Sharepoint [cz.3]

W ostatnim wpisie obiecywałem, iż w części trzeciej opiszę zarządzanie usługami Sharepointa od strony administracyjnej. Tymczasem ogromna ilość pytania zobligowała mnie do poświecenia tej części na odpowiedzi... Zaczynajmy.

Pytania i odpowiedzi

No... i to tyle. Zostało trochę miejsca, na szybko więc napiszę jednak o tej administracji. Zacznijmy od czasomierza. Tym niefortunnym mianem w polskiej wersji Sharepointa nazywa się usługę, która co określony czas wywołuje określone zadania. Jest więc to nic innego jak dobrze znany użytkownikom Windows Task Scheduler (cron w linuxach), dedykowany jednak dla sharepointa.

Search Service

Search service to dedykowana dla Sharepointa usługa wyszukująca treści. Treści wyszukiwane są po metatagach, plikach, listach itp. Przy konfiguracji, jaką zastosowaliśmy w poprzedniej części usługa ta nie jest włączona, dlatego przystąpimy do jej uruchomienia. Wybieramy w panelu administracyjnym Operacje, następnie Usługi na serwerze.

Sharepoint [cz.2]

Po entuzjastycznym przyjęciu części pierwszej wpisów o Sharepoincie, zachęcony setkami słów pochlebnych przystapiłem z niemniejszym entuzjazmem do pisania kolejnych. Wystarczy ironii na początek, może podaruje sobie ją w dalszym pisaniu...

Przypominam - po ostatniej części mamy postawioną tylko domenę, w tej przystępujemy do instalacji samego Sharepointa. Przy okazji - wszystkie maszyny serwerowe pracują pod Windows Server 2008 R2 x64. Serwer pod sharepointa stawiam osobny, choć w przypadku braku zasobów można go postawić na serwerze z AD. Do działania potrzebny będzie jakiś serwer baz danych od MS (u mnie - MSSQL 2005 x64 z sp4), oraz jakiś serwer IIS (u mnie IIS 7). Instalacja IIS przebiega tak samo jak w przypadku AD, czyli dodajemy role do serwera. Cały proces jest nieomal identyczny jak proces instalacji AD. Instalacja SQL jest klasyczna, autentykacja mixmode (czyli prócz kont domenowych i lokalnych mogę używać też SQLowych).

Instalujemy Sharepoint

Linki do wszystkich plików znajdą się na końcu wpisu.

Sharepoint [cz.1]

Dawno już temu obiecałem, że napiszę kilka słów na temat Sharepointa. Szał na pisanie blogów w kontekście HotZlotu już zdaje się przycichł, najwyższa więc pora by usiąść do pisania. Cały wpis będzie spod znaku Windows Server 2008 R2, czyli "od 4 lat w Linux".

Active Directory

Jednak zanim przejdziemy do samego sharepointa dobrze jest przygotować dla niego zaplecze w postaci usługi AD. Sama usługa jest dość prosta w założeniach, skomplikowana staje się w rzeczywistości. A założenie jest następujące - AD pozwala na zarządzanie komputerami pracującymi w domenie. Aby wykluczyć idem per idem - domena to sieć komputerów, w której przynajmniej jeden jest jej kontrolerem, i komputerów roboczych. Różnica pomiędzy grupą roboczą jest taka, że w przypadku tej ostatniej informacje o użytkownikach i ich uprawnieniach, grupach i ich uprawnieniach, przechowywane są lokalnie. W przypadku domeny wszystkie te dane przechowywane są w bazie danych serwera.

Po co nam więc AD do sharepointa? Przede wszystkim dlatego, żeby w sposób praktyczny pokazać dlaczego to jest takie wygodne.

Goocta

Dziś mija dokładnie 10 dni od kiedy Google zmienił swoją politykę bezpieczeństwa. 10 dni w czasie których na próżno szukać można było transparentów z napisem "Nie dla Google", zabawnych postaci z filmów animowanych, które sepleniąc zabraniają dotykać użytkowników internetu. Na próżno też wyczekiwałem na lawinowe komentarze pod kilku zdaniowymi "wpisami" na przeróżnych serwisach. Dlaczego?

Okazuje się, że na traktowanie użytkowników jak marchewki na targu jest społeczna zgoda. Swoją tezę opieram na tym, że nie ma po prostu społecznych sprzeciwów (jeśli ktoś spróbuje mi teraz wypomnieć, że brak sprzeciwu nie oznacza zgody, to pragnę tylko powiedzieć - w nos się pocałujcie! Nie muszę przyjmować Waszej argumentacji, która nie ma żadnego poparcia w faktach. I z premedytacją stosuję taką samą). Przy czym nie o sam fakt sprzeciwów mi się rozchodzi. Raczej o imperatyw, który ludzi popycha na ulice.

DoD, czyli semantyka w służbie programowania

Minęło już trochę czasu od kiedy napisałem poprzedni wpis. Emocje już opadły, mój zapał do pisania na temat niezwiązane wprost z IT podobnie. Czas więc zacząć pisać o czymś, co wiąże się z tą działką nieco bardziej. Tym razem coś krótszego i lekko strawnego, ale wkrótce cykl o Sharepoint, czyli dlaczego IE jest lepsze od Firefox, Opery i Chrome razem wziętych. No dobrze, tylko o Sharepoint.

Definition of Done

Miesięcy kilka wstecz pisałem o programowaniu zwinnym. Właśnie w związku z tym sposobem tworzenia aplikacji najczęściej spotkać się można z pojęciem "definicji gotowe". Pozornie wydaje się, że odpowiedź na pytanie czy zadanie jest gotowe, jest błaha. Gotowe oznacza, że coś jest gotowe i tyle. Tymczasem programowanie wprowadzana konieczność weryfikacji znaczenia tego słowa. Czy bowiem gotowe jest wtedy, gdy kompiluje się bez błędów? A może wtedy, gdy przechodzi przez unit testy bez problemów? A może dopiero po utworzeniu dokumentacji (w projektach niezwinnych)?

A.C.R.T.D

Dla każdego projektu ten element może wyglądać inaczej. DoD może być inne dla różnych projektów

Ustawa o prawie autorskim [cz. ost]

Zmuszam się do tego, by podjąć ostatni już raz temat Ustawy o prawach autorskich. W poprzedniej części deklarowałem, że rozpisze się o organizacjach zbiorowego zarządzania i kontroli produkcji nośników optycznych. Jednak doszedłem do wniosku, że oba te tematy ledwie nakreślę. I tak mało kogo to zainteresuje, a sucha teoria jest... nudna i nieinteresująca dla czytelników DP. A z czytelnikiem liczyć się trzeba, toż dla nich się pisze.

Organizacje zbiorowego zarządzania

OZZ są. I generalnie do tego sprowadza się ustawa. Nie deklaruje bowiem żadnych bardziej konkretnych przepisów (poza kwestią Komisji). Ciężar stworzenia reguł działania ustawodawca przenosi na samą organizację i póki działa ona w interesie twórców, właścicieli praw majątkowych oraz organizacji radiowych i telewizyjnych nic im do tego. Warto jednak podkreślić, że beneficjentem OZZ nie są tylko ci, którzy pieniądze dostają od OZZ.

Fakty na temat ACTY

Zdecydowałem się, by jednak napisać o faktach (i mitach) na temat ACTA, miast kończyć temat Ustawy o prawach autorskich. Po pierwsze - mam wrażenie, że tylko nieliczni przebrnęli do końca przez trzy pierwsze części. Po drugie - czwarta będzie jeszcze bardziej nudna, niż trzy wcześniejsze. Po trzecie - fakty i mity o ACTA wydają mi się ciekawsze. Po czwarte - obserwuje u siebie niebezpieczny syndrom Druedaina. Komentarz niebezpiecznie wydłuża się, więc może lepiej napisać to w osobnym blogu? Do dzieła.

Kopiowanie nie jest kradzieżą

Mit. Cały wpis januszka (pisze z małej, bo tak jest w profilu) jest tyradą wobec powszechnie używanej nomenklatury. Niestety nieco chaotyczną. Po pierwsze, raz mowa jest o kopiowaniu, raz o ściąganiu, wszystko poparte słabej jakości porównaniem z bankiem i kredytem. W komentarzach broni jak lew swojego stanowiska. Problem polega jednak na tym, że zapomina o intencjach. Intencją złodzieja, który kopiuje utwór jest jego udostępnienie przez internet (lub inne sposoby dystrybucji).

Ustawa o prawie autorskim [cz. 3]

I kolejny raz wywiązując się z obietnicy w części drugiej przysiadam do opisania przepisów z Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Tym razem dużo o ochronie praw autorskich. Z tymi osobistymi pójdzie szybko, więc do dzieła!

Rozdział 8. Ochrona autorskich praw osobistych

Rozdział ten składa się z tylko jednego artykułu i mówi, czego może oczekiwać twórca w przypadku naruszenia praw osobistych. Przypominam - jest diametralna różnica między prawami majątkowymi a prawami osobistymi. Szczegóły w częsci pierwszej. Twórca może, w obronie swoich praw wystąpić do sądu (podkreślam fakt, że sam musi wystąpić, z powództwem cywilnym) by ten nakazał zaprzestanie działania, które te prawa narusza. Może także rościć o naprawę skutków naruszenia tych praw (na przykład przez podanie do publicznej wiadomości informacji w odpowiedniej treści i formie).

Ustawa o prawie autorskim [cz. 2]

W poprzedniej części skończyłem na rozdziale czwartym (Czas trwania autorskich praw majątkowych) i zapowiedziałem, że następna część w dużym stopniu będzie dotyczyła najtrudniejszego moim zdaniem rozdziału o przejściu autorskich praw majątkowych. Nie ma co zwlekać, czas się brać do roboty.

Rozdział 5. Przejście autorskich praw majątkowych

Ustawa opisuje tylko dwa znane prawu sposoby na przejścia (przejęcia) praw majątkowych - dziedziczenie i nabycie. W przypadku tego pierwszego nie warto się rozpisywać. Prawa autorskie wchodzą po prostu do masy spadkowej, a potem są dziedziczone. Jeśli ktoś jest ciekaw szczegółów w tym temacie - zapraszam do kodeksu cywilnego. Umowa o przeniesieniu praw majątkowych lub korzystania z utworu (ważne! Oznacza to, że nie trzeba przenosić praw majątkowych na osobę chcą skorzystać z naszego utworu, w związku z tym mogę sprzedać moją piosenkę podmiotowi A, a podmiot A nie może jej sprzedać dalej) nazywana jest licencją. Licencja wyraźnie musi wymieniać pola eksploatacji

Ustawa o prawie autorskim [cz. 1]

Wstępem - w związku z tym, że znajomość i zrozumienie prawa autorskiego wśród czytelników dp.pl kuleje, a ignorantia iuris nocet postanowiłem przybliżyć czytelnikom tę ustawę. Weszła ona w życie w 1994 i zastąpiła obowiązującą wówczas ustawę z lipca 1952 roku. Dotychczas doczekała się dwóch aktualizacji (rok 2000 i 2006). Liczy nieco ponad 110 artykułów. Nie jestem prawnikiem (choć cała rodzina zajmuje się zawodowo prawem), za to na studiach przez pół roku uczęszczałem na zajęcia związane z tą właśnie ustawą (zdaje się, że to standard na dziennikarstwie).

Przedmiot prawa autorskiego

Ustawa w pierwszym rozdziale definiuje (ogólnie, nie da się ukryć) przedmiot, którym się zajmuje. Wprowadza się pojecie "utwór", które oznacza: każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia. Wątpliwości może budzić co oznacza "przejaw działalności twórczej", "indywidualny charakter", "ustalony w jakiejkolwiek postaci" oraz "sposób wyrażenia".