Crowdfunding, czyli jak nabić tysiące w butelkę

Oszuści już dawno zwęszyli łatwy pieniądz w sieci. Zamiast biegać po ulicy ze świecą w poszukiwaniu frajera próbując mu wyrwać szmal z kieszeni, wystarczy przejść do sieci, zaoferować gruszki na wierzbie, a naiwni sami zapłacą za ułudę "wyhaczenia" okazji. Jeszcze do niedawna problemem był zasięg takiego przedsięwzięcia. Można postawić stronę, zainwestować w SEO, ale nigdy nie znaleźć wystarczającej liczby inwestorów, którzy nie tylko zwrócą koszty oszustwa, ale także zminimalizują ryzyko z nim związanym. I tutaj z pomocą przychodzi Kickstarter i Indiegogo. 

Finansowanie społecznościowe to kit

Od momentu pojawienia się Kickstartera i jego klonów miałem do nich krytyczny stosunek. Każdy projekt na platformie crowdfundingowej zaczyna się od pomysłu i ustalenia progu finansowego, pozwalającym - w mniemaniu twórcy - na jego realizację. Taki model zbiórki tylko czekał na pojawienie się ludzi, którzy wykorzystają ten niedoskonały zdywersyfikowany system finansowania projektów. Właśnie przysłowiową piętą achillesową tego systemu jest rozproszenie przychodu pomiędzy setki jeśli nie tysiące ofiarodawców (czy nawet mecenasów), dla których przekazanie 1$ czy 100$ nie stanowi obciążenia budżetu domowego i w razie wtopy nie będą się upominać o zwrot poniesionego kosztu... czy może inwestycji? Dla przykładu, na GPW nie ma "spółek krzaków", które pojawiają się znikąd oferując niesamowite zyski bez ryzyka. Za każdą z firm stoją ludzie, a ci tworzą liczby, które stanowią o wartości firmy co przekłada się na cenę udziału w niej. Natomiast na Kickstarterze pojawić się może każdy: Kowalski, Smith, Schmidt czy Sato z rewolucyjnym pomysłem, którego ludzkość łaknie od zarania dziejów. Żaden z nich musi znać się na prowadzeniu firmy, mieć doświadczenia w branży - a nawet chęci realizacji projektu! Wystarczy chwytliwy zwiastun, odpowiednio wyważone oczekiwania finansowe i pierwszy milion można dosłownie wyprowadzić z Internetu przy zachwycie niczego nie spodziewającej się gawiedzi... jak ludzie od Smach Z!

Legalny przekręt na milion

Smach Z to projekt, który wałkowany jest przez "poważne" media od przynajmniej 3 lat i do dzisiaj nie ujrzał działającego prototypu. Ba! Znaleźć można opinie rzetelnych dziennikarzy sikającymi tęczą nad produktem, którego nawet oni nie widzieli. Jak to możliwe? Dzięki bezczelnemu marketingowi. Jeszcze dwadzieścia lat temu aby pojawić się na jakiś targach, należało chociaż przyjść z działającym sprzętem. Dzisiaj, wystarczy kupić stoisko za kilkanaście tysięcy dolarów, do tego podnająć aktorów lub opłacić niezależnych blogerów, których opinie wykorzystamy do spotu promocyjnego - jak do tego powyżej - i ogłosić zbiórkę na Kickstarterze wyczekując krociowych zysków.

Jednak aby to wszystko wypaliło, trzeba zachować pewne pozory profesjonalizmu oraz budować - jak to mawia moja sąsiadka - "atmosferę pracy". Niestety (lub stety) dla chłopaków od Smach Z, pierwsza zbiórka zakończyła się porażką. Nie zebrano wymaganych 900 tys. euro na wyprodukowanie partii konsoli przenośnej, na której pograć mielibyśmy w gry z popularnego Steama. Gdybym był kąśliwy, to mógłbym uznać, że było to wynikiem braku przedstawienia jednej właściwej formy wymowy nazwy ustrojstwa, które chcieli wprowadzić na rynek. Choć bardziej wiarygodnym wytłumaczeniem - w mojej opinii - były wygórowane oczekiwania twórców Smach Z, co do wyrywania z Internetu blisko miliona euro za samą ideę stworzenia prototypu. 

Dlatego też, ludzie stojący za tym wałkiem zrewidowali swoje stanowisko i stworzyli kolejną kampanię crowdfundingową (bo czemu nie?) z tym samym pomysłem, z tym samym designem i tymi samymi możliwościami konsoli, lecz tym razem za "jedyne" 250 tysięcy euro. Jak to się stało, że bez jakiegokolwiek pierwowzoru byli wstanie obniżyć koszty i utrzymać wydajność? Prawdopodobnie twórcy Smach Z też tego nie wiedzą, ale jest to bez znaczenia, bo bez działającego sprzętu wszystkie te zapowiedzi wciąż pozostają jedynie gołosłowiem. Zatem aby stworzyć wspomnianą wcześniej "atmosferę pracy", na jednej z ekskluzywnych aktualizacji dla ofiarodawców na rzecz Smach Z, pojawiło się poniższe zdjęcie.

Nie wiem czy poczuli się zbyt pewnie czy było to efektem przypadku, ale na tej fotografii pokazali więcej niż chcieli. Innymi słowy - wpadli jak śliwka w kompot. Jak mucha do zupy. Jak pedofil w Smyku! Bo co widzimy na zdjęciu? Kawałek plastiku z kawałkiem kartonu, z którego wystają... tak... kawałki kabli. Jednak głęboko w tle, praktycznie na granicy kadru leży pewna płytka PCB, która zmroziła krew wielu frajerodawcom zwiastując, że najnowsza aktualizacja nie jest żadną prezentacją prac nad prototypem, a zwykłym mydleniem oczu. Ten kawałek płytki scalonej leżącym w prawym górnym rogu to nic innego jak wymontowane bebechy tabletu Linx 10. Co robi płyta główna z innego sprzętu z Windowsem 10 na prezentacji zarysu konstrukcyjnego jeszcze bardziej inniejszego sprzętu? Czyżby cały ten wysiłek nad handheldem ze Steamem był picem ze strony organizatorów zbiórki?! Wątpliwości rozwieje poniższe zdjęcie.

Ktoś okrutnie dociekliwy i wścibski, zaintrygowany wystającymi kablami z kolejnej prezentacji "działającego" prototypu, postanowił sprawdzić czy aby nie pasują one do tabletu - a raczej jego odartych z godności wnętrzności - Linx 10. I tak to misternie zbudowane kłamstwo zaczęło się sypać w mgnieniu oka. Użytkownicy, którzy przekazali swoje pieniądze "twórcom" Smach Z, zaczęli masowo zgłaszać Kickstarterowi, że prawdopodobnie doszło do wyłudzenia. Gdy zaniepokojona zamieszaniem platforma crowdfundingowa wysłała prośbę by zaprezentowano jej prototyp w neutralnym środowisku, zbiórka została w pośpiechu anulowana i przeniesiona na podobną stronę - Indiegogo. 

Twórcy tego vaporware wiedząc, że ich byt na Kickstarterze jest w gruncie rzeczy spalony, chybcikiem - jak gdyby nigdy nic - przenieśli swoje graty na Indiegogo. Nowa kampania - nowi fraje... mecenasi. Historia się powtarza, próg sfinansowania zostaje osiągnięty, lecz tym razem z tą różnicą, że Smach Team nie musi przedstawić owocu swojej pracy, gdyż wynika to po prostu z luźniejszej polityki Indiegogo. Tak nie niepokojeni twórcy pierwszego handheldu ze Steamem i 10 tys. gier Out-of-Box, już od dwóch lat zwodzą swoje ofiary, że premiera ich konsoli odbędzie się już niebawem. A według najnowszych rewelacji dotyczących tego handheldu, ten ma trafić na półki już w tym roku za "bagatela" 699 euro w wersji podstawowej*. 

Ta oszukańcza kampania zaszkodziła nie tylko darczyńcom, którzy utracili w ten sposób zaufanie do tego typu kampanii wyhodowując węża w kieszeni, ale także uczciwym i rzetelnym organizatorom z rewelacyjnymi projektami, którym teraz o wiele trudniej będzie zdobyć niezbędne środki do urzeczywistnienia ich pomysłu.

Crowdfunding? Raczej money laundering

Niestety, kampanie pokroju Smach Z przykuły uwagę ludzi, którzy posiadają "nie do końca" legalny majątek i szukają sposobu jego zalegalizowania. Idealnym rozwiązaniem okazuje się stworzenie lewej zbiórki na projekt, który nigdy nie powstanie, ale pozwoli przed urzędem skarbowym wykazać legalne źródło dochodu. Przedstawiam PGS!

Jest to kolejna kampania, w której za garść srebrników kupiono popularnego jutubera - a raczej jego głos - by wzbudzić wśród odbiorców poczucie bezpieczeństwa. Bo czy można obawiać się oszustwa, gdy z głośników rozbrzmiewa głęboki tembr Honest Trailer Guy'a? No raczej!

Zacznę od tego, że sama kampania wieje na kilometr przekrętem. Pochylone sylwetki programistów i projektantów nad monitorami, które dowodzą jedynie zbliżających się problemów z kręgosłupem. Jakieś stockowe ujęcia kompletnie nic nie mówiące o zespole pracującym nad projektem. Zadziwiająco wcześnie stworzona obudowa konsoli, która jeszcze nie posiada działającego prototypu. No właśnie... Mimo szumnych zapowiedzi odpalania gier z peceta na smukłej konsoli nie dostajemy żadnych informacji jak udało się inżynierom z matuszki Rosji tego dokonać... nie wspomniałem, że projekt pochodzi zza naszej wschodniej granicy? Spokojnie, nad wszystkim czuwają "niezwykli japońscy inżynierowie" (tzn. Rosjanie o mongloidalnych rysach twarzy), więc jeśli dotychczas mieliście pewne wątpliwości co do możliwości powstania takiego sprzętu, to nie mam pojęcia co mogłoby was przekonać... może "wspaniali przemysłowi projektanci"? Takich pleonazmów w zapowiedzi PGS jest więcej, więc jeśli szukacie dobrej niezobowiązującej komedii na wieczór, to ten spot jest w sam raz.

Jednak szczególnej pikanterii do tego projektu dodaje niejaka Lola Koczetkowa, która oprócz bycia urodziwą aktorką zajmującą się sprawami prawnymi dla PGS, jest także córeczką Alimżana Toktakołnowa. Rosyjskiego mafioza oskarżanego o handel narkotykami, bronią oraz kradzież samochodów. W dodatku poszukiwanym amerykańskim listem gończym. Aha, i gdybyście myśleli, że pani Lola nie ma nic wspólnego z ojcem, to pragnę nadmienić, że została zatrzymana we Włoszech, gdzie cytuję: "mierzono do niej z broni". Wydaje mi się, że carabinieri także mieli wątpliwości co do działalności pani Koczetkowej - ale nie mnie wydawać wyroki. Może włoscy sędziowie byli po prostu zainteresowani ujrzeniem prototypu PGS? 

Także mimo tych szumnych zapowiedzi grania w gry z pecetów na ruskim handheldzie jakoś nie mogły się ziścić. Możemy za to w preorderze kupić konsolę, która wciąż nie ma dział...

Posłowie

Nie rozumiem fenomenu kampanii crowdfundingowych. W normalonym świecie każdy kto dokłada się do jakiegoś biznesu staje się jego współwłaścicielem, akcjonariuszem, udziałowcem czy kimkolwiek, ale oprócz obdarowywania pieniędzmi ludzi z wizją bierze także udział w zyskach. Jedyną znaną mi tego typu platformą, gdzie oprócz wyłożenia pieniędzy na projekt stajemy się zarazem jego inwestorem jest Good Shepherd Games niegdyś znane jako Gambitious.

Owszem, wiąże się to z ryzykiem utraty środków jeśli gra okaże się szajsem niegodnym zaśmiecenia dysku pełnego chińskich bajek, ale nie są to firmy krzaki. Ludzie tworzący swoje niezależne produkcje mają jakieś doświadczenie - i co najważniejsze - podpisują się swoim imieniem i nazwiskiem, co nie jest aż tak popularne na Kickstarterze czy IndieGoGo.

Jeśli zaciekawił was ten wpis to wyraźcie to w komentarzach, bo nawet nie tknąłem góry lodowej w tej hochsztaplerce zwanej kampaniami crowdfundingowymi.

*Tekst powstawał długo przed kolejną "prezentacją" prototypu, który "znowu" ma trafić na nasze półki już w tym roku.