r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Wstępniak na nowy tydzień: w Kalifornii budują nam lepszą przyszłość. Ale lepszą dla kogo?

Strona główna AktualnościDOBREPROGRAMY

Zachodnie Wybrzeże Stanów Zjednoczonych zamieszkuje plemię Kalifornijczyków. Etnicznie bardzo różnorodne, jednoczy się wokół życia w pośpiechu, wiary w lepszą przyszłość, upodobania do technicznych gadżetów i nie pytania o detale. To z członków tego plemienia rekrutują się najważniejsi pracownicy wielkich informatycznych korporacji, które za swój biznes obrały nie tylko sprzedaż produktów i usług, ale też eksport obyczajów i stylu życia na całą planetę. Nie może być inaczej – tu bowiem najważniejszym Bogiem jest nieustanny dynamiczny wzrost, a kto dziś nie rośnie i nie przyspiesza, zostaje przez plemię Kalifornijczyków skreślony. By zaś móc dalej rosnąć i przyspieszać, sama Kalifornia nie wystarczy, potrzebny jej jest cały świat.

Nieco żartobliwie rozpocząłem swój tradycyjny wstępniak, ale nie bez powodu (niektórzy Czytelnicy może pamiętają nawiązanie do klasycznej książki E. Fullera Torreya pt. Czarownicy i psychiatrzy, gdzie autor pokusił się m.in. o analizę zachowań mieszkańców Kalifornii tak, jakby byli badanym przez antropologa plemieniem z Amazonii). Te słowa piszę właśnie z San Francisco, miasta, które zostało w dużym stopniu przejęte przez pracowników sektora tech, miasta w którym ludzie poznają się na szybko przez Tindera, zamawiają transport przez Ubera, publiczne dyskusje prowadzą przez Twittera, a na billboardach zamiast reklam materiałów budowlanych czy wyprzedaży szynki widzi się reklamy firm robiących frameworki do chmur obliczeniowych. Ktoś mógłby powiedzieć, że oto trafiłem do świata, którego mieszkańcy są tak bardzo postępowi i nastawieni na przyszłość – i w zasadzie tak jest. Tyle że tu nikt się nie pyta o kształt tej przyszłości. Na takie pytania po prostu nie ma czasu, duch tego miejsca jest taki, jakby na tę przyszłość biegnący mieli się zaraz spóźnić, więc muszą biec, coraz szybciej i szybciej.

Wśród międzynarodowego i amerykańskiego towarzystwa, jakie zjechało się na zaczynające się jutro Intel Developer Forum dyskutuje się wcale nie o architekturze mikroprocesorów Skylake. Nie, najwięcej zainteresowania z tego co zauważyłem budzi zupełnie inna historia. Królujące tu Apple ma otóż podobno zbudować własny autonomiczny samochód. Dziennikarze Guardiana zdobyli otóż informację, że specjalna grupa pracowników z Cupertino przebudowuje dawną bazę floty opodal San Francisco, gdzie testowany ma być supertajny elektryczny inteligentny pojazd Apple, znany jedynie pod nazwą kodową Project Titan. I wiele wskazuje na to, że ten plan sięga znacznie dalej, niż tylko do stworzenia systemu sterowania takiego auta, które można byłoby sprzedać później doświadczonym producentom aut. Apple nie jest podwykonawcą, Apple uznało oficjalnie samochód za ostateczne urządzenie mobilne.

r   e   k   l   a   m   a

Steve Jobs, jeśli to widzi, musi być zaskoczony tym, co dzieje się z jego firmą. Droga do sukcesu, który przyniosło tworzenie niewielkiej liczby wysoce dopracowanych, wręcz perfekcyjnych produktów, została zarzucona. W tych czasach nie tylko nie ma czasu na poszukiwanie perfekcji, ale też nikt nie może sobie pozwolić na przepuszczenie okazji – więc wszyscy łapią się za wszystko, co mogą, nowym modus operandi Doliny Krzemowej staje się horyzontalna rozpiętość. Takie są realia giełdy i takie realia czasów, w których to, co pięć lat temu było hitem, może dziś praktycznie nie istnieć. Pamiętacie iPoda? Inwestorzy giełdowi nie lubią spółek, które nie szukają nowych wschodzących rynków, żądając nieustannego wzrostu źle znoszą nie tylko spadki, ale też mniejsze od prognozowanych zarobki. Apple nie ma więc wyjścia, in this economy komputery osobiste i smartfony nie wystarczą, trzeba brać się za urządzenia ubieralne, a wreszcie za ten ostateczny sprzęt mobilny – auta. Tu w Kalifornii nikogo to zresztą nie dziwi, elektryczne Tesle na ulicach to już codzienność, podobnie jak i rozproszone systemy współdzielenia aut. Ot, mówi się, że auta od Apple nie będzie można kupić, że będzie to autonomiczna taksówka, która rzuci wyzwanie Uberowi, wycinając z rynku pracy ludzkich kierowców.

Drugi z wiodących tematów, o którym się mówi, to sieci 5G (więcej konkretów o tym jutro – zostałem zaproszony na panel dyskusyjny Intela poświęcony właśnie tym kwestiom). Tutaj ludzie już zapomnieli o tym, że można żyć bez smartfonu i szybkich sieci, rezygnacja z takiego sprzętu oznacza w praktyce wykluczenie społeczne. Nawet żebracy na ulicach, których jest tu co niemiara (a będzie w nowym, zautomatyzowanym świecie jeszcze więcej), nierzadko potrząsając kapeluszem z monetami w drugiej dłoni trzymają jakiś starszy model iPhone'a. Waga, jaką przykłada się do sieci nowych generacji wydaje się być znacznie większa niż w wypadku 4G/LTE. 4G w sumie poza lepszym streamingiem multimediów niewiele przyniosły. Teraz komórkowa łączność o przepustowości nawet do 10 Gbit/s ma zmienić cały przemysł i styl życia, umożliwiając na masową skalę Internet Rzeczy, sieć w której maszyny będą rozmawiały z maszynami, bez przerwy. Marketingowcy obiecują, że umożliwi to pełniejszy, bogatszy i wygodniejszy styl życia. Liberalni (w sensie amerykańskiej polityki) ewangeliści technologii pozwalają na lepszą ochronę zasobów naturalnych, zmniejszenie liczby wypadków samochodowych, a nawet bycie dla siebie lepszymi ludźmi, wzajemnie pomagającymi sobie w ramach takich to inicjatyw jak Projekt Daniel, czyli drukowanie na drukarkach przestrzennych protez dla ofiar wojny w Sudanie (takie coś mi opowiedział wczoraj pewien Amerykanin w barze, powołując się na lokalne media internetowe, tzn. TechCruncha).

Brzmi to wszystko dość bzdurnie, jakby się zastanowić z czysto technicznej perspektywy, tym bardziej że do efektywnej komunikacji między maszynami, sensorami, sprzętem autonomicznym wystarczą spokojnie sieci 2G o minimalnym zużyciu energii, niskich kosztach i największym pokryciu terenu. Ale w Kalifornii o szczegóły się nie pyta, tu można odnieść wrażenie, że realiści są traktowani z założenia jak pesymiści, a pesymistów nikt przecież nie lubi. W świecie, gdzie każdy prosty programista baz danych ma być gwiazdą rocka w tym co robi (i nie, z jakiegoś powodu nie oznacza to wciągania ogromnej ilości proszków i zabawiania się z nastolatkami za sceną), krytyczne myślenie nie jest w cenie. Pewnych rzeczy się nie zauważa, ignoruje wzruszeniem ramion, albo wręcz reinterpretuje. Sytuacja, w której przy barze siedzą ludzie, z zacięciem przeglądający na ekranikach smartfonów zdjęcia nieznajomych, z którymi pójdą jutro na jednorazową randkę (fenomen Tinderellas, dziewcząt na jedną noc z Tindera kwitnie tu w sposób niewyobrażalny dla Polaków) może być uznana za nie za ruinę relacji międzyludzkich, ale za optymalizację wykorzystania swojego czasu. Z kolei wysoko postawiony menedżer linii lotniczych w artykule do pasażerów w pokładowej gazetce może wyjaśniać, jaką to stratą czasu jest nawiązywanie kontaktów ze współpasażerami i o ile lepiej jest oddać się konsumowaniu mediów dostarczanych przez pokładową sieć (chyba że przyszłości linie lotnicze wprowadzą usługę usadzania pasażerów według ich zainteresowań). Cóż, tak właśnie widzi swoją przyszłość postępowa Ameryka, budowana przez Google, Apple i tysiące innych kalifornijskich firm.

I na tym koniec tych moich refleksji nad piękną Kalifornią – już dzisiaj mogę zapowiedzieć Wam reportaż z Muzeum Intela, a od jutra do czwartku regularne relacje z Intel Developer Forum. Zapraszam!

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.