r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Wstępniak na nowy tydzień: w oprogramowaniu jak w biologii, na pasożytach też się pasożytuje

Strona główna AktualnościDOBREPROGRAMY

Oderwanie od pracy niekoniecznie dziś musi oznaczać oderwanie od komputera, a oderwanie od komputera – niekoniecznie oderwanie od urządzenia z mikroprocesorem. I tak oto wybierając się na urlop zostawiłem za sobą (oczywiście) desktopową maszynę i (już nie tak oczywiście) laptopa, zabierając jedynie ośmiocalowy tablet (tak, telefon też został w domu). By się wieczorami nie nudzić, (wiadomo jak to jest z Wi-Fi na urlopach), na tablet wgrałem kilka książek i kilka gier – i właśnie o tej kwestii mobilnych gier nieco opowiem w tym wstępniaku.

Daleko mi do zawodowego gracza, w oko wpada mi co najwyżej kilka tytułów rocznie, czasem mijają tygodnie i miesiące między jedną a drugą grą, więc przyznaję, że nie miałem do tej pory wglądu w to, jak wygląda dziś świat gier mobilnych. Przeszukałem Google Play pod kątem ciekawych dla siebie tytułów, ostatecznie instalując całkiem głośne pozycje: Sim City, Space Wolfe'a oraz Fallout Shelter. Ten ostatni szybko znudził, jednak pozostałe gry okazały się na tyle interesujące, że zacząłem wieczorami, w wolnych chwilach w nie grać. Pierwsze misje, pierwsze etapy budowy miasta – trudne to nie było, można nawet powiedzieć, że za łatwe. Zwodniczo łatwe.

W tradycyjnym modelu elektronicznej rozrywki, w którym gra była kompletnym produktem, oferowanym graczowi za ustaloną cenę, starano się zawsze o utrzymanie jakiejś rozsądnie dobranej krzywej wzrostu złożoności rozgrywki, tak by gra bawiąc, uczyła siebie jednocześnie, i by przy należytym wysiłku ze strony gracza, można było ją ukończyć z satysfakcją. Od niemal zawsze też do gier niezależna scena programistów i crackerów tworzyła trainery, programiki, które ingerując w przestrzeń pamięci ułatwiały ukończenie rozgrywki, dając np. graczowi nieskończoną liczbę „żyć”, nieograniczoną ilość „pieniędzy” itp. Przejście gry z trainerem stawało się znacznie łatwiejsze, ale zapewne i mniej satysfakcjonujące. Do gracza pozostawała decyzja, czy chce sobie uprościć/zepsuć (niepotrzebne skreślić) zabawę.

r   e   k   l   a   m   a

Dziś gracze (póki co ci grający na urządzeniach mobilnych) też mają wybór, ale to wybór zupełnie innego rodzaju. To co dziś nazywają free-to-play, czyli model biznesowy, w którym gra udostępniana jest za darmo, a producent czerpie zyski z rozszerzeń, wydaje się mieć wiele wspólnego z coraz modniejszym modelem subskrypcji na oprogramowanie, gdzie producent stara się uzależnić użytkownika od swoich narzędzi, by uzyskać od niego regularne opłaty za korzystanie. W wypadku jednoosobowych gier trudno byłoby narzucić tego typu rozwiązanie, sprawdzające się np. w masowych internetowych grach RPG, ale jak mogłem zobaczyć, i na to znalazł się sposób.

Krzywa trudności rozgrywki w oferowanych za darmo grach mobilnych wygląda dziś inaczej. Bardzo łatwo, łatwo, łatwo, aż do momentu, w którym nagle, w nieciągły sposób robi się bardzo trudno, gra staje się praktycznie nie do przejścia – chyba że gracz sięgnie po „doładowanie” i za legalne pieniądze kupi wirtualną walutę gry czy inne wirtualne dobra, pozwalające grać dalej i nie przegrać. Ceny są nietrywialne, szybko odkrywamy, że by ukończyć „darmową” grę mobilną, przyjdzie nam zapłacić w takich mikrotransakcjach więcej, niż za nową, pełną grę na konsole. I tak free-to-play zamienia się w pay-to-play, a nawet pay-to-win.

Wydaje się, że psychologowie marketingu sporo nad tym pracują, gdyż w tych grach free-to-play moment, w którym wirtualne dobra stają się potrzebne, pojawia się w momencie, gdy gracz jest już mocno zaangażowany, gdy włożył w grę tyle wysiłku, że chciałby zobaczyć jakiś spektakularny tego wynik. Producenci tacy jak Electronic Arts nawet nie udają, że miałoby być inaczej – półtora roku temu wiceprezes EA stwierdził, że free-to-play wyprze z rynku tradycyjnie licencjonowane gry, a gracze będą chętnie płacić, i to więcej, niż się komukolwiek wydaje. Biznes został sprytnie zaprojektowany – nawet jeśli większość nie zapłaci, to trafimy na takich, którzy zapłacą, i to naprawdę dużo. Znane są wypadki, w których gry free-to-play doprowadzały uzależnionych od nich graczy do ruiny. Mechanizm fizjologiczny takiego uzależnienia, zdaniem zajmujących się tym ekspertów, niczym się nie różni od tego, którego ofiarami padają np. niektórzy gracze w pokera.

Oczywiście większość ludzi grających w pokera nie przegrywa w niego swojego życia, podobnie też większość ludzi grających we free-to-play nie kończy na ulicy, po sprzedaniu domu i kupieniu za niego pakietu „simolarów”. Co robią? Większość pewnie rezygnuje ze zbyt trudnej gry. Ale chyba nie wszyscy. Sądząc po zawartości Sieci i zapytaniach ludzi na forach, obserwujemy renesans trainerów. Zamiast płacić producentowi, gracze chcą być cwani – i szukają programistycznych sztuczek na dostarczenie sobie wirtualnych dóbr w „drugim obiegu”. Dzisiaj jednak bycie cwanym może nie wystarczyć. Trainery zamieniły się w biznes, jakiego do tej pory nie widzieliśmy, niemal całkowicie kontrolowany przez oszustów i cyberprzestępców.

Umiejętności SEO i skala działania tychże robią wrażenie. Setki doskonale wypozycjonowanych stron na praktycznie wszystkie kombinacje słów kluczowych, „poradniki” w YouTube, recenzje gier zachęcające do pobrania trainera – a gdy gracz da się już nakłonić, trafia najczęściej do wyrafinowanych „pobieralni”, w których warunkiem uzyskania pliku z trainerem jest najczęściej przystąpienie do „konkursu z nagrodą”, wypełnienie ankiet, podanie numeru telefonu komórkowego, wysłanie SMS-a. Hulaj dusza, piekła tu nie ma, wyrażamy oto zgodę na regularne otrzymywanie płatnych SMS-ów, które w ciągu miesiąca potrafią nabić rachunek na setki złotych. A gdy już „cwany” gracz dotrze do swojego pliku z trainerem, to niech się dobrze zastanowi, czy faktycznie chce go instalować. Spośród trzech trainerów do Sim City, które udało mi się znaleźć w Sieci, tylko jeden był wolny od malware.

Pasożytowanie na pasożytniczym modelu biznesowym wydaje się całkiem fajnym metapoziomem, ale odkryłem, że to wcale nie koniec. Wielu graczy najwyraźniej orientuje się w zagrożeniach związanych z pobieraniem trainerów, szukając sposobów na bezpieczne ich pozyskanie. I faktycznie – pojawiają się rozszerzenia do przeglądarek, skrypty, które pozwalają obejść te „konkursy” bez podawania naszych danych i numeru telefonu i uzyskać dostęp do pliku (oby nie zarażonego). By było zabawniej, rozszerzenia jakie napotkałem, są dostępne tylko w wersji demonstracyjnej i by móc je wykorzystać (tak, dobrze myślicie), też trzeba zapłacić. Doszliśmy więc w ewolucji usług i oprogramowania w pewnym sensie do powtórki tego, co znamy z parazytologii.

Kilka lat temu spore zainteresowanie środowiska mikrobiologów wywołało odkrycie przez francuskich lekarzy ameby, która żyła w płynie do soczewek kontaktowych i wywoływała zapalenie spojówek. Sama ameba nie była jednak wolna od swoich chorób – „cierpiała” na zakażenie olbrzymim wirusem Lentille. Ten złożony wirus z rodziny Mimiviridae też miał swojego pasożyta – wirofaga Sputnik, który przejmował zbudowane w ciele ameby przez Lentille struktury replikacyjne, blokował produkcję Lentille i namnażał się za ich pomocą sam. Myślicie że to koniec? Wcale nie – w samym DNA wirofaga znaleziono pasożytnicze odcinki kodu genetycznego, tzw. transpowirony, które przenosiły się między wirusami Lentille właśnie za pomocą Sputnika. Jak widać, wielopoziomowe pasożytnictwo w naturze nie zna wstydu ni granic – co możliwe jest do wykorzystania, zostanie wykorzystane. Zainteresowanych tym odkryciem odsyłam do naukowego periodyku Proceedings of the National Academy of Sciences of the USA.

Koniec końców, dałem sobie spokój w granie w free-to-play i podczas urlopu przeczytałem kilka e-booków. Co ciekawe, po przeczytaniu rozdziału książki, można czytać rozdział następny, bez wpisywania żadnych kodów. Nie wiem, jak doszło do tego karygodnego niedopatrzenia. Może czas na elektroniczne książki w formacie free-to-read?

Zapraszam tymczasem do naszego portalu, szczególnie tych, którzy zdecydowali się na edukację w szkołach wyższych. Rok akademicki się zaczął, tak więc będziemy wciąż poruszali kwestie związane z uczeniem się. Przyjrzymy się też oprogramowaniu do zarządzania e-bookami oraz możliwościom nowych kart graficznych AMD i Nvidii, szczególnie pod kątem nowego DirectX 12. Wszystkim zaś tych, którzy zdecydowali się w końcu sięgnąć po Maki, przypominam o naszej bazie oprogramowania dla systemu OS X, w której umieszczamy najciekawszy software dla komputerów z Jabłuszkiem – jest tego już ponad 200 pozycji.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.