Zachowanie kultury to ogromne wyzwanie, któremu nie wszyscy są w stanie podołać

Jakiś czas temu, całkowicie przez przypadek, natrafiłem na ‘”jutubowy” kanał o nazwie Wojna Idei. Przyjemny głos i interesująca tematyka, więc trochę mnie wciągnęło. Tak sobie oglądałem to i owo, aż natrafiłem na listę odtwarzania agregującą wystąpienia (wykłady, debaty itp.) kanadyjskiego psychologia klinicznego Jordana Petersona. Do wybitnie inteligentnych jednostek nie należę, lecz muszę przyznać, że mocno zaciekawiły mnie wygłaszane przez niego tezy. Światopogląd, który reprezentuje, trafił do mojego serca i od tamtej pory nie potrafię się od tego oderwać. Nie zrozumcie mnie źle, nie wywróciło to mojego życia do góry nogami i nie sprawiło, że nagle zmieniłem swoje zachowanie o 180 stopni. Nie zaprzeczę jednak, że skłoniło mnie to wszystko do drobnej refleksji.

Niech tradycji stanie się zadość, czyli kolejna historia życia

Jak zapewne zdajecie sobie sprawę, jestem dość irytującym człowieczkiem. Lubię zabierać głos w różnych tematach, choć nie zawsze powinienem to robić (z różnych powodów, jednak głównie chodzi o brak stosownej wiedzy). Niekiedy nie bardzo wiem jak się w ogóle za to poprawnie zabrać, ale i tak „muszę” to zrobić – wychodzą wtedy większe lub mniejsze głupotki. Tyle dobrego, że (przynajmniej od pewnego wieku) stronię od osobistych wycieczek i staram się nie podążać drogą w stylu >> „ostatnie słowo ZAWSZE musi należeć do mnie”. Coraz częściej, co może nie jest najlepszym wyjściem, ni z gruchy urywam dyskusję, zwłaszcza, gdy „przeciwnik” wchodzi w, hmm, nad wyraz emocjonalne pobudzenie. Żaden ze mnie wyrafinowany mówca i z racji moich „niepopularnych” (ale czy przez to gorszych?) poglądów zazwyczaj jestem w mniejszości, co tylko potęguje moje problemy w wysławianiu się. O ile jeszcze w „mowie pisanej” mogę to i owo poprawić przed opublikowaniem , o tyle w przypadku normalnej, bezpośredniej rozmowy często natrafiam na ścianę – ciężko mi ubrać myśli w odpowiednie słowa. No ale mniejsza, bo w sumie nie o tym chciałem pisać.

Cichy dramat smutnego fana Windows Phone

Pomijając zwyczajną natarczywość czy irytujące odzywki, też uważacie, że ostatnimi czasy nietrudno natrafić na ostre, personalne wycieczki? To nie tak, że wcześniej nie występowały i ja sam nie spotkałem się z tym zjawiskiem. Wręcz przeciwnie, anonimy zawsze były dość „odważne” i na sporo sobie pozwalały. Może to kwestia tego, że opowiadałem się za „obozem Windows Phone”, ponieważ w tamtym czasie natrafiałem na to praktycznie na każdym kroku. Non stop leciały wyzwiska w stylu „pedał” czy „gej”, choć nie bardzo rozumiałem jak to się miało do korzystania z WP. Nie żebym się tym jakoś szczególnie przejmował, raczej mnie to bawiło, lecz ciągłe przekręcanie mojego nazwiska z użyciem jednego z dwóch wymienionych wcześniej „epitetów” było na dłuższą metę ciut denerwujące. Moderacja nie chciała, albo nie potrafiła sobie poradzić z tym problemem, a sam Disqus nie dawał (i niestety wciąż nie daje) żadnego narzędzia do blokowania anonimowych frustratów. W ich zachowaniu mogło być trochę mojej zasługi, bo mocno broniłem tamtego systemu (czy słusznie, to inna sprawa), aczkolwiek wtedy nie byłem jeszcze tak „wyrobiony psychicznie” jak dzisiaj. Bardzo łatwo dawałem wciągnąć się w gównoburze i praktycznie nigdy nie odpuszczałem. Co zabawne, odkąd przeskoczyłem do „obozu Androida” wszelkie wycieczki / ataki ustały. Niesamowite.

Anonimowość? Na co to komu

No ale dobra, tamte czasy już minęły, więc teoretycznie mógłbym zakończyć ten wpis, nie? No właśnie nie bardzo, ponieważ zjawisko to, choć moim zdaniem mniej dostrzegalne niż kiedyś, osiągnęło kolejny etap ewolucji. Dawniej była to domena ludzi, którzy ukrywali siebie pod osłoną anonimowości. A teraz? Media społecznościowe sprawiły, że ten aspekt nieco stracił na znaczeniu i nietrudno znaleźć „rzeczywiste osoby” wygłaszające „dość śmiałe tezy”. Wystarczy zerknąć na portale, najlepiej zahaczające o politykę, posiadające system komentarzy wymagający zalogowania się kontem FB.

Nawet tutaj, w sekcji oddanej do dyskusji, natrafimy na "żartownisia", który momentami mocno się zapomina, a mimo wszystko pozostaje bezkarny. I nie, nie mam na myśli zwykłego użytkownika. Przez to nieszczęsne przejęcie DP komentarze stały się śmietniskiem anonimów, co, przynajmniej w moim przypadku, ma dość zabawne konsekwencje. Przechodząc do nich większość treści mi się w ogóle nie wyświetla, ponieważ niezalogowanych ekspertów ukrywam odgórnie + jak tylko widzę jakąkolwiek wycieczkę osobistą (w moją stronę, czy kogokolwiek innego) to od razu takiego użytkownika blokuję (a sporo ich). Ignoruję nawet wspomnianego wcześniej „żartownisia” z aktualnego grona redakcyjnego, żeby oszczędzić sobie czytania jego wypowiedzi (jak komuś nie pasują moje, autentycznie polecam to samo – spokój ducha jest nie do przecenienia).

Wreszcie koniec smętów!

No więc właśnie, doszliśmy wreszcie do tego, o czym informuje nas tytuł niniejszego bełkotu. Ludzie posiadający pewien poziom „swobody” nie bardzo wiedzą jak z niej korzystać i niejednokrotnie, zamiast być przykładem, tylko podsycają konflikt. Sami na pewno widzicie co dzieje się na tutejszym portalu, ale czy wszystko co złe jest winą WP? Choć mogłoby się wydawać inaczej, niekoniecznie :)

Moder Twoim Panem

Kojarzycie MIUI? Na pewno, w końcu Xiaomi często pojawia się w niusach i to nie tylko tutaj. No to zapewne większość z Was zna również xiaomi.eu, jedyny wybór dla użytkownika chcącego kupić chiński wariant jakiegoś modelu, któremu nie po drodze z językiem angielskim (że o chińskim nie wspomnę). Modyfikacja ta posiada dedykowane forum, gdzie wymienimy się spostrzeżeniami, zadamy pytania i zgłosimy błędy – norma. Problem w tym, że jeden z twórców jest chyba tym wszystkim (mną?) zmęczony, bo bardzo nie lubi gdy zgłaszam mu wykryte mankamenty. Z moim modelem (Mi 9T) często są jakieś problemy i co ciekawe, chyba tylko u mnie się one pojawiają (meh). W każdym razie, zawsze staram się jak najdokładniej wszystko opisać i zapodać logi czy zrzuty, jeśli takowe są wymagane. Niestety, informacja zwrotna zawsze przesiąknięta jest „ogromną łaską Pana”, np. „bo on nie ma tego modelu i jak mi nie pasuje, to mogę mu kupić, a on to sprawdzi i MOŻE naprawi” lub „powiedz temu idiocie, że naprawiłem” (tutaj załatwiałem sprawę przez znajomego). Wiedza z tego zakresu milion razy większa niż moja, ale umiejętności interpersonalne zdecydowanie niższe – szacun.

Żałuję tylko, że nie pomyślałem wcześniej o zrobieniu zrzutu ekranu, ale wtedy byłem jeszcze daleki od planowania tego wpisu.

Argumentacja? Kultura? Na co to komu – sztuka bycia przedstawicielem firmy

Pozostając w temacie MIUI i Xiaomi (to moja aktualna „bańka”, do której wszedłem po porażce z Windows Phone), przejdźmy płynnie do ich oficjalnego forum – Mi Community. Sympatyczni ludzie, sporo osób z potężnym zasobem wiedzy i ogromna ilość ciekawych wpisów (niestety bezsensownego spamu też nie brakuje), a pośród tego wszystkiego ja – niekiedy niezbyt sympatyczny jegomość. Moja pierwsza sprzeczka przytrafiła mi się końcówką października i choć starałem się zachować zimną krew, poległem w ferworze emocjonalnej walki. Po pochopnym użyciu zwrotu „nie lubię Twoich kretyńskich odzywek” (czy coś w ten gust, kluczowe jest tutaj słowo „kretyńskich”) zostałem nagrodzony banem za obrazę moderatora. Zdarza się, moja wina. Przemyślałem sprawę, po dwóch tygodniach się odezwałem, przeprosiłem i w sumie mam z nim w miarę dobre relacje, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Od tamtego dnia rozmawialiśmy już kilka razy, zastosowałem się do jego rad i było dość miło – do czasu.

Pamiętacie zeszłoroczny, świąteczny cyrk z promocjami zorganizowanymi przez Xiaomi Polska? Te dzikie tłumy w galerii, przedwczesne zakończenie całej akcji, stratowanych ludzi itp. Itd.? Firma wygłaszała wtedy w każdym kanale komunikacji, dość optymistycznie brzmiąco frazesy, że zainteresowanie przerosło ich oczekiwania i wyciągnął wnioski na przyszłość. Niedługo później, w ramach rekompensaty, zorganizowano powtórkę – tym razem wyłącznie online, żeby uniknąć bójek i uszkodzeń mienia (bydło, bo inaczej tych ludzi określić się nie da, demolowało witryny sklepowe).

Niestety i na tym polu osiągnięto sromotną klęskę. Serwery leżały już na kilka godzin przed rozpoczęciem całej akcji, co ponownie rozjuszyło konsumentów, a w szczególności fanów marki. Przyznaję bez bicia, że sam próbowałem coś wtedy kupić i o ile nie koczowałem jakoś namiętnie przy laptopie z otwartą przeglądarka, o tyle raz na jakiś czas sprawdzałem sytuację – przez kilka godzin strona nie wstała ponownie, ale po niecałych 2h na FB ogłoszono, że wszystko zostało sprzedane. Czarna magia, aczkolwiek nie znam się na działaniu sieci, więc pozostawię górnolotne opinie dla siebie. Tak czy siak zmierzam do czegoś innego.

Niedługo później, przy okazji jakiegoś wpisu na Mi Community, śmiałem napisać, iż uważam ostatnią promocję za farsę i mam nadzieję, że w przyszłości będzie lepiej. Napisałem to całkowicie bez większych emocji, na spokojnie – jedyne „złe” słowo, jakiego użyłem, to wspomniana „farsa”. Nie musiałem długo czekać na odzew administratora przedstawiającego się pseudonimem Mi Bunny, który nadspodziewanie agresywnie podszedł do mojej wypowiedzi. Zostałem nazwany bezmózgim idiotą i siewcą teorii spiskowych – słodko. Olałem wtedy ten temat, choć znalazło się wielu użytkowników z nieco odmiennym stosunkiem. Po jakimś czasie całość bezpowrotnie wyleciała, a notka pojawiła się na nowo – tym razem bez jakichkolwiek nawiązań do poprzedniej promocji. Jakoś się to rozeszło po kościach, ale od tamtej pory administratorka nie patrzyła na mnie zbyt przychylnym okiem. Dni mijały i w sumie nic się konkretnego nie działo, aż do początku stycznia. Zaczęło się od tego, że we wpisie o forumowych medalach zapytałem dlaczego od chwili mojego „ostatniego” wyskoku nie dostałem żadnego i zasugerowałem, że może jest to robione specjalnie – niestety, w tym momencie, hehe, przegiąłem. Szybko pojawiła się na prywatna wiadomość z pretensjami i zarzucono mi prowadzenie jakiejś „rebelii”. Nie bardzo wiedziałem o jaką „rebelię” chodziło, lecz podejrzewałem, że nawiązywało to do „dyskusji” jaką wywołał mój komentarz o „farsie”. Zarzucono mi wypisywanie oszczerstw (prawda w oczy kole, bo raczej nie muszę nikogo przekonywać co do tego, że tamta akcja była niewypałem) i zaznaczono, że WSPANIAŁOMYŚLNIE dano mi możliwość zrehabilitowania się, zamiast natychmiastowego pokazania drzwi (cenzura?). Potem zrobiło się jeszcze zabawniej, bo w miarę postępu rozmowy zdiagnozowano u mnie chorobę psychiczną połączoną z niezrównoważeniem, czemu towarzyszyły ciągłe insynuacje, zaczepki, prowokacje oraz niestosowanie się do panujących na forum zasad. Wszystko fajnie, z tym, że w byłem wtedy nad wyraz spokojny – nie jest to w moim przypadku tak oczywiste, bo choć staram się jak mogę, wciąż mam problemy z ogarnianiem rozmowy z ludźmi. Niczym sobie na coś takiego nie zasłużyłem, a już na pewno nie zapłaciłem nikomu za diagnozę medyczną. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że moja prośba o zaprzestanie tego niecnego procederu, wraz z informacją o zbieraniu sobie zrzutów z tej dyskusji, została nagrodzona banem. Jaki ten świat jest niesprawiedliwy, nie?

Co dodatkowo interesujące, wspomniane medale niby nie leżą w jej zakresie obowiązków, bo przydziela je automat – jeśli spełnimy wskazany warunek. Jednak dziwnym trafem, ten zaległy, pojawił się na moim profilu w dzień otrzymania bana (inni użytkownicy mieli go na drugi dzień po zakończeniu przyjmowania „zgłoszeń”), co zauważyłem całkowicie przypadkowo. Ciekawe…

Pokolenie płatków śniegu bywa problematyczne, ale i ja nie jestem bez winy

Żeby była jasność, nie chcę wyjść tutaj na niewiniątko i przerzucać swoją winę na bliżej nieokreślone „zło tego świata”, a tym bardziej innych ludzi. Zdaję sobie sprawę z tego, że sam mam wiele za uszami i prawdopodobnie nigdy do końca z tego nie wyrosnę. Każdy z nas ma jakieś problemy, z którymi sobie lepiej lub gorzej radzi. To nic nadzwyczajnego i odkrywczego.

Schody zaczynają się w momencie, kiedy one przejmują kontrolę nad naszym życiem. Gdy idea bierze górę (niezależnie od tego, jak słuszna by nie była) nad zdrowym rozsądkiem i dążymy do jej spełnienia wszelkimi możliwymi środkami. Nie bacząc na dobro innych, a niekiedy i własne. Śmiertelnie obrażamy się, gdy ktoś ma inną opinię niż my i nie dopuszczamy do siebie głosów krytyki. To coś jak w argumencie >> „po to jest forum, żeby wyrazić swoją opinię, więc zachowaj swoje komentarze dla siebie” – brzmi logicznie, nie? Wszystko jest dobrze, póki nasza bezpieczna bańka pozostaje nienaruszona, jednak gdy pęka, to zaczynają dziać się niestworzone rzeczy. Ten dyskomfort psychiczny wyciąga z ludzi ich najgorsze cechy.

Do tego dochodzi jeszcze ta mityczna „mowa nienawiści”, pod którą bardzo łatwo podpiąć każdą niewygodną wypowiedź. Ktoś się z nami nie zgadza? Hejter! Ktoś ma inną opinię? Faszysta! A to wszystko okraszone poprawnością polityczną, robiącą wodę z mózgu ludziom podatnym na tego typu rzeczy (bawi mnie coraz częstsze zastępowanie „mankind” przez „peoplekind” / „humankind” – bo wiecie, to pierwsze sugeruje wyższość mężczyzn).

Nie mówi się o potencjalnych problemach, jakie niosą za sobą postulowane zmiany. Nie wpaja się ludziom, że muszą brać odpowiedzialność za konsekwencje własnych działań. Ludzie nie rozumieją, że nie ma absolutnie dobrych rzeczy i zawsze, nawet najbardziej słuszna idea, niesie za sobą nieprzyjemne konsekwencje. Wymaga się od innych szacunku, samemu go nie dając.