Strona używa cookies (ciasteczek). Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianach ustawień. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.    X

Pech w komputerze: karta graficzna - czyli jak byłem zmuszony kupić nową

Witajcie. Dawno tu nic nie pisałem ale wynikła pewna historia w moim sprzętowym życiu spod znaku niewdzięcznego komputera PC. Nie będzie to odkrywczy wpis a jedynie dosyć krótka historyjka, jaką może przeżyć każdy z Was. Ale po kolei, jak to się zwykle powinno robić.

W ubiegły piątek pracowałem na komputerze, trochę też grałem, ale nic nie zapowiadało tego, co się wydarzyło później. Cóż, normalnie wyłączyłem swojego peceta i poszedłem w ramiona Morfeusza. W sobotę miałem sporo zajęć w ciągu dnia więc na surfowanie po internecie znalazłem moment dopiero wieczorem. Tak więc nacisnąłem przycisk włącznika na obudowie i czekam spokojnie, aż wszystko zaskoczy. Czekam sekundę, dwie, trzy... kurczę, coś jest nie tak. Dyski wystartowały, wszystkie wiatraki się kręcą, z pozoru wygląda to normalnie ale ekran monitora wciąż pozostaje czarny a pc-speaker zamiast wyraźnego pisku wydawał z siebie jakieś niedorobione skowyty w postaci ledwo słyszalnych puknięć. Od razu moje całe ciało przeszedł dreszcz bowiem nie cierpię, jak mi się cokolwiek ze sprzętu sypie. Myślę: o ja cię kręcę, komp mi się popsuł... Próbowałem jeszcze kilka razy go uruchomić ale za każdym razem występowała ta sama sytuacja. Na czole pojawiły mi się krople potu. Trzeba zabrać się za wnętrze komputera.

Otworzyłem obudowę, zaglądam wszędzie i widzę, że na dzień dobry nic nie powinno powodować takiego stanu rzeczy, to jest jakiejkolwiek awarii. Sprawdziłem kondensatory oraz cewki ale w sumie jeśli któreś z nich by padło to płyta główna w ogóle by się przecież nie podniosła. Myślę intensywnie i zaczynam wstępną diagnozę. Najpierw czyszczę pamięci RAM ściereczką, których mam aż 4 kości, w tym dwie jeszcze z 2006 roku, kiedy to kupiłem komputer (obecnie tylko obudowa się z tego zakupu ostała). Spróbowałem odpalić tego złoma tylko z jedną kością ale znów niepowodzenie. Zaczynam grzebać pomiędzy innymi urządzeniami, zdejmuję radiator i wyjmuję procesor, odpinam kartę dźwiękową, odłączam dyski i tak praktycznie goły komputer ponownie próbuję uruchomić. Z łomoczącym sercem w piersi czekam i... jest! Słychać pisk płyty głównej, taki, jak wydaje wtedy, gdy się poprawnie uruchamia. A więc płyta jest OK, dyski też, skoro normalnie załączają się do pracy. O awarię karty dźwiękowej raczej bym nie podejrzewał, bo to nowy egzemplarz (Creative Sound Blaster Z) a na dodatek przecież aż takiego hard-stopu by nie spowodowała. Procek też wyglądał OK. Więc pozostaje mi tylko sprawdzić jedną rzecz, niestety najdroższą w całym zestawie. Oto ona:

r   e   k   l   a   m   a

Wiem, że to głupie myśleć, że skoro kręci się na niej wiatraczek, to i sama karta powinna działać. Niestety, jest to głupie jak wspomniałem, więc poszedłem do swojego wujka pożyczyć zasłużonego i praktycznie równorzędnego wydajnościowo GeForce'a 8800GT i wpiąłem go do swojego złącza. Ponownie dostaję istnych palpitacji serca i ryję się odnośnie finalnego wniosku. Czekam na pisk pc-speakera. Nie ma, nie ma... JEST! Super. Na monitorze wyświetlił się BIOS i już wykryło mi moje dyski (tak więc potwierdza się, że są w porządku) a ja przerwałem sekwencję wczytywania systemu by ochłonąć. A więc tak, mój drogi Zotac GTS 250 (nawiasem mówiąc drugi Zotac na przestrzeni dwóch lat, który padł) wybrał się do miejsca wiecznego spoczynku komputerowych części. Dziwna sprawa, bowiem jedyne, co ostatnio robiłem na komputerze, to praca z przeglądarką i jakieś trzy sesje z zupełnie nie mających dużych wymagań grą BioShock Infinite. Zrobiło mi się tej karty nieco szkoda, bowiem służyła mnie wiernie i poza tym była bardzo dobrze dostosowana do procesora Athlon X2 6000+ bowiem oba urządzenia się uzupełniały jakościowo.

Czas może w końcu napisać, dlaczego tak strasznie podchodzę emocjonalnie do swojego komputera, jeśli on w rzeczywistości jest starym dziadkiem. Cóż, na pewno wielu z Was ma swoje ulubione urządzenie, jakiś smartfon bądź tablet czy laptop, które to działały bez zająknięcia przez długi czas. I tak właśnie jest z moim komputerem - kupiłem go w 2006 roku i jest on moim głównym oknem na świat, obok iPoda Touch, Nexusa 7 czy Lumii 920, a nie bardzo widzi mi się z niego rezygnować przed pewną istotną rzeczą, którą zaplanowałem na początek następnego roku. Otóż gdzieś w pierwszym kwartale, jeśli na to fundusze pozwolą, mam zamiar kupić nowy komputer, tym razem już gotowy na wszystkie next-genowe tytuły. Dosyć obniżania detali (choć tak szczerze mówiąc, to ten mój sprzęt od kilku lat jak najbardziej radził sobie z istotnymi tytułami, wyłączając może Battlefielda 3, o czym to wspominałem w poprzednim wpisie) i wyłączania antyaliasingu w rozdzielczości zaledwie 1280x1024. Celuję mniej więcej w okolice 3000zł a chcę zakupić najnowszy Core i5, GTXa 660 Ti lub 760, oraz 8 GB RAM i nowy monitor Full HD. Mam nadzieję, że plany się powiodą i już niedługo będę się mógł nowym komputerem cieszyć.

Wracając do historii z uszkodzoną kartą graficzną to zaraz w poniedziałek udałem się do sklepu Komputronik, po uprzednim sprawdzeniu ich strony, i poprosiłem (dla przekory) o doradzenie jakiegoś zastępstwa dla karty GTS 250. Odpowiedź wprowadziła mnie w osłupienie, ponieważ po mojej propozycji karty GT 630 sprzedawca odpowiedział (mając mnie chyba za idiotę?), że ta karta się zupełnie do niczego nie nadaje i lepiej kupić coś z wyższej półki, czyli GTXa 550 Ti albo nawet coś lepszego. Nie zapytał mnie w ogóle, do jakiego procesora, do jakich gier czy do jakiego monitora. Odpowiedziałem iż chcę tylko zastępstwa bo na drugi rok i tak kupuję kartę grafiki. On na to: to sobie pan kupi tą dobrą a potem przełoży do nowego komputera. Myślę sobie (odganiając się od ludzi, którzy ciągle z tyłu się przepychali przed moją kolejkę i zagadywali sprzedawcę, co mnie doprowadzało do czerwoności), że po co już teraz bulić kasę na dobrą kartę, jeśli na drugi rok, po świątecznych szaleństwach, poszukiwany przeze mnie model będzie sporo tańszy. Cóż, nie chciało mi się już nawet mówić, że GT 630 jest słabszy o niewiele ponad 10% do 30% w najbardziej wymagających tytułach, więc wręcz zmusiłem faceta do sprzedania mi tej "fatalnej" karty. Powiedział tylko, że robię to na swoje ryzyko bo sam zaproponował mi model MSI z... 4 GB RAMu. No kurczę, jeśli jestem już na coś zdecydowany to chyba raczej wiem, na co się piszę, po co mi karta z taką pamięcią, jeśli będzie wykorzystane tylko max 25% jej pojemności? Zapłaciłem 249zł i dostałem takie oto pudełko:

Wróciłem więc do domu i poczekałem na spokojny czas by zająć się poskładaniem burdelu z soboty w obudowie (ordnung muss sein!) i wyjąłem kartę z przepastnego pudełka. Prezentuje się ona następująco:

Jak widać posiada dobre chłodzenie - duży wentylator i radiator, co przełożyło się na znacznie cichszą pracę niż Zotac. Szybko złożyłem całość i znów to cholerne walenie serca w piersi ;) Odpalam komputer i okazuje się, że wszystko jak najbardziej prawidłowo chodzi za wyjątkiem jednego feleru - otóż monitor niepoprawnie wykrywa kartę po kablu analogowym przez co wyświetla na całej powierzchni artefakty. Muszę wyłączyć i włączyć ekran każdorazowo by pojawiły się właściwe dane. Ale myślę, że to jakoś przełknę do czasu zakupu wspomnianego nowego komputera (mam w monitorze gniazdo DVI-D, ale nie wiem z jakiego powodu zwyczajnie nie działa).

Na zakończenie: jak jest tymczasem z wydajnością? Otóż istotnie karta jest wolniejsza od poprzednika, ale nie są to jakieś straszne spadki płynności animacji. Wprawdzie 2GB RAM czy obsługa DirectX 11 to tylko tanie chwyty marketingowe, ale całościowo w 3D Marku miałem mniej punktów o około 15%, zaś w ogrywanym ostatnio przeze mnie BioShocku Infinite w najbardziej gorących momentach płynność spada o 30% i zauważalne jest już klatkowanie na średnich detalach. Tyle że ja się w nowych grach do tego już przyzwyczaiłem i na dłuższą metę nie będzie to wielką przeszkodą. A i tak gra wygląda całkiem nieźle jak na swój wiek enigne'u graficznego:

Podsumowując wpis - bardzo nie lubię, jak sypie mi się coś w komputerze. I zapewne Wy też tego nie lubicie. Ale przychodzi taki czas, że w najmniej oczekiwanym momencie wyskakuje jakiś problem i trzeba się ratować diagnostyką i naprawą - a w rzeczywistości wyciągnięciem portfela. Oczywiście znacznie mniejszym złem jest padnięcie jakiegoś podzespołu (lepiej, że karta grafiki niż dysk twardy) niż spalenie się wszystkich scalaków poprzez przepięcie. Ale nie mniej jednak najlepiej jest wtedy, gdy wszystko działa tak, jak powinno. I tego Wam wszystkim życzę :) Pozdrawiam. 

windows sprzęt

Komentarze