Odszumianie zdjęć w Gimp’ie*

“Na oko” zdjęciu może niczego nie brakować i wyglądać ładnie - szczególnie, jeśli do podglądu mamy wyłącznie mały wyświetlacz, w który wyposażony jest nasz aparat. Jednak po powrocie z wakacji do domu, możemy być niejednokrotnie zaskoczeni, że po powiększeniu zdjęcia do 100% na monitorze, pojawiają się na nim plamki, szczególnie na obszarach o jednolitym kolorze, które zostały słabo doświetlone - wtedy mamy do czynienia z szumem. Cóż, wygląda na to, że zdjęcia już nie powtórzymy, ale czy niczego nie da się już zrobić? Niejeden pewnie słyszał o dużych możliwościach programów graficznych i że praktycznie wszystko z fotografią da się zrobić. Przedstawię tutaj narzędzie, za pomocą którego można odszumić zdjęcie zupełnie za darmo i jak na domowe warunki w miarę profesjonalnie.

m0n0wall w praktyce

Zacznę od tego, że "sprawcą" tego wpisu jest roobal, który na swoim blogu DP zamieścił informację o m0n0wallu, jego zastosowaniu i sposobie instalacji. Hmmm, router z firewallem własnej roboty na pewno będzie ciekawym wyzwaniem. Postanowiłem sprawdzić, czy w ogóle warto zaprzątać sobie głowę tym oprogramowaniem, jakie ma możliwości, argumenty za i przeciw w zastosowaniu m0n0wall'a - według mojego mniemania oczywiście.

Co mi będzie potrzebne - pomyślałem. Na początek, jakiś komputer z dwoma interfejsami sieciowymi. Dobra, do dzieła. Znalazłem coś odpowiedniego w zakamarkach naszej kanciapy. Płyta główna wraz z procesorem Intel Pentium III na slocie. Niezłe i to. Do tego 3 kostki pamięci SDRAM po 128MB każda - ok, full wypas. Jakaś grafika na AGP, kawałek dysku (10GB), zasilacz i CDROM - okazało się, że wszystko jest na chodzie. Hmmm, jeszcze obudowa... Aaaa, kto by się przejmował jakąś obudową, coś się wymyśli ;) Wszystko złożone do kupy, uściślając to do kartonu, i...

Sfrustrowany użytkownik windows’a*

Do napisania tego wpisu, natchnął mnie zwykły (no może nie tak do końca) klawisz i mały zbieg okoliczności. Kiedy walczyłem z programem MapaMap (którą zdecydowanie odradzam) na larku, nie wytrzymałem i mówię do kumpla: “Idę zapalić, trzepie mnie…” - i tak też uczyniłem. Wyluzowany, już z odpalonym kiepem, zaciągam się po raz kolejny, spoglądam w dół i co widzę? Przy stopce od popiołki leży zwykły klawisz od klawiatury. No klawiatur w biurowcu ci u nas w bród - pomyślałem, w sumie nic nadzwyczajnego. Ale ten klawisz nie był taki zwykły, na jakiego wyglądał. Narysowane było na nim logo Microsoft’u. Na mojej gębie pojawił się uśmieszek, a przez głowę przeleciała mi myśl: “Sfrustrowany użytkownik windows’a”…

win key

Pewnie szybko bym o tym zapomniał, gdyby nie fakt, że właśnie walczyłem z tak intuicyjnym (dla zwykłego użytkownika), łatwym i ogólnie zjadliwym oprogramowaniem MapaMap, pod równie intuicyjny system operacyjny Windows.

Odzyskiwanie straconych zdjęć*

Okres wakacyjny w pełni. Niektórzy już po, niektórzy w trakcie lub przed swoim urlopem. Niezależnie, każdy stara się jak najprzyjemniej spędzić swoje wakacje. Miło spędzony czas, zazwyczaj w jakiś sposób uwieczniamy - w dzisiejszych czasach, najpopularniejszą metodą jest fotografia. Biorąc pod uwagę fakt, że żyjemy w XXI wieku, zapewne te wspaniale spędzone chwile zostaną uwiecznione aparatem cyfrowym. Niestety pomimo zaawansowanej technologii, czasami wiąże się to z kłopotami, które zazwyczaj wychodzą, kiedy powracamy do wspomnień chcąc przypomnieć sobie te miłe chwile… Wkładamy naszą kartę SD wyjętą z aparatu do czytnika i… nic. Tutaj zazwyczaj jest próba ponawiana, a potem padają niecenzuralne słowa. Co robić, jak odzyskać nasze fotografie?

Dlaczego tak się dzieje? Przyczyn może być wiele. Czasami błąd zapisu spowodowany chwilowym brakiem napięcia, błąd firmware’u w aparacie, stara karta pamięci lub pendrive (ilość cykli zapisu, kasowań jest ograniczona), nasz błąd, itp. Na szczęście mamy do dyspozycji program photorec firmy CGsecurity. Ostatnią wersję programu można pobrać ze strony producenta: http://www.cgsecurity.org/wiki/TestDisk_Download.

Ratujemy płytę główną - wymiana kondensatorów*

Kolejny dzień, wydawałoby się, że nic nas dziś nie zaskoczy, wszystko mamy “pochytane”. Załączamy komputer - po chwili restart. Pracujemy chwilkę - zwiska. Co jest? Wczoraj wszystko było ok… Może wirus? Eeeee, gdzie… na Ubuntu? Może pamięć? Zróbmy testing. Memtest, ale znowu zwiecha - chyba pamięć… Otwieram obudowę, może zbyt przykurzony i coś “nie styka” i… No właśnie… W takich przypadkach, po otwarciu obudowy, oczka nasze powinny być skierowane na rządek kondensatorów wlutowanych na płycie głównej tuż przy gnieździe procesora…

Zużyte kondensatory - jest to coraz częstsza delegliwość komputerków, wcale nie tak starych, lecz już (trzeba to otwarcie powiedzieć) technologicznie wiekowych. Najczęstszą ofiarą padniętych “kondzioli”, bez względu na producenta, są generalnie płyty z gniazdem procesora intelowskiego 478 - nie wiem, być może są po prostu bardziej popularne niż inne z tego okresu. Na drugim miejscu stawiam wszelakie ECS’y, a potem MicroStar’y (MSI).

Czego nie wiecie o... wifi

Muszę się przyznać, że długo zastanawiałem się nad opublikowaniem tego wpisu. Po ostatnim Czego nie wiecie o Windows ;) i krytycznych komentarzach, że pomagam złoczyńcom w przejmowaniu kontroli nad cudzym sprzętem, trochę ze mnie pary uszło. Lecz po przemyśleniu stwierdzam i utrzymuję moje stanowisko, że wpisy tego typu mogą także pomóc, a przynajmniej podnieść świadomość użytkownikom, co i jak prosto można zrobić ze, zdawałoby się, zabezpieczonym sprzętem. Więc uświadamiania ciąg dalszy - tym razem padło na "zabezpieczone" sieci wifi...

Co nam będzie potrzebne? Nic oprócz systemu operacyjnego Ubuntu, w którym mamy wszystkie dostępne narzędzia, aby złamać zabezpieczenie sieci wifi oraz nieco wiedzy o naszym sprzęcie z kartą wifi na pokładzie - oczywiście. Zaczynamy od pobrania niezbędnych narzędzi. Po pierwsze, dla usprawnienia działania, instalujemy program kismet:

sudo apt-get install kismet

Następnie, niezbędny będzie pakiet programów aircrack-ng:

sudo apt-get install aircrack-ng

Ok.

Czego nie wiecie o Windows ;)

Czy zdarzyła wam się sytuacja taka, że naprawiacie komuś kompa, a po jakimś czasie gostek znowu przynosi, mówi zepsuł się i idzie, licząc na to, że go naprawicie? Ok, nie ma sprawy - jutro będzie gotów... A hasło do administratora? Gościu już zamknął drzwi i tyle go widzieli... Może chcecie kogoś poszpiegować, popatrzyć, co zapisał, gdzie bywał? Ej, nieładnie ;) Ok. Do dzieła...

Mamy przed sobą windowsa 7. Tymczasowo znamy hasło do admina - to niezbędny warunek do spełnienia, aby wykonać nasz trick. Załóżmy, że przygotowujemy klientowi maszynę do pracy i chwilowo mamy takie poświadczenia. W pasku szybkiego uruchamiania wpisujemy cmd, a następnie u góry menu klikamy prawym na ikonkę cmd i uruchamiamy jako admin. Wpisujemy hasło admina, które jeszcze jest nam znane. Co robimy? Prosta sprawa. Zamieniamy pliczkowi magnify.exe, znajdującego się w folderze \windows\system32 nazwę na byle_co.exe komendą:

rename c:\windows\system32\magnify.exe c:\windows\system32\byle_co.exe

potem na miejsce magnifiera kopiujemy pliczek cmd ;)

copy c:\windows\system32\cmd.exe c:\windows\system32\magnify.exe

Dobra robota.

Zabawa na Linuksie

Idzie weekend, a pogoda raczej barowa, co może wiązać się właśnie z piwem przy barze. Dla niepijących, o ile nie mają na to ochotę i czas, mam propozycję na chwilę rozrywki przy komputerze. Oczywiście, jak to w moim przypadku bywa, do moich łapek wpadł program będący natywnym wydaniem pod systemy linuksowe. Aby zbytnio nie nadwyrężać i tak już mocno przepracowanego po całym tygodniu umysłu, wybrałem gierkę, która zbytnio nie wymaga myślenia, a przy okazji cieszy oko. Niestety, ci co niechętnie testują swoją zręczność, mogą na tym etapie zakończyć czytanie tego wpisu :)

Gierka ta nazywa się Astromenace, a wydała ją firma Viewizard. Astromenace można porównać do klasycznego scroll-down spaceshooter'a. Od innych gier tego typu, wyróżnia ją unikatowy widok przestrzenny, który sprawia, że gierka staje się przez to jeszcze bardziej ciekawa. Oprawa graficzna jak i dźwiękowa jest na bardzo wysokim poziomie, jak na tego typu rodzaj gry.

Zalety i wady Linux/Ubuntu

Jako wieloletni użytkownik systemu operacyjnego Ubuntu, postanowiłem napisać nieco o jego zaletach, jak i wadach. Oczywiście, wszystko co tutaj zostanie napisane, to wyłącznie moje spostrzeżenia i przemyślenia poparte kilkuletnim doświadczeniem używania tego systemu. Nie każdy musi się ze mną zgadzać, wyrażę tylko swoją opinię. Byćmoże komuś się to przyda, kiedy będzie zastanawiał się nad migracją z innego systemu operacyjnego na Ubuntu.

Systemów operacyjnych, na dzień dzisiejszy, możliwych do zainstalowania na komputerze klasy PC, mamy do wyboru wiele. Nie zagłębiając się zbytnio przyjmijmy, że do zastosowań domowych, do małej firmy, czy dla zwykłego użytkownika, na komputer klasy PC, mamy tak naprawdę do wyboru systemy z dwóch, nazwijmy to, rodzin. Mianowicie, chodzi mi tu o systemy z rodziny Windows firmy Microsoft i systemy działające na jądrze Linux. Między tymi rodzinami systemów jest wiele różnic, więc zanim zainstalujemy któregoś z nich, należy dokładnie się zastanowić, czego od naszego komputera i zawartego w nim oprogramowania oczekujemy.