r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Wstępniak na nowy tydzień. Niech wasza mowa będzie: 1 1 0 0

Strona główna AktualnościDOBREPROGRAMY

Ten tydzień zaczynamy bardzo interesującą dla informatyki rocznicą. Dwieście lat temu w Anglii w ubogiej szewskiej rodzinie urodził się George Boole, człowiek, którego nazywa się dziś ojcem cyfrowej logiki, czy praojcem ery informatycznej. Te medialne etykietki w niewielkim jednak stopniu oddają wielkość samouka, który do praktycznie wszystkiego doszedł sam, przerywając naukę w szkole w wieku 16 lat, by później samodzielnie ucząc się (i później nauczając) matematyki, logiki, filozofii i języków obcych. Można się spierać, czy świętowanie dwusetnej rocznicy (zamiast 256.) jest w wypadku Boole'a na miejscu, ale bez względu na należną rocznicę trzeba przyznać jedno – dziś już, w czasach zinstytucjonalizowanej do granic możliwości nauki takich geniuszy praktycznie nie robią.

Zwykle myśli się o Boole'u jako o logiku, ale prawda jest taka, że zanim zajął się na poważnie logiką, był już znanym matematykiem, z osiągnięciami w dziedzinie wykorzystania algebry symbolicznej w rachunku różniczkowym. Dopiero po kilku latach swojej naukowej aktywności włączył się w trwającą wówczas publicznie debatę pomiędzy filozofami i matematykami, poświęconą kwantyfikacji predykatów (takie to były intelektualne czasy). Wniósł do niej kilkudziesięciostronicową pracę pt. Matematyczna analiza logiki, będącą pierwszą kompletną algebraiczną formalizacją i usystematyzowaniem logiki Arystotelesa (notabene z użyciem mocno przesadzonych narzędzi matematycznych).

Siedem lat później przyszła najsłynniejsza praca Boole'a, Badanie praw myślenia, na których oparte są matematyczne teorie logiki i prawdopodobieństwa, uznana przez samego autora jako dojrzałe sformułowanie poglądów i demonstrację, jak reguły arystotelesowskiej logiki mogą stać się przedmiotem rachunków. Stamtąd właśnie pochodzi fundamentalna dla informatyki koncepcja algebry Boole'a, struktury algebraicznej, która ujmuje znane dziś ze szkoły kluczowe własności operatorów logicznych i działań na zbiorach – koniunkcji, alternatywy i negacji. To prawda, samemu Boole'owi do głowy nie przyszło umaszynowienie logiki, to dopiero czasy Claude'a Shannona, który sto lat później połączył arytmetykę systemu binarnego z logiką boole'owską, ale sam Shannon podkreślał, że bez prac genialnego samouka niczego by nie zdziałał.

r   e   k   l   a   m   a

Zainteresowanych ciekawym wprowadzeniem do prac George'a Boole'a, a w szczególności boole'owskiej algebry, zapraszam do stanfordzkiej Encyklopedii Filozofii, a wszystkich do obejrzenia osadzonego wyżej, a przygotowanego przez irlandzką telewizję RTÉ One filmu dokumentalnego The Genius of George Boole. Jeśli macie zaś coś wspólnego z edukacją matematyczną czy informatyczną, to warto zapoznać się z inicjatywą Boole2School, dla uczniów w wieku od 8 do 18 lat, dzięki którym można uzyskać cały pakiet pomocy w nauczaniu matematyki i logiki w szkole, za darmo po wypełnieniu formularza.

I tak celebrując (wraz z Google) urodziny George'a Boole'a, możemy się bardziej zastanowić nad rolą matematyki w szeroko rozumianej informatyce. Coraz częściej spotykać się można z opiniami, że w zasadzie nie ma co przesadzać z jej nauczaniem – celują w tym szczególnie Anglosasi, nastawieni na praktyczność zastosowań. Zdaniem matematycznych „sceptyków” lepiej by programista uczył się narzędzi, toolkitów, frameworków, bibliotek, poznawał wzorce projektowe i ćwiczył się w metodykach programowania, niż poświęcał całe lata na opanowanie nawet tych dziedzin matematyki, które bezpośrednio mają związek z informatyką. W końcu, z perspektywy inżyniera, w matematyce chodzi o równania i formuły, a te można znaleźć np. w Wikipedii. Z drugiej strony, z perspektywy teoretyka-matematyka, w matematyce chodzi o twierdzenia i dowody, a przecież programy nie muszą niczego udowadniać. Po co więc to wszystko?

Najładniejsze chyba ujęcie sensu nauczania matematyki każdego, kto zajmuje się dziedzinami związanymi z myśleniem znalazłem kiedyś w Lamencie Matematyka Paula Lockharta, przedstawiającego na początku straszny sen muzyka – sen o zinstytucjonalizowanym, obowiązkowym nauczaniu muzyki wszystkich uczniów, dzięki któremu będą oni bardziej konkurencyjni na rynku pracy w naszym coraz bardziej wypełnionym dźwiękami świecie. Od podstawówki po szkoły wyższe uczniowie uczą się teorii harmonii i kontrapunktu, a bez umiejętności rozpoznania modulacji czy znajomości reguł polifonii. Jednocześnie zdecydowana większość uczniów jest w tym kiepska, uczy się tylko tyle, by zdać muzykę. Gdy muzyk budzi się ze swojego koszmaru, z ulgą uświadamia sobie, że to tylko sen – żadna kultura nie mogłaby być tak okrutna wobec dzieci, by zmusić ich do bezmyślnego zakuwania muzyki na siłę. Jednak po drugiej stronie miasta w podobny, koszmarny sen o ustrukturyzowanym powszechnym nauczaniu sztuk plastycznych zapada artysta-malarz…

A przecież właśnie w taki sposób naucza się w naszym świecie matematyki – i coraz częściej słychać głosy, że w ten właśnie sposób powinno nauczać się programowania. Powszechna nauka według ściśle określonego programu, wymogi stawiane na każdym szczeblu edukacji, gdyż uznano, że te akurat umiejętności są niezbędne, by uczeń mógł być bardziej konkurencyjny na rynku pracy w naszym coraz bardziej wypełnionym liczbami/strukturami logicznymi świecie.

Warto przeczytać Lament do końca. Jego autor pokazuje, o ile bardziej matematyka jest formą sztuki niż nauki. Może podobnie jest z programowaniem? Wielu programistów uważa się przecież bardziej za artystów niż naukowców. Jeśli obie dziedziny miałyby na siebie wpływać, to może lepiej, by odbywało się to poprzez zaangażowaną inspirację, tak jak malarz może znaleźć natchnienie w utworze muzycznym. A co można ciekawego stworzyć bez natchnienia? Grę, która by dobrze działać, potrzebuje 12 GB RAM?

Ja sam nigdy dobrym matematykiem nie byłem. Można by było powiedzieć, że kiedyś w najlepszych czasach byłem odpowiednikiem muzyka-hobbysty, fałszującego podczas gry na trąbce – i tylko denerwującego swoją nieudolnością słuchaczy. Mimo wszystko jednak z hobbystycznej zabawy matematyką, poznawania matematyki, wyniosłem coś, co pomagało w innych dziedzinach życia. Nie są to żadne twierdzenia, żadne rachunkowe umiejętności, lecz coś znacznie bardziej abstrakcyjnego: abstrahowanie, umiejętność zmiany perspektywy, oraz odróżnianie formy od funkcji. Czy szkolna matematyka mogłaby skupiać się na nauce czegoś takiego? Wiedząc, jak szkoła działa od środka, raczej w to wątpię – instytucja nie może uczyć w sposób niezinstytucjonalizowany.

Tydzień temu na portalu MyApple.pl pojawił się wpis pt. Pała z komputerów, czyli mamy w domu Maki. Wywołał ogólną wesołość w polskim Internecie, obnażając nędzę nauczania informatyki w szkołach i przynosząc lawinę komentarzy w stylu nie tak powinniśmy uczyć informatyki w Polsce. Cóż, poszło o sprawę, na której zna się dziś każdy (niczym na medycynie), nawet popularne portale coś opowiadały o nienadążaniu programu za rozwojem technologii (tak jakby tu o rozwój chodziło), a przecież w sprawie matematyki, na której prawie nikt się nie zna (i co bywa wciąż przedmiotem dumy) jest nie inaczej. Gdyby Boole chodził do dzisiejszej polskiej szkoły i zmuszony był zdawać polską maturę z matematyki, pewnie by to mu nie pomogło.

Systemowego rozwiązania problemu nie zaproponuję, nawet nie sądzę, by takie było możliwe. Pozostaje chyba tylko samouctwo – dziś chyba znacznie łatwiejsze, niż dwieście lat temu. Pewnie wymiernych korzyści nie przyniesie, ale przecież nie musimy gonić tylko za wymiernymi korzyściami, hobby to wielka wartość dla życia. Dlatego, w nadziei że nasz portal też się Waszym hobby przysłuży, zapraszam do kolejnego tygodnia z dobrymiprogramami.

© dobreprogramy
r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a

Komentarze

r   e   k   l   a   m   a
r   e   k   l   a   m   a
Czy wiesz, że używamy cookies (ciasteczek)? Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień.
Korzystając ze strony i asystenta pobierania wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.