r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Wstępniak na nowy tydzień: rok Linuksa na desktopie? Chyba tylko w kolonii dla masochistów

Strona główna AktualnościDOBREPROGRAMY

O tym, jak bardzo Maki nie nadają się do poważnej pracy™ , pisał już na naszych łamach Tomek Bryja. Nie tak dawno o swoich bojach z Windows 8.x opowiedział Wam bliżej Łukasz Tkacz. Myślę jednak, że ich doświadczenia to nic w porównaniu do moich. Są systemy daleko bardziej nienadające się do poważnej pracy niż OS X i znacznie bardziej narowiste niż Windows.

Gdzieś tak od września zacząłem mieć problemy ze swoim desktopowym Linuksem, robiącym u mnie w domu za podstawowy system operacyjny. Nie była to żadna wydumana dystrybucja, przeciwnie, popularne 64-bitowe Kubuntu 14.04 LTS. W pewnym momencie zaczął się zawieszać odtwarzacz XBMC (pomogła zmiana pakietów z kodekami na coś z nieoficjalnego ppa), tydzień później przestała działać jedna gra, bo coś jej przestało pasować w 32-bitowych bibliotekach po zainstalowaniu innej gry (pomogło niegranie w nią). W październiku straciłem nagle wygodny dostęp do swoich dokumentów z poziomu LibreOffice – eleganckie i użyteczne okienko dialogowe KDE, ze skrótami do różnych (także zdalnych) miejsc w systemie plików zniknęło, zastąpił je jakiś nieoskórowany koszmarek z GTK. Na to już rady nie znalazłem, zacząłem ręcznie przegrywać sobie pliki do lokalnych zasobów. Moja cierpliwość skończyła się w listopadzie. Któraś z aktualizacji sprawiła, że nie mogłem już wybudzać komputera po uśpieniu. To znaczy mogłem, ale bez aktywnej klawiatury i myszy. Czasem pomagało wyjęcie i ponowne włożenie wtyczek USB.

Zamiast czytać komunikaty jądra i kombinować, co się takiego tym razem z podsystemem USB stało, powiedziałem sobie dość. Trzeba zmienić dystrybucję. To na pewno wina Kubuntu, inne distro zrobią mi lepiej, szybko sobie znajdę coś, co będzie wygodnym dla mnie środowiskiem pracy czy sporadycznej zabawy. A że kilka dni temu poważnie się przeziębiłem, zbliżał się więc weekend w domowych pieleszach, czas na taką operację był. Tylko na co zmienić stabilną wersję Kubuntu 14.04?

r   e   k   l   a   m   a

Z desktopowego Linuksa korzystam od baaaardzo dawna. Pierwsze cztery płytki CD z tym systemem i jego oprogramowaniem (włączając w to Dooma) kupiłem jeszcze na słynnej giełdzie na Grzybowskiej w Warszawie – w pudełku oprócz płytek była jeszcze książeczka z instrukcją, z której pamiętam ostrzeżenie, że zła konfiguracja serwera X może doprowadzić do wybuchu monitora. Pokażę Wam ten kawałek historii przy najbliższej okazji podczas naszego programu na żywo. Potem wiele lat korzystałem z Debiana (a w pracy administratora z FreeBSD), otarłem się też o Red Haty, Gentoo, openSUSE i kilka innych mniej znanych dystrybucji. Około 2010 upodobałem sobie Archa – i korzystałem z niego kilka lat, do momentu gdy awaria dysku zniszczyła mi wszystko, a mi się nie chciało stawiać go od nowa, nowym pseudoinstalatorem. Pomimo wszystkich niedostatków „pingwina”, polubiłem go, pewnie tak, jak niektórzy lubią jeździć na obozy przetrwania – mimo że niewygodnie, to jednak fajna przygoda.

Na survival, w tym komputerowy, dziś już czasu ani ochoty nie mam za wiele, niech młodsi się w to bawią. Nie oznacza to, że zapałałem nagłą chęcią zainstalowania Windows. W redakcji dobrychprogramów używam Windows 8.1 – i przyznam, toporne jest to strasznie, a stabilność... cóż, pierwszy z brzegu przykład: po którejś z ostatnich aktualizacji Windows, aby cokolwiek wydrukować, trzeba ręcznie restartować demona kolejki drukowania. Poza tym jakoś mi interfejs Windows nigdy do końca nie „leżał”. Zacząłem się więc rozglądać po linuksowych distro, by wybrać coś, co mogłoby mi szybko dogodzić.

Być może jestem za bardzo wybredny i mam wyśrubowane wymagania. Oczekiwałem systemu, który będzie miał wygodny i szybki instalator (powiedzmy, że najwyżej w godzinę będę miał gotowe środowisko pracy), który zapewni solidne wsparcie dla wolumenów logicznych i szyfrowania całego dysku (bo każdy ma coś do ukrycia), który zapewni solidny i funkcjonalny pulpit, a nie zabawkę dla nerdów czy kotów (czyli KDE, a nie np. Openboksa, Unity czy ratpoison), który będzie miał dużo w repozytoriach (bo jestem za stary na ręczne kompilowanie oprogramowania ze źródeł) i który będzie łatwy w konfiguracji i zarządzaniu (bo nie chce mi się czytać dokumentacji jakiegoś nowego, tajemniczego komponentu systemu tylko po to, by zrobić coś trywialnego).

Z taką listą wymagań zacząłem od openSUSE. Niewątpliwie niemiecka inżynieria powinna szybko przynieść pożądany efekt. Najnowsza wersja susła, 13.2, przynosi pełno linuksowych innowacji, w tym świeżutkie jądro 3.16, zaawansowane systemy plików Btrfs i XFS czy ulepszony, „inteligentniejszy” instalator. Faktycznie, instalacja przebiegła bardzo przyjemnie i już po kilkunastu minutach zobaczyłem całkiem elegancki (choć jak zwykle z ohydnymi fontami) pulpit KDE 4.14. Szybko, zainstalujmy pakiet infinality na pohybel software'owym patentom – pomyślałem… i na tym się skończyło. Nie ma sieci. Plasmoid (czyli taka mała aplikacja z systemowego menu) menedżera sieci nie widział ani jednego Wi-Fi, nie pozwalał też na ręczne ustawienie dostępu. Kabelek ethernetowy do routera? Też nic.

Okazuje się że to wszystko sprawa nowego mechanizmu zarządzania siecią w openSUSE, o znamiennej nazwie wicked. Z jakiegoś powodu NetworkManager był zły, nie dość „zaawansowany”, więc jakiś geniusz podjął decyzję o zastąpieniu kluczowego komponentu systemu nowym rozwiązaniem, napisanym chyba w ciągu kilku miesięcy, i to na kolanie. To całe wicked można skonfigurować tylko przez panel sterowania YaST, ew. używać ręcznie jak przeczytasz dokumentację i nauczysz się składni. Skonfigurowałem przez YaST-a, działa... ale z plasmoidem sieci nie rozmawia. Jak skonfigurować VPN? Nie mam pojęcia. Dokumentacja openSUSE nie pomaga... ponieważ wciąż jest do wersji 13.1, nie obejmuje potworka z wersji 13.2. Poddałem się, openSUSE zniknęło z dysku. Co z tego, że jednym kliknięciem mogę przywracać dowolne stany systemu z migawek Btrfs, jednym kliknięciem instalować cały stos wirtualizacji KVM, skoro nie mogę zainstalować głupiej sieci?

Kolejna próba to Netrunner... takie lepsze Kubuntu, podobno całkiem niezależne od Canonicala. Tu wszystko poszło szybko i sprawnie, tyle że pomimo wszelkich starań nie udało mi się uzyskać dźwięku po HDMI, ani porządnych okien dialogu plików w LibreOffice. Z tym ostatnim ciekawa sprawa. Autorzy dystrybucji zorientowanej wyłącznie na KDE twierdzą, że ze względu na niską jakość integracji z KDE dla tego pakietu biurowego domyślnie skonfigurowali go dla GNOME i użyli skórki Qt, by ładnie wyglądało. Wspaniale, ale jak to jest, że w openSUSE wyglądało to dobrze, LibreOffice (w najnowszej wersji) świetnie się integrowało z całym środowiskiem pracy?

Wypróbowałem jeszcze Netrunnera Rolling Release (bazującego na modnym ostatnio Manjaro) – żenująca porażka, nawet nie potrafił po instalacji uruchomić systemu z zaszyfrowanymi wolumenami logicznymi, wypróbowałem Linux Minta KDE Edition – nie, wstawienie gołego, niezintegrowanego z niczym KDE nie sprawia, że mamy „KDE Edition”, poza tym też ten sam problem z wybudzaniem, co na Kubuntu, wypróbowałem bazujący na Debianie SolidK – instalator uważał, że ma zainstalować się na instalacyjnym pendrive i nie potrafiłem tego zmienić… Poddałem się. Nie wiem co zrobić. Najwyraźniej linuksowe dystrybucje dziś nie są w stanie zaspokoić moich potrzeb. W stosunku do ubiegłych lat, mimo całego postępu technicznego, obserwuję paskudny regres, a jedno distro jest bardziej niedopracowane od drugiego. O tym, że stabilne wydanie zostaje zamienione w eksperyment, w ogóle już nie chcę mówić.

Skoro czytacie to dalej, to podzielę się jeszcze jedną uwagą. Opisując nową linuksową dystrybucję w prasie branżowej robi się to po łebkach – i uruchamianie tego wszystkiego w maszynach wirtualnych tylko zaciemnia obraz. Zwirtualizowane Linuksy działają świetnie. Gdy jednak instalujesz je na fizycznej maszynie, gdy masz tak wynaturzone potrzeby jak szyfrowanie dysku czy VPN… zaczyna się masakra. Tego po prostu nikt nie testuje. Dla deweloperów najwyraźniej ważne jest tylko, by szybko wydać kolejną wersję distro dla swoich fanów. Od teraz obiecuję, że gdy będziemy pisali szerzej o jakimś nowym Linuksie, to zostanie on sprawdzony na fizycznej maszynie, a nie tylko pod kontrolą hiperwizora.

Nie bardzo wiem, co z tym wszystkim zrobić. Pewnie dałoby radę przejść na jakąś gnomocentryczną dystrybucję, ale wymusza to zmianę wszystkich nawyków nawet bardziej, niż przejście na Windows. FreeBSD to dziś terra incognita, zresztą notorycznie brakuje sterowników. OS X jako główny system? Pomysł fajny, tylko że muszę znaleźć kartę Wi-Fi zgodną z makowym AirPortem (co wcale nie jest łatwe). Jednego jestem pewien: rok Linuksa na desktopie nigdy nie nastąpi.

I dobrze. Może dom nie powinien być obozem survivalowym?

Zapraszam do lektury naszego portalu. Postaramy się, by było to przyjemniejsze, niż boje z Linuksem.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.