Witaj ponownie dowódco!

Jeśli czytając ten nagłówek, w głowie zabrzmiał wam charakterystyczny głos EVA nie muszę nic więcej przedstawiać. Całą resztę informuję, że jeśli AI kiedyś otrzyma głos, to powinien to być głos elektronicznej asystentki z Command and Conquer… Chyba, że ta oszaleje, wówczas optuję za tembrem CABAL-a. Dość jednak o moim (braku) gustu. Tak, nowa gra z serii popularnej (ongiś) strategii czasu rzeczywistego powraca do życia. Niestety, przypomina to reanimację truchła, które nie tylko źle wygląda, ale zaczyna dawać stęchlizną do tego stopnia, że nawet najwierniejsi fani muszą zatykać nos. 

Rywalizację czas zacząć

Nowa gra ze złotym tytułem C&C w tle, jest kolejną (nieudolną) próbą wprowadzenia tej franczyzy na smartfony. Jeśli nie pamiętacie Wojen o Tyberium czy Red Alerta na telefonach, spokojnie - nikt nie pamięta. Mogła jednak obić wam się po uszach gra przeglądarkowa Tiberian Alliances, która - powiedziałbym - zdobyła względny szacunek wśród fanów serii. Głównie dzięki temu, że nie wypróżniła się na świat Louisa Castle i Bretta Sperry’ego, jak zrobił to Tyberyjski Zmierzch. Wydawać by się mogło, że EA przestraszone tym jak akolici kościoła Westwood Studios kręcili nosami względem Generals 2, nie spróbuje dokonać ponownego gwałtu na tej wymęczonej serii… a jednak! 

Nowy pomysł „najgorszej firmy USA” polega stworzeniu gry opartej o King of the Hill, gdzie dwóch graczy będzie konkurować o centralny punkt na mapie (silos jądrowy). Do osiągnięcia tego celu, zmęczonemu życiem dowódcy pomoże 6 jednostek, podzielonych według następujących kategorii: piechur, pojazd, samolot oraz oddział specjalny. Rekrutowanie nowych żołnierzy czy produkcja kolejnych czołgów finansowane jest poprzez zbiory minerałów z pobliskiego pola Tyberium, zasilającym obu graczy w gotówkę tym samym tempie, choć te można przyspieszyć tworząc kolejne Żniwiarki. Dla urozmaicenia rozgrywek, użytkownicy będą mieli do wyboru 6 dowódców (po 3 dla GDI i Nod), którzy posiadają unikalne zdolności jak użycie superbroni (działa jonowego) czy leczenie jednostek w trakcie bitwy. Oczywiście wszystko dopełnia model Pay-to-Win… to znaczy Free-to-Play ;) 

Jeśli „elektronicy” nie zdawali sobie jakie szambo otworzą prezentacją tej gry, to obserwacja gejzerów kloacznego hejtu oraz pomyj wylewanych przez wszystkie tuzy recenzenckiego światka powinno otworzyć im oczy… lub przynajmniej pozwolić im poczuć niedrożną kanalizację. Gra, oficjalnie, jest skazana na porażkę. Rivals mogły być wszystkim innym, ale nie C&C. Decyzja „wyciągnięcia” za uszy nieznanej gierki znanym tytułem, musiało być podyktowane tylko i wyłącznie zalegającym kurzem na prawach autorskich do serii oraz kompletnym braku pomysłu co z tą wartą kilka milionów franczyzą zrobić. Postanowiono spuścić ją do kibla, lecz ta - na złość - zatkała odpływ. Prawdopodobnie smród z siedziby EA pozwoli firmie zdobyć po raz kolejny niechlubny tytuł "najgorszej firmy USA" - czemu się osobiście nie dziwie.