Inwazja robotów na Kickstarterze — część pierwsza

Nie jest tajemnicą, że ludzie od zawsze marzyli o stworzeniu "sztucznego życia". Najpierw były to mistyczne golemy ulepione z gliny, które miały pomagać żydom w zabronionych pracach podczas szabasu. Następnie idea ta została podchwycona przez chrześcijańskich oraz arabskich alchemików goniących za swoimi kamieniami filozoficznymi. Tynktura czy też "eliksir", jak nazywano kamień filozofów na Bliskim Wschodzie, miał być składnikiem do stworzenia homunkulusa - sztucznego człowieka. Lata mijały, ale sen ludzkości o zrównaniu się z bogiem nie przemijał, przenikając tym samym do literatury jako nieziszczone marzenie. W "Fauście" Goethego, uczeń protagonisty tworzy wszechwiedzącego karła w kolbie, który chce wyrwać się ze swojego szklanego więzienia. Miłośnicy chińskich bajek mogą znać bardziej współczesną wersję tego XIX w. dramatu z "Fullmetal Alchemist", a pasjonaci science fiction z książek Issaca Asimova z serii "Fundacja". 

Parafrazując słowa diCaprio z "Django" mam nadzieje, że wzbudziłem waszą ciekawość i teraz mam waszą uwagę ;)

Aido - robot nierobot

Aido już od momentu pojawienia się na Kickstarerze wzbudzał skrajne uczucia. W prezentowanym spocie reklamowym można było zobaczyć całkiem zgrabnie poruszającego się robota na kuli, upstrzonego w żyroskopy zapobiegające zaliczeniu spektakularnej gleby. Oprócz śledzenia i nieodstępowania domowników o krok, robot ten miał także wykazywać się nietuzinkową inteligencją oraz umiejętnością wyłapywania sensu zdania na podstawie kontekstu rozmowy. Jeśli tego byłoby wam mało, wspomnę że ów mechaniczny przyjaciel miał być także naszym asystentem w prostych pracach, jak wymiana kolanka pod zlewem... 
Zapewne wyłapaliście użytą przeze mnie formę czasu przyszłego niedokonanego. Aido nigdy nie trafił na półki sklepowe - chociaż czy wypada trzymać potencjalnego przyjaciela w kartonie w jakimś hipermarkecie? 

Zanim jednak przejdę do okrutnego odarcia tego projektu z godności, słów kilka poświęcę specyfikacji tegoż mokrego snu cybernetyków. 
Osobliwy asystent domowy miał być wyposażony nie w jeden, nie w dwa, a trzy procesory. Dwa czterordzeniowe o powalającym taktowaniu 1,6 Ghz i jeden dwurdzeniowy. Co prawda o 100 Mhz słabszy, ale jednak ze wspólnej stajni Intela z charakterną architekturą ARM. A ponieważ nie samą jednostką logiczną robot żyje, do jego bebechów zamierzano dorzucić kolejne trzy procesory graficzne. Każdy o mocy 600 Mhz. 

A skoro już przy GPU jestem, to napomknę o wyświetlaczach w jakie wyposażony miało zostać Aido. Ekran, który w spocie promocyjnym wyświetla oczy niedoszłego partnera gier i zabaw dla dzieci, posiada dotykową matrycę 800x400 pikseli. Oprócz monitora zamontowanego na czubku jeżdżącego słupa, znaleźć się miały dwa projektory. Jeden na wyświetlaczu z rozdzielczością 320x240, drugi w korpusie - 640x480. 

Całość miała ważyć nie więcej jak 8 kilogramów z baterią mającą wytrzymać do 8 godzin pracy. Nad wszystkim miał czuwać Linux. Także gdyby Aido nie było wyłącznie skokiem na łatwą kasę, to z pewnością 2016 zaliczalibyśmy do roku Linuksa ;). 

Projekt na Indiegogo zgarnął blisko 900 tysięcy dolarów. Suma wystarczająca na R&D, znalezienie inwestorów, nawiązanie kontaktów z producentami podzespołów, jakąś montownię w Chinach, która nie bacząc na prawa pracownicze z radością złoży nam produkt za przysłowiową "miskę ryżu". Jak mogliście przeczytać na moim blogu, wspominana platforma crowdfundingowa różni się tym od - chociażby - Kickstartera, że ludzi z Indiegogo nie interesuje nic poza prowizją od projektu. 

Trzeba jedno jednak tym hochsztaplerom oddać - pierwotna kampania była przygotowana na błysk, w porównaniu do filmiku, na którym się posypali gorzej od budżetu Włoch. 

W filmie załączonym z Vimeo możecie zobaczyć prezentację dla ofiar-o-dawców z 2017 roku. Nijak się ona ma do tego co mogli oglądać donatorzy rok wcześniej, ponieważ wszystko, od wykonania po prezentację, przypomina próbę wciśnięcia garnków nierdzewnych. Zacznę od tego, że robot chodzi strasznie głośno, a jego obudowa wygląda jakby sklejano ją kilka godzin przed nagraniem. Naprawdę paskudnie i w dodatku w niczym nie przypomina swojego poprzednika sprzed roku. Obrazu dopełnia "interakcja" między robotem, a piękną panią prezenterką. Naprawdę przyjemnie się to ogląda gdy ewidentnie widać, że oprócz prostego interfejsu użytkownika, nie kryje się za tym nic więcej niż text-to-speech. Niektórzy nawet zaczęli drążyć dalej tą króliczą norę. Usunąwszy niekończący się szum z nagrania, można usłyszeć charakterystyczne klikanie, towarzyszące przy pracy z myszką. A jeśli przyjrzeć się bardziej, to można ujrzeć poruszający się kursor myszy po ekranie monitora. 

To na tyle w części pierwszej. W kolejnej przedstawię Wam kolejnego robota, który także nie trafił na rynek z tą różnicą, że oprócz komunikowania się z użytkownikiem miał mieć dyplom jogina ;)