetstronicowej książki formatu B5, w solidnej metalowej obudowie, z kilkunastoma czerwonymi lampkami na frontowym panelu. Z pecetem, maszyną z procesorem 486DX@40MHz i 4 MB RAM, łączył się grubym kablem po RS-232C. To niezwykłe urządzenie pozwalało mi na uzyskanie wdzwanianego dostępu z szybkością 14,4 Kb/s. Wdzwanianego, a więc opłacanego co trzy minuty, impuls po impulsie, na numer pierwszego w moim ówczesnym mieście dostawcy Sieci. Sławetny 0202122 ruszył dopiero rok później.

Podłączenie się do Sieci było w 1995 roku czymś zupełnie innym, niż dzisiaj. Pierwsze, niezbyt skuteczne próby podjąłem na Windows 3.11, uzbrojonym w internetowy pakiet Trumpet Winsock. Po kilku dniach nieustannych problemów z sieciowym połączeniem na „okienkach”, dostałem od kogoś CD z Linuksem Slackware i poradnikiem, jak zestawić na nim wdzwaniane połączenie. Poszło bez problemów – i tak Linux stał się, jak dla wielu wówczas ludzi spośród tej garstki polskich internautów, podstawowym systemem do Sieci. Wszystko inne (a tego wszystkiego innego było całkiem sporo, nie żyliśmy wówczas w przeglądarkach tak bardzo jak teraz) długo jeszcze należało do Windows.

Emocji towarzyszących pierwszemu połączeniu się z Internetem nie zapomnę pewnie nigdy, podobnie jak i dźwięków wydawanych przez negocjujący połączenie modem. Pamiętam też pierwszy program, jaki uruchomiłem. Nie była to żadna przeglądarka internetowa, lecz klient Usenetu, klasyczny, działający w trybie tekstowym slrn. Wkrótce potem ruszyły kolejne użyteczne usługi – gopher, archie, ftp, irc, veronika – no i końcu WWW.

r   e   k   l   a   m   a

Przez okno na wirtualny świat, jakie wówczas sobie otworzyłem, na długo wówczas uciekłem ze świata mięsa. Szkoła, do której wówczas sporadycznie jeszcze chodziłem, poszła w kompletną odstawkę, cały wysiłek wówczas włożyłem w pracę (jakoś trzeba było sobie przecież opłacić te szalone rachunki telefoniczne) i Internet. Nie mogło chyba być inaczej. Od wczesnego dzieciństwa wypatrywałem tego co inne, dziwne, niezwykłe, a w szarej i ubogiej rzeczywistości lat 90 zawartość ówczesnej Sieci była przede wszystkim inna, dziwna i niezwykła. Ludziom, którzy zaczęli swoje życie w Sieci w tym stuleciu trudno sobie wyobrazić, jak bardzo odbiegała od codzienności.

Współczesny Internet (a może należałoby powiedzieć WWW, bo tak mało zostało z tego wieloprotokołowego, wielonarzędziowego Internetu lat 90) relatywnie dobrze odzwierciedla świat fizyczny, zainteresowania, hobby, wierzenia, postawy polityczne i ideologiczne normalnych Kowalskich. Urokiem Sieci sprzed 20 lat było ogromne skrzywienie ku wszystkiemu temu, co wygięte. Człowiek zainteresowany np. religią więcej znalazłby w archiwach FTP popularnych serwerów na temat Kościoła Subgeniusza, dyskordianizmu czy Ordo Templi Orientis, niż materiałów o chrześcijaństwie czy islamie. W jednym folderze można było znaleźć akademicką literaturę o historii gospodarczej świata i doniesienia o reptilianach, UFO i Nowym Światowym Porządku. Więcej było o nanotechnologii niż o banalnej elektryce aut.

Typowy członek pierwszego plemienia, zamieszkującego wtedy Internet, był tak bardzo niepodobny do współczesnego typowego internauty, że pewnie gdyby się spotkali, nigdy nie znaleźliby wspólnego języka. Byliśmy nerdami do szpiku kości. W 1995 roku NASK przeprowadził pierwsze badania polskich użytkowników Sieci, które wykazały, że aż 22% z nas stanowią kobiety. Nie uwierzyliśmy w to, panowało powszechne przekonanie, że właściciele kobiecych nicków na ircowych kanałach są grubymi, brodatymi mężczyznami w szelkach. Nie było wśród nas prawników, lekarzy ni ekonomistów, na polskim Usenecie niekończące dyskusje toczyli ze sobą ludzie związani z fizyką, informatyką, matematyką, czy chemią. Takiego słowa jak „marketing” czy „reklama” nie znał chyba wówczas jeszcze nikt. Angielski był w praktyce naszym drugim językiem, bo przecież jedyne liczące się zasoby Sieci były dostępne tylko po angielsku.

Niemal każdy miał wówczas skrzynkę e-mail, zwykle albo na jakimś uniwersyteckim serwerze, albo komercyjną, u dostawcy wdzwanianego Internetu. Moja pierwsza miała zawrotną pojemność 5 MB (zapychaną nieustannie przez te wszystkie subskrybowane listy dyskusyjne), łączyłem się z nią wykorzystując klienta poczty o nazwie Pine. Jak wspomniałem, WWW było w powijakach (podobno całkowita liczba stron nie przekraczała 23 tysięcy), niewiele tam ciekawego było, ale szybko się zorientowaliśmy, że hipertekst to przyszłość, a świstak (gopher) to już niekoniecznie. Rozpoczęła się moda na tworzenie własnych „stron domowych”, niezgrabnych, pisanych z palca w vi czy innym notatniku potworków w HTML, zawierających zwykle nikogo nie interesujące dane o Twórcy Strony i zbiór polecanych przez niego linków. Najzdolniejsi eksperymentowali z dopiero co zaprezentowanym przez Netscape JavaScriptem, robiąc imponujące scrollery w pasku statusu przeglądarki.

20 lat później dobrze widzę, jak bardzo Internet odmienił tych ludzi, którzy byli w nim za jego początków – i zastanawiam się, czy dziś we współczesnej cywilizacji dzieje się cokolwiek takiego, co mogłoby w życiu młodych ludzi odegrać analogiczną rolę do tej awangardowej, niezrozumiałej wówczas dla mas techniki sieciowej. Mówi się o Internecie Rzeczy, ale ten Internet Rzeczy jest jednak czymś kompletnie innym, ruchem za którym stoją wielkie korporacje, i w który inwestuje się miliardy. Internet lat 90 rozwijał się oddolnie, staraniami ludzi, których kieszenie często były dziurawe. Współczesny Internet Rzeczy bardziej kojarzy mi się z latami 70 XIX wieku, kiedy to zaczęła się rewolucja przemysłowa, niż ze schyłkiem ubiegłego stulecia. W XIX-wiecznych Stanach Zjednoczonych miliony ludzi zjeżdżały się do Filadelfii, by odwiedzić pierwszą Wystawę Światową, zobaczyć niezwykłe wytwory techniki, na czele z potężną maszyną parową Corlissa. Podobnie jak dzisiaj w odniesieniu do Internetu Rzeczy, wtedy wszyscy rozumieli, o co chodzi. Prosty farmer czytał w gazecie o stalowych gigantach, myślał, jak zmienią one jego życie, ruszał w podróż by zobaczyć je na własne oczy – i rzeczywiście, już kilka lat później na jego farmie pojawiały się parowe traktory. Nikt nie miał wątpliwości, że to jest przyszłość.

Tymczasem w latach 90 tzw. normalni ludzie w Internet przecież nie wierzyli. Do historii przeszedł artykuł z Newsweeka, opublikowany raptem dwa tygodnie przed moim pierwszym włączeniem się do Sieci, którego autor, amerykański astronom Clifford Stoll, wyśmiał Internet jako zabawkę dla hakerów, która nigdy nie będzie miała realnego wpływu na rzeczywistość.

Jeśli więc nie Internet Rzeczy, to co? Robotyka? Szczerze mówiąc nie widzę jakiejś masowej pasji związanej z robotami (choć oczywiście nisko kłaniam się umiejętnościom naszego Cyryllo). Biotechnologia? Faktycznie, sporo się mówi o opensource'owej biologii, ale wciąż próg wejścia w to jest tak wysoki, a sama dziedzina tak bardzo regulowana, że wątpię by doszło do umasowienia całej sprawy (w końcu podejrzewam, że większość rządów nie czułaby się zbyt pewnie, gdyby młode nerdy uzbrojone w wirówki i sekwencery bawiły się w ulepszanie wirusa grypy). Zostaje jedno – Bitcoin. Cała ta atmosfera wokół kryptograficznych walut przypomina mi właśnie te pionierskie lata Internetu. Skrzywieni w stronę dziwactw entuzjaści, sceptycyzm mainstreamu, nieśmiałe eksperymenty, kiełkujące oddolnie biznesy – to pachnie właśnie tamtymi czasami. I w sumie czemu miałoby być inaczej? Internet stał się niespodziewanym narzędziem wolności informacyjnej, pozwalającym poza kontrolą rozpowszechniać wszelkie idee, komunikować się między ludźmi bez względu na bariery geograficzne i regulacje prawne. Bitcoin w założeniu jest narzędziem wolności finansowej, pozwalającym na handel poza wszelką kontrolą, bez względu na regulacje prawne.

Nie twierdzę tu, że Bitcoin podzieli los Internetu i stanie się kolejnym fundamentem cywilizacji naukowo-technicznej. Wciąż jeszcze możliwe, że okaże się całkowitym fiaskiem. Wypatruję jednak tych wszystkich młodych ludzi, podnieconych wizją uwolnienia pieniądza tak, jak ja 20 lat temu byłem podniecony wizją uwolnienia informacji. Czy spełniliśmy te nasze wizje? Gdzież tam, wszystko potoczyło się w sposób, którego żaden z cyberaktywistów lat 90 przewidzieć nie mógł, pod wieloma względami Internet stał się narzędziem inwigilacji i kontroli. A jednak nie wszystko z tej oryginalnej wizji zostało stracone, nikt już nigdy nie będzie mógł mieć monopolu na wiedzę i informację. Pewnie więc i taki też los czeka kryptowaluty, odmienny od wizji młodych entuzjastów, ale mimo wszystko przynoszący ludzkości coś dobrego.

Tyle mojego wstępniaka, zapraszam Was serdecznie do lektury dobrychprogramów na ten tydzień. Przypominam, że dziś o 19:20 kończymy konkurs współorganizowany z AMD. Redakcja weźmie się następnie za sprawdzanie waszych odpowiedzi. Już wiemy, że nie będzie nam lekko, ale postaramy się zrobić to jak najszybciej. Kolejne wieści w tej kwestii – już w najbliższym środowym programie na żywo, tym razem poświęconemu bardziej technice niż ludziom.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.