Program nie jest problemem a użyszkodnik

Stare komputerowe powiedzenie głosi, że problem znajduje się między krzesłem a monitorem. I całkowicie się z nim zgadzam. Odkąd przyszło mi pracować w biurze, codziennie stykam się z tak prozaicznie głupimi problemami, że nie byłem świadom ich egzystencji... a jednak! Po ponad 20 latach korzystania z dobrodziejstw komputerów jestem dosłownie "zakupkowany" (by nie powiedzieć dobitniej) przypadkami, w których deweloper aplikacji nie przewidział jaki element będzie korzystał z jego programu. A naprawdę musiałby się nagimastykować intelektualnie by takowe przewidzieć.

"Ałtluk jest głupi"

W pracy mam trzy komputery i do niedawna na każdym z nich były 3 różne klienty poczty (Outlook 2007 i 2013 oraz Thunderbird) . Widząc jakie to problemy przysparza jednemu z pracowników, poszedłem mu na rękę i zainstalowałem wszędzie Office 365 for Business. Odetchnąłem z ulgą, że więcej nie będę musiał słuchać zyliarda pytań jak wysłać pocztę czy jak tutaj się szuka... do momentu aż usłyszałem opinię z nagłówka. Czemu jest głupi? A bo pracownik zauważył, że gdy wysyła maila poprzez funkcje "Odpowiedz", ta zamiast trafić do adresata wraca do nadawcy. Nawet stworzył dość ciekawą diagnozę, a mianowicie, że gdy korespondencja zostaje zgrupowana w konwersację program "głupieje" i wysyła maile sam do siebie, nie mogąc znaleźć adresu pod jaki ma wysłać wiadomość. Szkopuł w tym, że nie do końca miał rację. Po dość powierzchownej obserwacji zauważyłem, że pracownik raz nieumyślnie odpowiedział na maila z folderu "Wysłane", a następnie kontynuował konwersację... sam ze sobą. W tym starciu "ałtluk" niekoniecznie był tym głupim...

"Wydrukuje i zrobię pedeefa"

Pierwotnie, procesory tekstu powstały po to by zminimalizować zużycie papieru. Przynajmniej taką opinię słyszałem...

Gdy zaczynałem swoją przygodę zwaną "pracą", to w sumie pierwsze na co natrafiłem to tworzenie - nie powiem, że przez podwładnych, ale coś koło tego - plików .pdf w dość osobliwy sposób. Otóż dokument wewnętrzny, który nie musiał być przez nikogo zatwierdzany pieczątką czy też podpisem, był drukowany a następnie skanowany NA TEJ SAMEJ DRUKARCE po czym darty i wyrzucany do kosza. Ba! Gdy usiadłem na swoim stanowisku pracy zauważyłem, że komputer został już wyposażony w program do tworzenia takowych plików, ale nie był wykorzystywany, gdyż według oficjalnej wersji nie działał. Trudno, aby malware kiedykolwiek działał... W sumie, to na wszystkich komputerach był instalowany jakiś syf nieznanego mi pochodzenia. 
Tak więc aby usprawnić obieg dokumentów w biurze przedstawiłem rozwiązanie wbudowane w prawie oryginalny pakiet Office 2007, czyli eksport do pliku PDF. Obyło się bez oklasków. W sumie, niektórzy nawet byli poirytowani faktem, że zadanie stworzenia "pedeefa" z kilku minut stoczyło się do paru kliknięć myszą. 

Zapewne u niektórych w głowach zrodziło się pytanie, dlaczego po prostu nie blokujemy pliku przed nieuprawioną edycją? Też tego nie wiem, ale w branży w której pracuje format od Adobe uznawany jest za "niemodyfikowalny". Tylko jedna mi znana firma korzysta z trybu chronionego... także tego. 

"To nie wchodzi w zakres podstawowej umiejętności posługiwania się komputerem"

Termin tak ogólny, że nawet trudno byłoby zrobić test na podstawową obsługę komputerem. Bo czy znajomość kombinacji Alt + Ctrl + Del czyni ze mnie haXXora łąmiącego fajerłole Pentagonu pracującego na zlecenie Putina? Nie wydaje mi się. Nie przeszkadza to jednak wielu osobom napisać w CV, że posiadają tą jakże rzadko spotykaną umiejętność pracy przy monitorze.

Jestem legalistą. Jeśli przepustka jest na jeden wjazd - to po jej wykorzystaniu ją oddaje... chyba, że ochrona ma mnie dość i przepuszcza bez papierów, ale to inna para kaloszy. Nie mniej jednak zdarza się, że za okienkiem siedzi nowa pracownica próbująca ogarnąć otaczający ją brak organizacji, przy czym dziarsko próbuje wypełnić swoje niewątpliwie odpowiedzialne zadanie siedzenia przy komputerze i weryfikacji danych osób ubiegających się o przepustkę. Nie wiem czy istnieje jakaś siła wyższa, czy był to kompletny zbieg okoliczności, ale fart chciał abym to ja był świadkiem dość osobliwej sceny walki ciała i umysłu z bezwzględną maszyną...

Pojechałem "w teren". Ktoś z biura wysłał moje dane "na bramę", więc nie oczekując większych problemów melduje się w biurze przepustek po odbiór papierka. Ku mojemu zaskoczeniu pani w okienku informuje mnie grubiańsko, że nie wie o moim przybyciu i w ogóle kim jestem i czego chcę. Okej, zdarza się. Może ktoś nawalił i nie wysłał gdzie trzeba. Chwytam za telefon i informuje, że nikt się mnie tutaj nie spodziewa. Dostaje jednak odpowiedź, że wszystko jest jak w najlepszym porządku i mają potwierdzenie odbioru wiadomości. Dłuższy niż zwykle pobyt petenta przy okienku wzbudza zainteresowanie przełożonej pani z okienka, która pochyla się nad komputerem i zadaje dość zaskakujące pytanie:

- A otworzyłaś załącznik?

Klik. Klik.

Obie panie mnie przepraszają. Z mojej strony pada "nic się nie stało", ale zanim jeszcze otrzymałem papierek do ręki, pracownica zaczęła się tłumaczyć szefowej że to przekracza podstawowe umiejętności pracy z komputerem. Nie żebym był jakoś ciekawski czy coś, ale niczym surykatka poderwałem się po usłyszeniu tego dość osobliwego wytłumaczenia, wyczekując jak zwieńczy się cała sytuacja... w końcu wciąż czekam na papierek, tylko teraz nudny pobyt przy okienku nabrał akcji niczym z filmu klasy "B". Ponoć Rafaello wyraża więcej niż tysiąc słów, ale ja widziałem twarz szefowej biura przepustek wyrażającej więcej niż tysiąc emocji.

Także jeśli w tym wpisie ma iśc jakieś przesłanie to następujące - zanim coś powiesz, przemyśl.