Gra terenowa wykorzystująca rozszerzoną rzeczywistość, która prostymi trikami wpływa na aktywność fizyczną graczy

Jakiś czas temu przedstawiłem Wam moją, nad wyraz interesującą, historię życia. Opis tego, jak niegdyś nie potrafiłem znaleźć motywacji do aktywności fizycznej, gdzie aktualnie nie wyobrażam sobie bez niej swojej egzystencji. Stanowiło to oczywiście zwięzły zarys fabularny, krótki wstęp, mający doprowadzić nas do „mojego niepozornego bohatera”, tj. gier terenowych zwanych Munzee oraz Geocaching.

„Niestety”, choć starałem się skupić wyłącznie na niezbędnych rzeczach, tamten wpis zrobił się nieco zbyt opasły. Dlatego też odpuściłem sobie pewną jego część, o czym w ogóle tam nie wspomniałem, by w wolnej chwili (na spokojnie) do tego powrócić. Jak już się zapewne domyślacie, moment ten waśnie nadszedł – znów pochylmy się więc nad tematem aktywności fizycznej, lecz tym razem z nieco innej strony. W dalszym ciągu pozostajemy w temacie gier terenowych, jednak zamiast fizycznych rzeczy (pojemników / keszy czy kodów QR) użyjemy wirtualnych POI. O czym mowa? Ano o mobilnych tytułach wykorzystujących rozszerzoną rzeczywistość, których, po ogromnym sukcesie Pokemon GO, pojawiło się całkiem sporo.

Zanim zaczniemy

Na samym początku pragnę zakomunikować, że, wbrew opinii często pojawiającej się w komentarzach na tym portalu, tego typu rozrywka wciąż żyje i ma się dobrze. Żeby było zabawniej, najpopularniejsza tego typu gra, tj. wspomniane wcześniej Pokemon GO, zaliczyło spory wzrost w 2019 roku. Choć mogłoby się wydawać inaczej, naprawdę nietrudno wpaść na osoby lubujące się w tego typu zabawach (i to nie tylko w Rzeszowie, ale i w mojej rodzinnej, zdecydowanie mniejszej miejscowości). To tyle tytułem wstępu, powinno wystarczyć, nie?

No ale o co mi tak właściwie chodzi?

Od czego by tu zacząć, hmm. Jak już wspominałem w poprzednim wpisie, wiele osób cierpi (jeśli można to tak określić) z powodu braku jakiejkolwiek motywacji do aktywności innej niż zawodowej, szczególnie fizycznej. Problem ten jest oczywiście wielowymiarowy, tzn. wpływa na niego wiele różnorakich czynników, nie tylko proste „nie chce mi się”. No dobra, ale jak temu przeciwdziałać? Najpopularniejszą odpowiedzią, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie, będzie klasyczne „there’s an app for that” (znacie to, nie?).

Niestety, na dłuższą metę to się nie sprawdza, a przynajmniej tak mi wyszło przy okazji badania prowadzonego do pracy magisterskiej (Rzeszów, różne uczelnie i kierunki – ale wiecie, grupa mimo wszystko mała, raptem 50 osób). Początkowy entuzjazm zanika wraz z upływem dni i żeby było zabawniej, ludzie po takim epizodzie niejednokrotnie kończyli na pozycji słabszej niż wyjściowa – coś niesamowitego. Tak więc potrzeba czegoś więcej niż sama aplikacja, niezbędne jest również poczucie celu, z czym i ja miałem problem (o czym już powinniście wiedzieć).

Skoro problem został nakreślony, to wróćmy do sedna

Oczywiście nie przedstawię Wam rozwiązania absolutnego, ponieważ każdy z Was ma nieco inne potrzeby i oczekiwania. Będzie to po prostu kolejny przykład czynności, po Geocaching'u i Munzee, która może pomóc „zebrać się w sobie” w celu podjęcia pierwszych kroków w stronę aktywnego oraz zdrowego życia.

Dlaczego mielibyście jednak uwierzyć moim słowom, a nie wziąć mnie za wariata zalecającego instalację „nudnych gier dla dzieci”? Szczerze? Nie mam bladego pojęcia i nie zamierzam nikogo do niczego przekonywać – po prostu przedstawię Wam narzędzia obecne w tej najpopularniejszej, a wnioski wyciągnijcie sami.

Pokemon GO

Na pierwszy ogień pójdzie coś, o czym wielu z Was prawdopodobnie już słyszało. Twór Niantic, powstały we współpracy z The Pokémon Company i Nintendo, zapowiedziano we wrześniu 2015 roku, a jego premiera odbyła się prawie rok później – w lipcu. Od samego początku cieszył się sporą popularnością, co potwierdziło samo Apple ogłaszając, iż Pokemon GO ustanowiło nowy rekord pobrań w pierwszym tygodniu od premiery.

Każdy może zobaczyć, jak gra wygląda obecnie i dlaczego mocno wpisuje się w tematykę mojego wpisu. Sęk jednak w tym, że na początku wcale nie było tak kolorowo. Rozgrywka była uboga i w zasadzie ograniczała się wyłącznie do zbierania nowych stworków (typowy „grind”), kurczowego bronienia sal treningowych (ówczesna mechanika była strasznie „patogenna”) i masowych ewolucji dla szybszego pozyskiwania doświadczenia postaci. Generalnie nuda. Pokemonów nie było jeszcze wtedy zbyt wiele, wydarzenia okolicznościowe prawie w ogóle nie były organizowane i po początkowym piku popularności nastąpił spory odpływ „niedzielnych graczy” – bardzo szybko osiągaliśmy umowny „endgame”. Był to również okres, w którym zabezpieczenia przeciwko tzw. „fly GPS” praktycznie nie istniały, co odstraszało uczciwych ludzi.

Pierwsze przymiarki do urozmaicenia rozgrywki poczyniono dopiero rok później, kiedy zapowiedziano całkowite przebudowanie mechaniki sal treningowych (ang. GYM). Do tamtej pory sprawa wyglądała tak, że każda sala miała 10 miejsc i nie było żadnego ograniczenia co do wyboru „naszego przedstawiciela” (prócz tego, że MY mogliśmy dać tylko jednego). Do tego monety otrzymywaliśmy nie za aktywną obronę, a za leżenie odłogiem w takiej fortyfikacji. Każdy „strażnik” to 10 pieniążków, a dziennie mogliśmy pozyskać maksymalnie 100. Dochodziło więc do patologicznych sytuacji, gdy lokalna społeczność umawiała się kto i gdzie będzie siedział, by każdy mógł spokojnie sobie zbierać mamonę. Bez wychodzenia z domu, bez wysiłku – pamiętam, że dla „samotnych wilków”, takich jak ja, to był dramat. Godzinne, czy nawet dłuższe, atakowanie takiego molocha, gdzie wrzuconych było 10 takich samych stworków (najlepszych w obronie = dużo życia i odporności), nie należało do zbyt przyjemnych rzeczy (zwłaszcza w zimie). Do tego, w przeciwieństwie do aktualnego mechanizmu, zbijało się tam „punkty” całej areny, a nie poszczególnych pokemonów – w związku z czym nie słabły one w czasie, a jedynie co jakiś czas odpadał jeden z nich (im wyższy / niższy poziom sali tym więcej / mniej slotów na pokemony).

Gdy już się udało, to niedługo później podjeżdżało auto z „zaradnymi” i w momencie przywracali „właściwy stan rzeczy”. Pozostawało więc granie po nocach, przejęcie jak największej ilości sal i natychmiastowe odebranie należnej gotówki. Nowy system zmienił tą sytuację całkowicie i już przestało się opłacać przesiadywanie bez żadnej interakcji. Dlaczego? Wszystko przez to, że monety dostawaliśmy dopiero wtedy, gdy zostaliśmy pokonani i nasz pokemon wrócił do nas. Ludziom więc zależało na tym, aby cały czas trwała rotacja broniących. Zmniejszono ilość dostępnych miejsc do 6, co zrekompensowano większą ilością sal. Zmieniono również maksymalny pułap otrzymywanej gotówki, po ~8,5h obrony (nie pamiętam dokładnej wartości), o ile nasz pokemon został pokonany, na koncie pojawiało się 50 monet. Do tego wszystkiego, stworki zaczęły tracić zdrowie wraz z upływem czasu, więc o ile nie broniliśmy kilku miejsc, „wymagano” od nas większego zaangażowania, tj. „karmienia” w celu odnowienia ich życia. Nałożono przy tym limit 10 użyć przedmiotów co każde 30 minut (jeśli mnie pamięć nie myli). Już samo to mocno zmieniło dotychczasowe podejście społeczności, wymuszając większe zaangażowanie i częstszy ruch.

To jednak nie było ostatnie słowo Niantic’u i niedługo później (miesiąc? półtora?) wprowadzono kolejną mechanikę, tzw. raid’y („najazdy”? chyba tak się to poprawnie tłumaczy). Przy tej okazji zorganizowano pierwsze większe wydarzenie okolicznościowe, nazwane Pokemon GO Fest. Zorganizowano je w Grand Park’u w Chicago, co nie przeszkadzało rzesze fanów z całego świata szturmować tamtejsze tereny. Nie obyło się bez „małej” katastrofy, gdyż zainteresowanie przerosło możliwości organizatorów (w późniejszych latach wprowadzono płatne, limitowane wejściówki), co zaowocowało problemami z siecią komórkową. Mniejsza jednak o to, ponieważ zmierzam do czegoś innego. Wydarzenie to miało na celu wprowadzenie pierwszych legendarnych pokemonów, zaczynając od Lugia i Articuno, a później dodając Moltres i Zapdos. Co to się wtedy działo w Rzeszowie. Dzikie tłumy graczy, popularny „jutuber” (przynajmniej w tamtym okresie – TryDontDie), sporo straconej gotówki (jeśli ktoś nie odłożył wcześniej stosownej liczny monet za obronę sal) na wejściówki do rajdów oraz, co najważniejsze, dziesiątki kilometrów zrobione w celu pozyskania upragnionego wpisu w Pokedex’ie. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że to nie ostatnie słowo w kontekście „zmuszania” do integracji i aktywności fizycznej.

W styczniu 2018 powołano do życia pierwszy Community Day (Dzień Społeczności) i od tamtej pory organizowany jest każdego miesiąca, we wcześniej wskazany weekend. O co w tym chodzi? Więc tak… Każdy z nich ma dedykowanego pokemona, wraz z debiutującym wtedy wariantem „shiny”. Tak na marginesie – nie wnosi on niczego konkretnego, lecz stanowi nie lada gratkę dla kolekcjonerów (choć powszechność ich występowania nieco zniszczyła ten aspekt). Ponadto, wykonując jego ewolucję w czasie trwania tego mini wydarzenia (w pewnym momencie te widełki przedłużono o dodatkowe 2h po nim) zyskujemy specjalny, niedostępny w inny sposób atak. Nie zawsze warto poświęcać mu uwagę, jednak w sytuacji, gdy jest on wyjątkowo dobry, to ciężko poruszać się po mieście – nie trzeba chyba tłumaczyć dlaczego.

Do tego wszystkiego warto dorzucić event’y tematyczne, takie jak Eggstravaganza oraz Hatchathon, kładące szczególny nacisk na wykluwanie jajek. Z początku może się to wydawać niezrozumiałe (w kontekście aktywności fizycznej), lecz wszystko staje się jasne, gdy dowiemy się, że „narodziny” pokemona wymagają przejścia wskazanej odległości (2, 5, 7 lub 10 kilometrów). To kolejna zachęta do aktywności, szczególnie, że niektóre okazy zdobędziemy tylko w ten sposób, a jeszcze inne WYŁĄCZNIE podczas trwania takiego, czy innego, wydarzenia. Jeśli więc mamy duszę kolekcjonera, to motywacja do ruchu jest ogromna.

Co więcej, pod koniec zeszłego roku całkowicie przebudowano „buddy system”, czyli mechanizm, w ramach którego mogliśmy wybrać swojego towarzysza. Od czasu jego wprowadzenia (jak te 3 lata szybko zleciały) nic w tym aspekcie nie zmieniano, dlatego też z wielkim entuzjazmem przyjęto zapowiedź Buddy Adventure. Pomijając czysto wizualny aspekt, tj. pokemon wreszcie pojawia się na mapie i podąża za nami, ponownie znaleziono sposób na zachęcenie ludzi do wzmożonego ruchu. Wszystko przez system bonusów przyznawanych za odpowiednio wysoki poziom przyjaźni, a ten zdobywa się poprzez interakcję i różne czynności wykonywane wraz z pupilem, w tym oczywiście chodzenie.

W ramach ciekawostki wspomnę jeszcze o najnowszej zapowiedzi, czyli Ligach Pokemon (GO Battle League). Na pierwszy rzut oka może się to wydawać całkowicie niezwiązane z tematyką niniejszego wpisu, no bo w końcu chodzi o PVP (ang. Player Vs Player, czyli gracz kontra gracz), nie? Nic bardziej mylnego, gdyż 5 walk odblokowujemy przechodząc 5 kilometrów. Niby to mały dystans, ale jeśli chcemy zająć w miarę wysokie miejsce w rankingu, to … sporo się nachodzimy.

To nie jedyna gra, jednak najbardziej nastawiona na aktywność (przynajmniej spośród tych, które ja znam)

Mamy jeszcze nastawione (głównie) na PVP Jurrasic World: Alive, kładący nacisk na kreatywność Minecraft Earth, futurystyczny (i jak dla mnie przekombinowany) Ingress, trochę za bardzo chcący wydoić nas z pieniędzy Harry Potter: Wizards Unite, no i niegdyś mocno reklamowany przez „jutuberów” (obecnie jakby zapomniany) Draconius GO. Oczywiście to nie jedyne tytuły wykorzystujące rozszerzoną rzeczywistość, lecz te znam i miałem z nimi osobisty kontakt. Wszystkie bazują na tej samej konwencji, tj. promują aktywność fizyczną, choć robią to w różnoraki sposób (poza tym ostatnim, który był, a może i wciąż jest, ogromną zrzynką z Pokemon GO).

Zdaje sobie sprawę, że taka rozrywka i zachęta nie każdemu przypadnie do gustu

W pierwszej chwili zapewne pomyślicie inaczej, jednak graczami nie są wyłącznie dzieci. Naprawdę nietrudno spotkać kogoś starszego od siebie, choć nie ukrywam, że dzieci są mimo wszystko liczniejszą grupą. W związku z powyższym uważam, że warto pochylić się nad tym tematem, gdyż, o ile się wciągniemy, za ich pomocą zyskamy dostęp do niewyczerpywanego motywatora. W Rzeszowie mógłbym wskazać nawet kilka osób, które „delikatnie” przeginają w drugą stronę i chyba nigdy nie przestają chodzić tam i z powrotem. A ile przy tym krzyku, jak nie daj boże zrobimy coś, co im się nie spodoba – wiecie, z „zasłużonymi weteranami” nie wypada dyskutować.

Co tu dużo pisać. Ja wkręciłem się na maksa i przez to sporo spaceruję, nawet teraz, gdy pogoda średnio zachęca (tyle dobrego, że mrozów nie ma oraz nic nie sączy się z nieba). Nie wiem jak w przypadku innych gier, jednak społeczność Pokemon GO jest naprawdę silna i nawet w mniejszych miastach „coś się dzieje”. Sam Niantic mocno przykłada się do tego, aby cały czas mówiono o jego produkcie – nic zaskakującego, w końcu zarabia na nim krocie. Jest to o tyle interesujące, że NIE MUSIMY w ogóle nic płacić, tym bardziej, że „walutę premium” zdobędziemy po prostu grając. Niektórych po prostu zbyt mocno kusi szybsze pochwycenie postawionego przed sobą celu (na szczęście nie jest to żadne P2W, tj. „płać aby wygrać”).