Dzisiaj będzie krótko, przynajmniej tak mi się wydaje. Do wpisu tego zainspirowały mnie coraz liczniejsze posty na innych blogach i portalach typu "Windows vs Linux", "Seven vs Ubuntu" itd. Wiecie co? To ciągłe odgrzewanie kotleta / rozgrzebywanie mrowiska naprawdę zrobiło się już nudne i człowiekowi się ani czytać nie chce, ani tym bardziej komentować, bo coraz to nowsze informacje posiadają coraz to mniej konkretów, a za to aż emanują łasicowym podejściem (kto był na HotZlocie, wie o co chodzi). Sam jestem od samego początku posiadania komputera klasy PC użytkownikiem systemu Windows - dlaczego? A no w sumie wtedy było się małych dzieciakiem i o niczym się nie wiedziało, zresztą nikt w rodzinie się na tym nie znał, więc system będący (chociażby teoretycznie) najbardziej user-friendly musiał na sprzęcie zagościć. Nie oznacza to jednak, że jestem fanatykiem i oddanym "kibicem" firmy z Redmond: staram się podchodzić do tego wszystkiego z dystansem, pewne ich rozwiązania mi się podobają, inne natomiast nie bardzo, ot chociażby Internet Explorer, którego kijem na kilometr, do tego w rękawiczkach, się po prostu nie tykam. No dobra, ale co to ma do Linuxa?
Otóż okazuje się, że bardzo wiele. Lubię eksperymentować, dlatego też mój system jest najczęściej nieźle zawalony, instalacja różnych programów czy całkowite przeinstalowywania pakietów zdarza się praktycznie codziennie. Na szczęście od pewnego czasu staram się również chociaż oględnie czyścić niektóre ich pozostałości, dzięki czemu nie muszę co dwa tygodnie robić gruntownej reinstalacji całego oprogramowania. Eksperymentowanie moje dotyczy również innych systemów operacyjnych. Moim zdaniem uruchomienie czegoś takiego na maszynie wirtualnej nie odda nam pełni zalet i problemów jakie mogą się nam przytrafić, więc zawsze "w zapasie" było około 25-30 GB nieprzydzielonego miejsca na dysku, abym mógł sobie na nim postawić np. Ubuntu. W tym roku padł chyba rekord, ponieważ przestałem wyrzucać płyty po instalacji jakiejś dystrybucji jak miało to miejsce do tej pory - po prostu zmieniałem je na tyle często, że znudziło mi się ciągłe pobieranie danych z internetu, do tego przy niezbyt dobrym łączu jakim dysponuję.
Ogólnie na stół laboratoryjny poszedł w głównej mierze Debian i jego odłamy - Kubuntu oraz Ubuntu (chciałem zabawić się zarówno z KDE jak i Gnome bez ręcznego kombinowania), a z niego również Mint. Poza tym spróbowałem również OpenSUSE, ale najwyraźniej nie spodobała mu się karta graficzna zawarta w laptopie. Szczerze, to najbardziej spodobał mi się zaraz po instalacji właśnie Mint. Dlaczego? Z powodu śmiesznego detalu - pasku umieszczonego jak w Windowsie (tak, w tym momencie możecie wybuchnąć śmiechem). Niby rzecz malutka, a od razu człowiek zmienia podejście. Dalsze kroki były identyczne przy niemal każdej dystrybucji jaką testowałem: instalacja windowsowych czcionek, flasha, przeglądarki taką jaką mam na Windowsie (Firefox), komunikator, klient poczty, klient FTP, VirtualBox (choć ani razu nie użyłem na żadnym Linuxie), potem zmiana podstawowych ustawień dotyczących zasilania, logowania, sieci bezprzewodowej - słowem, wszystko co robi się "tradycyjnie".
Po tym wszystkim system był niemal gotowy do pracy - musiałem jeszcze pobrać WINE i odpalać z jego poziomu niektóre aplikacje do których jestem po prostu za bardzo przyzwyczajony aby zrezygnować. Zacząłem również majsterkować przy wyglądzie. Od kiedy pojawiła się Vista, w Windowsie jest dostępne Aero. Na początku byłem do tego bardzo sceptycznie nastawiony jako fan minimalizacji i overclockingu. Później jednak z podkręcaniem skończyłem, uświadomiłem sobie, że wcale nie bierze to dużych zasobów, a jednak jest dla oka przyjemne. Chciałem więc posiadać coś takiego również pod Linuxem, najlepiej aby działało i wyglądało identycznie jak pod okienkami. Zresztą, w międzyczasie rozpocząłem poszukiwania motywów, styli, dźwięków i ikonek, które upodobniłyby nieco surowego (moim zdaniem) Linuxa do "kolorowego" Windowsa. Tak sytuacja wyglądała wiele razy i dzięki internetowym poradnikom, blogom, a także wyrozumiałości użytkowników kilku for internetowych, najczęściej efekty były całkiem niezłe, choć może jeszcze nie idealne. Batalia zakończona, system i oprogramowanie praktycznie w pełni darmowe, gotowe do pracy.
Przychodzi jednak co do czego, trzeba coś konkretnego zrobić, uruchamiam komputer i przy wyborze systemu wybieram Windowsa... dlaczego?! Otóż niemal zawsze myślę sobie: kurde, naprawdę nie mam teraz czasu na jakiekolwiek, choćby najmniejsze problemy czy brak wiedzy z mojej strony do skonfigurowania tego czy owego. Wracam więc do sprawdzonego rozwiązania, do którego jestem przyzwyczajony i właśnie na nim pracuję. Czas poświęcony na żmudne konfigurowanie i personalizowanie Linuxa diabli wzięli, bo górę i tak wzięła przeszłość, po raz kolejny. W końcu, jakieś trzy tygodnie temu, gdy sytuacja znowu tak wyglądała podczas ustawiania skórki pod Ubuntu powiedziałem sobie: co ty do cholery robisz? Ustawiasz to na pokaz? Przecież i tak nie będziesz tego używał. Do zabaw z bashem czy innymi funkcjami tego typu możesz sobie postawić nawet Debiana w wersji minimal na VirtualBoxie, z pewnością będzie szybciej. Trudno było się z samym sobą nie zgodzić, więc usunąłem partycję, przeczyściłem MBR i włączyłem wolny obszar do partycji z danymi - ostatecznie powiedziałem Linuxowi na komputerze osobistym NIE.
Warto byłoby na koniec powiedzieć nieco, aby nie wywołać kolejnej wojny, a więc wytłumaczyć co niektórym mniej "kumatym", w jakim w ogóle celu powstał ten wpis. Znam wiele zalet, które przemawiają za porzuceniem w cholerę okienek, ale co z tego, skoro pomimo wszystkich ich wad, po prostu pracuje mi się na nim najwygodniej? Nie pracując tracę natomiast czas, a strata czasu to strata pieniędzy - nie chcę być przesadnym materialistą, ale taka jest właśnie brutalna zasada jaką rządzi się ten świat. Denerwujące jest więc to, że co niektóre osobniki wpychają na siłę inne rozwiązania i nie potrafią zrozumieć, że najważniejsze i tak są przyzwyczajenia i upodobania (i żeby było jasne, osoby takie występują po obu stronach "barykady", zresztą nie tylko tej postawionej podczas wojny systemów). Oczywiście w wielu wypadkach taka zmiana będzie jak najbardziej na plus, nie tylko ze względów ekonomicznych, ale czy zostanie zrealizowana, powinno się zostawić w gestii usera końcowego. Niech każdy używa tego co dla niego najbardziej wygodne, a wszyscy będą zadowoleni. Rzecz jasna wojny się nie skończą, wystarczy jedna informacja o chociażby najmniejszym poślizgu jednej ze stron, a z drugiej już słychać śmiechy i widać lecące warzywa... No niestety, taka jest nasza natura i tego raczej nie zmienimy.